Reklama

Jest bezsprzecznie jednym z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia, ale także najbardziej żądnym nagród i sławy. Gdy w ubiegłym roku, odbierając nagrodę od Gildii Aktorów Ekranowych za rolę Boba Dylana w "Kompletnie nieznanym", oświadczył, że "dąży do wielkości", dla nikogo kto z nim pracował, nie było to zaskoczeniem.

Rzadko się zdarza, by tak młody aktor osiągający wielkie sukcesy artystyczne, jednocześnie królował  w box office'ach. Tymczasem trzydziestoletni Timothée Chalamet ma na swoim koncie długą serię, wielkich sukcesów kasowych. W 2025 roku przychód z filmów, w których zagrał główną rolę, wyniósł ponad 3 miliardy dolarów. To dzięki niemu najsłynniejsze obecnie niezależne studio filmowe, A24, znane z produkcji i dystrybucji tytułów artystycznych, może pochwalić się produkcją, która jak dotąd zarobiła 150 mln dolarów w kinach. I wciąż jest na fali. Dostępny także od niedawna w polskich kinach "Wielki Marty" (9 nominacji do Oscara, w tym za Najlepszy film i Główną rolę męską), z brawurową kreacją Chalameta, to bowiem kino pełną gębą - spełnione artystycznie, a zarazem noszące wszelkie cechy przeboju. To nieczęsto zdarza się filmom sportowym.

Reklama

Jak wynika z wypowiedzi reżysera i współscenarzysty, Josha Safdiego, główna rola - Marty’ego Mausera, od początku pisana była z myślą o Chalamecie. Reżyser zauważył - wówczas 22-letniego aktora - w 2017 roku, gdy ten podbił świat rolą u Luki Guadagnino w "Tamtych dniach, tamtych nocach". Kreacja przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara. Panowie szybko się zaprzyjaźnili, a Safdie zaczął myśleć o pomyśle na wspólny film. Już wkrótce, na jego prośbę, Chalamet zaczął uczyć się grać w tenisa stołowego. "W miarę jak jego kariera nabierała tempa, Timothée po cichu przez lata trenował - przy wsparciu eksperta, Diega Schaafa - biorąc zestaw do gry na plany zdjęciowe kolejnych produkcji od 'Diuny' po 'Wonkę'" - zdradził "The Hollywood Reporter" reżyser.

Pandemia sprawiła, że realizacja filmu Safdiego przesunęła się w czasie, i zdjęcia ruszyły dopiero w końcu 2024 roku. Chalamet był w środku zdjęć, gdy Akademia uhonorowała go drugą nominacją do Oscara - za rolę w "Kompletnie nieznanym", opowieści o Bobie Dylanie. Już wtedy  zaliczył prawdziwy deszcz nagród, ale był to przedsmak tego, co stało się po roli w "Wielkim Martym". Bo to prawdopodobnie jego najwybitniejsza kreacja. Jak dotąd.

Za rolę Marty’ego zgarnął większość nagród sezonu - w tym pierwszy Złoty Glob i kolejne Critics Choice Awards. I co najważniejsze - trzecią nominację do Oscara. Ta sprawiła, że stał się najmłodszym aktorem płci męskiej nominowanym trzykrotnie do złotej statuetki od czasów Marlona Brando, w 1954 roku. Czy jak jego wielki poprzednik będzie mógł powiedzieć: "do trzech razy sztuka" i opuści oscarową galę ze złotą statuetką? Tego dowiemy się 15 marca.

Na dziś ma status faworyta. Pamiętajmy jednak, że akademicy od zawsze "czują prawdziwsą niechęć do nagradzania młodych mężczyzn w tej kategorii". Wystarczy przypomnieć karierę zawodową młodego Leonardo Di Caprio. Zwracają na to uwagę wszystkie magazyny branżowe za oceanem, przypominając jego "oscarową drogę przez mękę".

