Cypr to dziś kraj, który w powszechnej świadomości Polaków jawi się jako wakacyjny raj. Gwarantowana dobra pogoda, piękne plaże, czyste morze, pyszne jedzenie i dobrze rozwinięta infrastruktura noclegowa. Do tego bezpośrednie i szybkie połączenia lotnicze. Czego chcieć więcej?
Okazuje się jednak, że to nie wszystko. Wyspa nosi w sobie fascynującą, choć wciąż niemalże zapomnianą, historię naszych rodaków.
Wybrałem się na Cypr specjalnie po to, aby ją poznać i opowiedzieć. Miałem przy tym gigantyczne szczęście. Trafiłem bowiem na osobę, która bezinteresownie zechciała mi pomóc.
- Z urodzenia i wychowania jestem Ślązaczką. Fuszerki nie toleruję - tak wita mnie Urszula Savvopoulou, z którą spotykam się w Nikozji.
Przez kilka poprzednich tygodni intensywnie korespondowaliśmy mailowo. Moja rozmówczyni zapewniła mnie, że udzieli mi wszelkiej pomocy w przywracaniu pamięci o Polakach na Cyprze. Sama mieszka na wyspie od 45 lat i zna ją jak własną kieszeń. Jako historyczka i archeolożka z wykształcenia nie mogła nie zgłębić losów swoich rodaków.
Siadamy przy stoliku w kawiarni znajdującej się tuż przy granicy. Za naszymi plecami stoi mur, a na nim rozwieszony jest drut kolczasty. Dalej znajduje się strefa zdemilitaryzowana pod zarządem ONZ, a później już północna część Nikozji, będąca od 1974 roku pod okupacją turecką.
W takich okolicznościach rozpoczynamy rozmowę.
Polacy stali się uchodźcami
Na lazurowym Śródziemnym Morzu
Jest wyspa - Cypr nazywa się -
Ten kto jej nie zna, niech jej poszuka
W geograficznym atlasie.*
- Gdybyśmy mieli szukać pierwszych śladów Polaków na Cyprze, pewnie trzeba byłoby cofnąć się do średniowiecza. Wówczas wyspą rządzili Wenecjanie i wysoce prawdopodobne jest, że przewijali się tutaj nasi rodacy. W tamtych czasach nie było jednak jeszcze świadomości narodowej, więc trudno spodziewać się, aby w jakichkolwiek dokumentach pojawiły się wzmianki o Polsce jako takiej. Później Cypr służył jako punkt przystankowy podczas pielgrzymek do Ziemi Świętej. Bez wątpienia wśród podróżnych byli więc i Polacy. Znów jednak nie ma na to twardych dowodów - zaznacza na wstępie Pani Urszula.
Prawdziwa polska historia na wyspie zaczęła się w 1940 roku. W samym środku wojennej hekatomby.
Aby zrozumieć, co stało się na Cyprze, cofnijmy się do września 1939 roku. Polska została zaatakowana z dwóch stron przez nazistowskie Niemcy i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Rząd i tysiące innych ludzi zbiegli do Rumunii, gdzie rozpoczęło się internowanie.
Wraz z upływem kolejnych miesięcy Bukareszt coraz mocniej skłaniał się jednak ku III Rzeszy. Ion Antonescu zbliżył się do Adolfa Hitlera, a oficjalne przystąpienie Rumunii do Paktu Trzech wydaje się tylko kwestią czasu.
Internowani Polacy wiedzieli, że muszą szukać sobie nowego miejsca. Długo już w Rumunii nie zostaną. Jeśli Niemcy wejdą do kraju, ich los będzie wisiał na włosku.
We wrześniu 1940 roku doszło do ewakuacji grupy liczącej 500 naszych rodaków. Wsiedli na statek i ruszyli w nieznane.
Stali się uchodźcami wojennymi.
Goście Króla Jerzego VI
Tam żeśmy żyli jak w ziemskim raju,
Głowy nam nikt nie zawracał,
Anglik nas żywił, Anglik nas ubierał
I jeszcze funta dopłacał.*
- Ale byli uchodźcami zdecydowanie innymi, niż wielu mogłoby sobie to wyobrazić - zaznacza Savvopoulou. - To nie byli ludzie z tobołkami, płaczem i różańcem. Mówimy o osobach wykształconych, obytych w świecie, na wysokich stanowiskach, znających języki obce.