Warto też dodać, że Chalamet otrzymał nie jedną, a dwie nominacje za pracę nad "Martym...", jest bowiem także jednym z producentów filmu, który nominowano także w głównej kategorii: Najlepszy film.

Marty Mauser jak Timmy Chalamet

Powiedzmy wprost: trzecia nominacja do Oscara za kreację Marty'ego Mausera, ogłoszona kilka dni po 30 urodzinach Chalameta, zbliża go do panteonu największych, o czym od dawna marzy. I pomimo bardzo mocnej stawki w br. w kategorii: Najlepszy aktor pierwszoplanowy, to on typowany jest na zwycięzcę. Dodajmy też, że byłby to werdykt jak najbardziej zasłużony. Jako Marty Mauser emanuje niezwykłą energią i nieprawdopodobną pewnością siebie. Uosabia pogoń za zdawałoby się - nierealnymi marzeniami. Słowem - charakter bohatera, w którego się wciela, do złudzenia przypomina jego samego. Różnica polega wyłącznie na tym, że w filmowej opowieści, wszystkie te cechy, zamiast przysparzać bohaterowi chwały, (jak dzieje się to w prawdziwym życiu Chalameta), ściągają na niego lawinę kłopotów. To bez wątpienia wybitna kreacja, warta Oscara.

Tak naprawdę cały film spoczywa na barkach Chalameta, grającego faceta, który nie umie zwolnić, bo sukces jest dla niego jak tlen. 23-letni Marty jest  pozbawiony empatii, egoistyczny i odpychający, ale w tym wszystkim bardzo wiarygodny. Gdy Safdie i Chalamet spotkali się po raz pierwszy, reżyser zachwycił się energią i szalonym, wręcz dziecięcym zapałem aktora. - Był jak Timmy Supreme - wspomina. (Oryginalny tytuł filmu to "Marty Supreme").

"Josh chciał, żebym sięgnął do okresu mojego życia, w którym wiara w siebie była wszystkim, co miałem" - mówi Chalamet. Od razu zobaczył samego siebie w Martym. "Od 14. roku życia byłem niezwykle zmotywowany"- wyjaqśnia.

Opowieść Josha Safdiego osadzona jest w latach 50. XX wieku. Chalamet gra Marty'ego Mausera, żydowskiego chłopca pracującego w sklepie obuwniczym, który zamierza zostać najlepszym tenisistą stołowym na świecie. Bohater i historia są luźno oparte na życiorysie prawdziwego tenisisty, Marty’ego Reismana.

Aby urzeczywistnić marzenia, Marty wykorzystuje każdy, nawet najbardziej desperacki plan i robi to z wielkim zadęciem. Jest kwintesencją amerykańskiego cwaniaka, który wykorzystuje wszystkich, jeśli mogą mu pomóc osiągnąć cel. Zarówno zapomnianą gwiazdę filmową (Gwyneth Paltrow), by dotrzeć do jej wpływowego męża-biznesmana, jak i przyjaciółkę ze szkoły, z którą romansuje, choć ona jest mężatką. Chęć pokazania światu, że jest najlepszy, służy przy tym podsycaniu jego ego. Aby mógł swoją "wielkość" udowodnić, musi nie tylko dotrzeć na mistrzostwa świata, na które go nie stać, ale i je jeszcze wygrać.

Akcja filmu od pierwszej sceny pędzi na łeb, na szyję, a ilość piętrzących się perypetii, jakie przytrafiają się bohaterowi, przyprawia o zawrót głowy. Ogląda się to jednak znakomicie. Amerykanie podkreślają, że "Marty..." jest również częścią "dumnego dziedzictwa tzw. nowojorskich filmów" i świadomie został nakręcony w konwencji tradycyjnego amerykańskiej kina. (Na drugim planie pojawia się w 74-letni reżyser "Złego porucznika" z Bronxu, Abel Ferrara, w kapitalnym epizodzie.) W finale Marty przechodzi gwałtowną przemianę i postanawia nareszcie wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Chalamet ma do zagrania dwie niesamowite sceny, które podbijają jego największe atuty jako aktora: zaangażowanie fizyczne i emocjonalną wrażliwość. I zapewne na długo zostają w  pamięci głosujących członków Akademii.

Mnie przypomniał się genialny "Wilk z Wall Street" Martina Scorsese i jedna z najwybitniejszych ról DiCaprio, niestety, pominięta przez Akademię. Jej członkowie mieli pretensje do twórców, że bohaterem uczynili człowieka niemoralnego, który uniknął kary. I choć kaliber czynów bohaterów obu filmów  jest nieporównywalny, bo Leo grał przestępcę, łączy ich egoizm i chęć odniesienia sukcesu za wszelką cenę.

I oczywiście genialne kreacje obu aktorów. Oby tym razem Akademia oceniała walory samej roli, a nie moralny wydźwięk czynów popełnianych przez bohatera.

Artysta od urodzenia

Timothée Chalamet zawsze wiedział, że chce być aktorem.

Urodził się 27 grudnia 1995 roku na Manhattanie, w rodzinie amerykańsko-francuskiej. Jego matka, Nicole Flender ma korzenie rosyjsko-żydowskie i jest z trzeciego pokolenia Nowojorczanką. Kiedyś była tancerką broadwayowską. Ojciec, Marc Chalamet, rodowity Francuz pochodzący z Nîmes, jest nowojorskim korespondentem "Le Parisien" i redaktorem UNICEF-u  we Francji. Do pewnego stopnia rodzinny dom przypomina ten z filmu Guadagnino, który przyniósł mu sławę.

Chalamet jest dwujęzyczny, (co jest nie lada atutem w tym zawodzie) i posiada podwójne obywatelstwo - amerykańskie i francuskie. Dorastając spędzał długie okresy w małej francuskiej wiosce niedaleko  Lyonu , w domu dziadków. Wspominał nawet, że czas spędzony we Francji doprowadził do "międzykulturowych niejasności dotyczących jego tożsamości".

Tym, co pchnęło go ku karierze aktorskiej była kreacja Heatha Ledgera w roli Jokera w "Mroczny rycerzu" Nolana (2008).  Gdy złożył podanie do prestiżowej, nowojorskiej LaGuardia - szkoły teatralnej, nauczyciel dramatu nalegał na przyjęcie go, mimo że został odrzucony wcześniej z powodu kiepskich ocen w szkole. "Dałem mu najwyższą ocenę, jaką kiedykolwiek dałem dziecku na przesłuchaniu" - podkreślał, będąc pod wielkim wrażeniem jego talentu.

Jako dziecko, Chalamet pojawiał się w reklamach i zagrał w dwóch krótkometrażówkach, nim zadebiutował w serialu policyjnym "Prawo i porządek" (2009). W 2011 roku zagrał opętanego seksem 12-latka na scenie off-broadwayowskiej, w sztuce "The Talls". W tej komedii o dorastaniu zyskał świetne recenzje i trafił do kultowego serialu  "Homeland".

Przez rok studiował antropologię na Uniwersytecie Columbia. Później przeniósł się na indywidualny tok nauczania na Uniwersytecie Nowojorskim , by swobodnie kontynuować karierę aktorską. W 2014 zadebiutował w fabule, w filmie Jasona Reitmana "Uwiązani". W tym samym roku zagrał Toma Coopera, syna postaci granej przez Matthew McConaugheya w filmie Christophera Nolana "Interstellar". Film był wielkim wydarzeniem. Krytycy chwalili występy obsady, a ponadto zarobił ponad 700 milionów dolarów. Później Chalamet stwierdził, że choć był  to jego ulubiony film, to "nie rozwinął jego kariery tak, jak zakładał". Pragnienie wielkiej kariery, towarzyszyło mu od początku.