Polacy, którzy trafili na Cypr, uzyskali status oficjalnych gości króla brytyjskiego Jerzego VI. To on bowiem stał za przerzutem naszych rodaków na będącą pod londyńskim panowaniem wyspę. Postawił jednakowoż kilka warunków. Przede wszystkim - Polacy nie mogli pracować ani tym bardziej zakładać organizacji zbrojnych.
Krzywda naszym rodakom się jednak nie działa. Brytyjczycy zapewniali im zakwaterowanie w hotelach Elvetia, Forest Park, Marangou i Dome, a także wyżywienie. Co więcej - wypłacali gościom coś w rodzaju kieszonkowego. Bezpośrednią opiekę nad uchodźcami sprawował Polski Konsul Honorowy Stefan Fiedler-Alberti.
W takich warunkach spora część Polaków rozpoczęła normalne, wygodne życie w nowym miejscu. Szybko powstały szkoły, w których uczono w ojczystym języku, zaczęły ukazywać się również polonijne gazety. Grupa geografów i kartografów stworzyła natomiast humorystyczną mapę Cypru. W miarę możliwości obchodzono też nasze święta narodowe.
- Byli też i tacy, którzy narzekali, jak to Polacy. Że klimat nie taki, że jedzenie nie takie, że do domu daleko. Ci bardziej zaradni potrafili jednak normalnie żyć. Nie musieli pracować, a dostawali pieniądze. Cypr był wtedy bardzo tani, więc to kieszonkowe w zupełności wystarczało - podkreśla moja rozmówczyni.


Księgowy skrupulatnie notował
Wśród gór skalistych, w pięknym Platresie,
Uchodźców polskich tam wiele,
Same starosty i wojewody,
Pełne ich wszystkie hotele.*
Zdecydowaną większość polskich uchodźców stanowili urzędnicy państwowi wraz z rodzinami. Byli wśród nich wojewodowie, starostowie, a także posłowie. Znalazł się również były minister rolnictwa Bronisław Nakoniecznikow-Klukowski. Na wyspę zabrał ze sobą żonę, córkę Halinę i syna Andrzeja, który następnie zaciągnął się do Wojska Polskiego w Palestynie. Z Bliskiego Wschodu nigdy nie wrócił, a jego losy pozostają nieznane.
- Halina Nakoniecznikow-Klukowska została na Cyprze po wojnie, wyszła tutaj za mąż za Anthony'ego Pietroniego z rodziny Rycerzy Maltańskich. Doczekali się trójki dzieci. Pani Halina była bardzo elegancką kobietą, zmarła na początku lat 2000 - mówi Urszula Savvopoulou.
Podobnie potoczyło się życie Elzy Ziętek. Wywodząca się najprawdopodobniej z wpływowej śląskiej rodziny kobieta poznała Cypryjczyka i postanowiła zostać z nim na wyspie. Dziś spoczywa na katolickim cmentarzu w Larnace.
To, co wiemy o polskich uchodźcach na Cyprze, to jednak zasługa nie urzędników państwowych, a przede wszystkim... księgowego ze Śląska. I przypadku.
Na wyspę trafił Aleksander Koj, który - najwyraźniej przyzwyczajony do skrupulatności w pracy - dokładnie notował losy rodaków. Pisał pamiętniki, które po wojnie ukrył głęboko w szufladzie. Nigdy nikomu ich nie pokazał. Wiele lat później jego prawnuk, Mariusz Tracz, natknął się na nie podczas sprzątania domu.
Przeczytał. I zrozumiał, że nie mogą trafić ponownie do szuflady.
- Pan Mariusz napisał na podstawie pamiętników dziadka "Sprawozdanie z przeżyć w czasie wojny. Losy śląskiego uchodźcy 1939-1947", wydane przez Stowarzyszenie Przyjaciół Słowaka w Chorzowie w 2014 roku. Dostałam tę książkę i bardzo dużo tego, co wiem o Polakach na Cyprze, to zasługa właśnie tej publikacji - podkreśla moja rozmówczyni.