W 2016 roku Chalamet zagrał Jima Quinna w sztuce "Prodigal Son" na Broadwayu. Wybrany osobiście przez dramatopisarza i reżysera Johna Patricka Shanleya, wcielił się w niedopasowanego do otoczenia ekskluzywnej szkoły chłopaka z Bronxu. Występ przyniósł mu nagrodę Lucille Lortel Award dla wybitnego aktora pierwszoplanowego.

Nazwij mnie swoim imieniem

"Call Me by Your Name" Luki Guadagnino, czyli w dosłownym tłumaczeniu "Nazwij mnie swoim imieniem", zmienione przez polskiego dystrybutora na banalne "Tamte dni, tamte noce", to jedna z najpiękniejszych gejowskich love story w kinie. Historia miłosna, która uwodzi i przytłacza, zanurzona w literaturze, pełna wspaniałych dialogów. I wielkiego aktorstwa.

Po trzech latach pracy nad projektem Chalamet był gotowy do wejścia na plan.  I to było prawdziwe objawienie. Przygotowując się do roli, nauczył się mówić po włosku, a także grać na pianinie i gitarze.

Ten zachwycająco piękny film, którego akcja rozgrywa się we Włoszech, w latach 80., powstał w oparciu o powieść, której adaptacji dokonał James Ivory. (Zasłużony Oscar!). To historia miłosna o dojrzewaniu do uczucia, które rodzi się między przedwcześnie dojrzałym nastolatkiem a nieco starszym mężczyzną. Ich letni romans jest przesiąknięty poetyckim rozleniwieniem i głęboko wyrafinowaną zmysłowością.

Amerykański profesor starożytności spędza wakacje wraz z żoną i synem, Elio (Chalamet) we Włoszech. Elio jest utalentowanym muzykiem i oddaje się m.in. komponowaniu wariacji fortepianowych na temat J.S. Bacha. Ma sylwetkę chłopca, ale intelekt i umysł przewyższają jego wiek. Na zaproszenie ojca odwiedza ich jego amerykański student Oliver, grany przez pięknego Armiegeo Hammera. Ma spędzić z nimi wakacje i pomóc ojcu w badaniach. Zarówno Elio, jak i Oliver wchodzą w przelotne związki z miejscowymi dziewczynami, ale jest więcej niż jasne, dokąd to zmierza. W przydomowym ogrodzie między dwoma młodymi mężczyznami rozkwita zmieniający ich życie romans.

Rola Chalameta jest znakomita, a sam film to subtelna, erotyczna sielanka, której kulminacją jest niesamowita rozmowa między synem i ojcem (Michael Stuhlbarg), odradzającym nastolatkowi pokusę zapominania o bólu. "Teraz czujesz smutek i ból, nie niszcz tego wraz z radością, którą czułeś. (...) Wyrywamy z siebie tak wiele, by szybciej się wyleczyć, niż powinniśmy, że bankrutujemy w wieku 30 lat"- tłumaczy. Przemowa ojca to gest wielkiej mądrości i zrozumienia rodzica.

Olly Richards z magazynu "Empire" w recenzji napisał: "W filmie, w którym każdy występ jest znakomity, 21-letni Chalamet sprawia, że ​reszta obsady wygląda, jakby grała. On sam sprawiłby, że film byłby wart obejrzenia". Aktor zdobył wtedy nagrodę Gotham Independent Film Award dla przełomowego aktora, nominację do Złotego Globu, do nagrody SAG i wreszcie do Oscara.

Ten film emanuje czułością, pozbawioną cienia sentymentalizmu. I to przede wszystkim za sprawą Chalameta.

Talent mój widzę ogromny

Od premiery filmu Guadagnino wiadomo było, że narodziła się wielka gwiazda pokolenia Z. Czy też raczej wielki aktor.

W 2017 roku do kin trafił także głośny debiut reżyserski Grety Gerwig "Lady Bird", gdzie Chalamet zagrał Kyle'a Scheible'a, bogatego hipstera,  i zarazem obiekt westchnień głównej postaci ( Saoirse Ronan). W debiucie Gerwig krytycy chwalili obsadę zespołową, zwracając uwagę na "zabawny", na wpół ironiczny występ Chalameta.

W 2018 roku w dramacie "Mój piękny syn" Felixa Van Groeningena młody aktor wcielił się w postać Nica, nastolatka uzależnionego od narkotyków, którego rodzice przechodzą piekło. (Ojca zagrał  Steve Carell ). To opowieść o chłopcu, który poszukuje swojej drogi, ale także o bezwarunkowej miłości rodziców, ich rozczarowaniach i nadziejach. Krytycy o występie Chalameta pisali między innymi: "W swoim stłumionym, milenijnym stylu Jamesa Deana, nerwowy i egocentryczny, pokazuje transformację aktora, który porzuca ‘cudowną bezpośredniość’, jaką pokazał w filmie Guadagnino". Otrzymał za niego nominację do Złotego Globu, SAG i BAFTA.

Im więcej grał, tym wyraźniej widać było jego wszechstronność. Starannie dobierał role. Wystąpił w kostiumowym "Królu" Davida Michôda, gdzie jako młody książę Hal zmieniał się z próżniaka w silnego władcę i walczył o Anglię na polu bitwy i na targanym konfliktami dworze. Po śmierci ojca-tyrana, już jako król Henryk V, odkrywał kulisy polityki pałacowej i mierzył się z bagażem przeszłości.

Ponownie aktor spotkał się z Guadagnino w romantycznym horrorze "Do ostatniej kości" (2022), w którym zagrał u boku Taylor Russell. Byli parą kanibali-włóczęgów.  Projekt był jego pierwszym przedsięwzięciem produkcyjnym. Chwalono chemię między Chalametem i Russell. W tym nie do końca udanym filmie, aktor zaskoczył ogromną delikatnością.

Druga nominacja do Oscara

"Diunie" Denisa Villeneuve’a i udziałowi w projekcie Chalameta należałoby poświęcić osobny rozdział. Będzie on jednak niezrozumiały dla tych, którzy nie znają prozy Franka Herberta. To wielkie, trzyczęściowe mroczne widowisko science-fiction, (ostatnia część przed nami), w którym Chalamet dwukrotnie zagrał rolę Paula Atrydy, ugruntowało jego pozycję jako wielkiej gwiazdy. Pierwsza "Diuna"  zarobiła na całym świecie ponad 750 milionów dolarów.

W wielkim uproszczeniu: film opowiada historię pełnej przygód i emocji podróży Paula Atrydy, któremu pisane jest przeznaczenie, jakiego sam nie jest w stanie pojąć. Najpierw jednak Paul musi się udać na najbardziej niebezpieczną planetę we wszechświecie, by ratować rodzinę, a wreszcie stać się mesjaszem dla rdzennych mieszkańców. Będzie mierzyć się z intrygami, zdradą, wielką polityką i religijnym fundamentalizmem. Jego bohater przejdzie przemianę. W pierwszej części jest zagubionym młodzieńcem, w drugiej staje się charyzmatycznym przywódcą.

O wiele ważniejszym dla Chalameta projektem okazał się jednak "Kompletnie nieznany" Jamesa Mangolda, gdzie wcielił się, jak już wiemy w Boba Dylana. Zaczynał film, nie wiedząc prawie nic o muzyku, a skończył  jako "oddany uczeń Kościoła Boba". Pracował z trenerem wokalnym, nauczycielem gry na gitarze, trenerem dialektu, ruchu, a nawet człowiekiem grającym na harmonijce. Czasami, bez ostrzeżenia, zaczynał mówić poza planem głosem Dylana. W filmie słyszymy Chalameta śpiewającego i grającego całe piosenki, NAPRAWDĘ na żywo na planie. Jako że Dylan pozostaje niedostępny dla mediów i dziennikarzy, film musiał skupić się niemal wyłącznie na jego twórczości. Nie bez powodu nosi taki, a nie inny tytuł. 