Oddech nazistów na plecach
Lecz, gdy się o tem Adolf dowiedział,
Nie czekał on ani chwili,
Posłał Goeringa i Ribbentropa,
Żeby mu Cypr zdobyli.*
Polacy mieszkali na Cyprze przez dziewięć miesięcy. Z dnia na dzień poczucie bezpieczeństwa rozsypało się jak domek z kart. Będący do tej pory daleko Niemcy nagle zapukali do drzwi.
Ich oddech czuć było na plecach. W maju 1941 roku przeprowadzili inwazję na Kretę. 500 kilometrów od Cypru.
Wszystko wskazywało na to, że tymczasowy dom Polaków - będący przecież kolonią brytyjską - będzie następny. Polacy znów musieli więc pakować walizy i szukać sobie nowego miejsca w świecie.
Postanowiono, że rodziny i osoby starsze trafią do Rodezji (dziś Zimbabwe), które wówczas także było pod panowaniem brytyjskim. A młodzież, w szczególności płci męskiej, wyjechała do Palestyny i została wcielona do wojska brytyjskiego. Tam formowany był 2. Korpus Polski.
Tuż przed exodusem naszych rodaków z Cypru, zdążyli oni jeszcze odsłonić pomnik w Kirenii. Stanął przed Kościołem Świętej Elżbiety Węgierskiej, a napis na nim głosi: "Ojczyznę wolną racz nam dać, Panie". Takie same słowa są zapisane również w językach angielskim i greckim.
- Jako Polonia już kilkukrotnie go odnawialiśmy. Odwiedzamy pomnik przy okazji ważnych świąt narodowych, na przykład Dnia Niepodległości - tłumaczy Urszula Savvopoulou.


I znów rozpierzchli się po świecie
Ochraniaj, Boże, wierną Twą trzódkę,
Prowadź, ach, prowadź do kraju,
Byśmy się znowu mogli zobaczyć,
W Kapsztadzie albo Bombaju.*
500 polskich uchodźców już nigdy nie stworzyło jednej grupy. Każdy rozjechał się w swoją stronę.
Jedni szukali szczęścia w Afryce, inni w Azji, jeszcze inni w Ameryce Północnej. Niektórzy w 1945 roku postanowili wrócić do kraju, inni bali się życia za żelazną kurtyną.
Koniec uchodźczej historii nie oznaczał jednak końca bytności Polaków na Cyprze. Do dziś nasi rodacy zamieszkują wyspę. Funkcjonują tam również polskie szkoły.
Placówki mieszczą się w Pafos, Limassolu, Nikozji, Larnace i Paralimni. Nie stanowią alternatywy dla cypryjskich szkół, są uzupełnieniem obowiązkowej edukacji dla tych, którzy chcą pielęgnować polskość.
- Szkoła prowadzi nauczanie dla dzieci w wieku od 3 do 12 lat, które na co dzień uczęszczają do cypryjskich placówek edukacyjnych. Jest zarejestrowana w Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPEG), a nauczanie odbywa się w oparciu o ramy kształcenia uzupełniającego zgodne z wytycznymi Ministerstwa Edukacji. Uczniowie poznają język polski oraz zdobywają wiedzę o historii, geografii i kulturze Polski - mówi Wioletta Mazurek, dyrektorka Szkoły Języka Polskiego w Larnace.
- Wyjątkowym atutem szkoły są spotkania z zaproszonymi gośćmi z Polski: pisarzami książek dla dzieci i młodzieży, naukowcami, wykładowcami akademickimi z Polski, aktorami i muzykami. Prowadzą oni z dziećmi inspirujące zajęcia, dzieląc się swoim doświadczeniem, osiągnięciami i pokazując kulisy swojej pracy - dodaje Anna Wagner, założycielka Polskiej Szkoły w Nikozji i Larnace.
- Nasza szkoła to nie tylko lekcje, ale również wspólnota. Organizujemy wydarzenia okolicznościowe, obchody polskich świąt narodowych, spotkania integracyjne i warsztaty, które łączą Polonię mieszkającą na Cyprze. Dzięki temu dzieci mają okazję rozwijać język w naturalnym środowisku i budować relacje z rówieśnikami o podobnych doświadczeniach - podkreśla Urszula Kosińska ze Szkoły Języka Polskiego w Pafos i Limassol.
***
* zaznaczone symbolem gwiazdki cytaty to fragmenty uchodźczego wiersza, powstałego w czasach pobytu Polaków na Cyprze. Jego treść udostępniła mi Urszula Savvopoulou