Skupienie się na początku kariery artysty, w Nowym Jorku lat 60. było dobrym wyborem reżysera. W epoce burzliwych przemian kulturowych, do West Village przybywa 19-latek z Minnesoty wyposażony w gitarę i niezwykły talent. Jego przeznaczeniem jest zmienić bieg amerykańskiej muzyki, a Mangolda pokazuje, z czym musiał się zmagać. Krytycy pisali, że Chalamet "jest genialny i całkowicie wiarygodny, lepszy niż sam film", co jest prawdą. Śpiewa i gra na gitarze i harmonijce z wielką łatwością. Tworzy przekonujący portret Dylana - człowieka enigmy. Nawet sam piosenkarz, zwykle milczący pochwalił jego pracę. Otrzymał za nią drugą nominację do Oscara, nagrody BAFTA i Złotego Globu w kategorii najlepszy aktor i został najmłodszą osobą, która zdobyła nagrodę Gildii Aktorów.

Dziennik "The Independent" napisał, że ​​Chalamet jest "naprawdę jednym z naszych największych talentów aktorskich XXI wieku" i porównał jego energię w filmie do tej, jaką zachwycał młody Al Pacino.

Kariera przede wszystkim

Nie ukrywa, że na obecnym etapie kariera aktorska jest dla niego rzeczą najważniejszą. Rzadko się zdarza, by młody artysta mówili tak otwarcie o swoich wielkich ambicjach. I sam utrudniał sobie pracę

Wcielając się w Boba Dylana, prosił o wykonywanie całości utworów na żywo, zamiast "udawania". W "Martym..." nalegał na rozgrywanie całych partii ping-ponga zamiast przeskakiwania między punktami, by lepiej oddać "fizyczne wyczerpanie" bohatera. Wydaje się, że nie ma życia prywatnego, choć dba o swój publiczny wizerunek.

Media opisują go jako "nowy symbol seksu", a jego androginiczny wygląd uznają za znak firmowy.  "The New York Times" zaliczył go do przedstawicieli "alternatywnego obrazu białej męskości" w amerykańskiej kulturze popularnej.  Amerykański "Vogue" wybrał "Najbardziej wpływowym mężczyzną w modzie w 2021 roku" i pochwalił za "przesuwanie granicy między tradycyjną męskością a kobiecością" w wyborach modowych. Z kolei magazyn "GQ" dla mężczyzn uznał go za "Najlepiej ubranego mężczyznę na świecie".

Pomimo wielkiej otwartości, rzadko mówi o życiu osobistym. Wydaje się jednak, że dba o jego "efektowność". Przez jakiś czas spotykał się z córką Cindy Crawford, Kaią Gerber. Od 2023 roku jest w związku z Kylie Jenner, najmłodszą Kardiashanką, ale dał jej do zrozumienia, że ​nie chce mieć nic wspólnego z jej rodziną. Występy w reality show to nie jego bajka. Miał powiedzieć też partnerce, że jej mama i siostry muszą przestać się wtrącać, jeśli chce, żeby z nią został.

"Wykorzystuje tę relację kiedy mu pasuje, robiąc sobie z nią zdjęcia na premierach, bo związek z influencerką generuje rozgłos. Ten układ jest bardzo strategiczny" - tłumaczy "przyjaciel rodziny" Kylie. Nie udaje, że coś, (lub ktoś), liczy się dla niego bardziej niż kariera. Nie ukrywa też, że z całych sił chce dostać Oscara.

- Czekam na niego, jak na wielkie uczucie, które nagle dopada człowieka i całkowicie go pochłania - przyznaje. Jest chyba pierwszym nominowanym do Oscara aktorem, który niemalże wyznał złotej statuetce miłość!

Oby 15 marca okazało się, że odwzajemnioną.