Na kotwicach w Zatoce Perskiej po wybuchu wojny USA z Iranem stanęło około 1500 statków. Niektóre podejmowały ryzyko przepłynięcia niebezpiecznego szlaku, ale większość powstrzymują błyskawicznie rozchodzące się wieści o ostrzale i minach. Stoją więc i czekają. Nie czekają natomiast różne stworzenia, które korzystają z okazji.
W ciepłych wodach na południe od Iranu mikroorganizmy, algi i mięczaki błyskawicznie przywierają do kadłubów wielkich tankowców. Najpierw na powierzchni tworzy się cienka warstwa bakterii, biofilmu i śluzu. Chwilę później pojawiają się grubsze problemy - małże, muszle, wieloszczety, pąkle oraz innych bezkręgowce wodne.


Wybuchła wojna. O pąklach nikt nie myślał
Gromadzenie się organizmów morskich na kadłubach nazywane jest porastaniem lub z angielska biofoulingiem. To zjawisko dobrze znane każdemu posiadaczowi łodzi, bez względu na jej wielkość, czy chodzi o małą żaglówkę, czy wielki morski kontenerowiec.
Porastanie występuje nie tylko na zewnętrznych powierzchniach, lecz także wewnątrz systemów wody morskiej (np. chłodzenia, klimatyzacji, instalacji przeciwpożarowych), gdzie rozwijająca się warstwa organizmów może zmniejszać przekrój przepływu, sprzyjać korozji i zwiększać ryzyko awarii instalacji.
- Konsekwencje są poważne - stwierdza Kristoffer Ramstad, kierownik ds. wydajności floty norweskiego armatora Odfjell, który w rozmowie z portale E24 wyjaśnia, w czym tkwi problem.
Firmy żeglugowe pokrywają kadłuby tzw. środkami przeciwporostowymi, co oznacza, że większość zanieczyszczeń odpada podczas żeglugi. Ponadto kadłuby są regularnie myte. Jednak zarówno prędkość, jak i mycie stanowią wyzwanie, gdy statki stoją w miejscu w Zatoce Perskiej. - Nowoczesne środki przeciwporostowe nie są zaprojektowane z myślą o przestojach, jakie obserwujemy w tym rejonie - mówi Ramstad.
Ponadto obszar ten jest uważany za jeden z najbardziej wymagających pod względem rozwoju organizmów morskich na świecie. - Wysoka temperatura wody, wysokie zasolenie, to dobre warunki rozwoju organizmów morskich - wyjaśnia Ramstad.
Na kadłubach błyskawicznie pojawiają się na przykład pąkle - pokryte pancerzykiem z płytek wapiennych skorupiaki. Są poważnym zagrożeniem infrastruktury morskiej, niszcząc kadłuby statków.


Lasse Kristoffersen, szef armatora Wallenius Wilhelmsen, dodaje, że kiedy wybuchła wojna nikt nie myślał o tym problemie. - Myśleliśmy o bezpieczeństwie, załodze i klientach.
Podkreślił, że niezwykle rzadko zdarza się, by statek pozostawał w tym samym miejscu przez dwa miesiące i więcej, jak ma to miejsce w cieśninie Ormuz, Zatoce Perskiej i Omańskiej, więc nie za bardzo wiadomo, jak sobie z tym poradzić.
- A im cieplejsza woda, tym szybciej dochodzi do obrastania. Im dłużej statek stoi, tym bardziej obrasta i tym trudniej to usunąć - mówi Kristoffersen.
Czekają na otwarcie cieśniny Ormuz. Zapowiadają: Cała naprzód
Według Norweskiego Urzędu Morskiego największym problemem związanym z zanieczyszczeniami jest korozja kadłuba. Jeszcze przed jej wystąpieniem, zanieczyszczenia zmniejszają manewrowość i zwiększają opór. To prowadzi do większego zużycia paliwa.
- Nawet pierwsza warstwa mikroorganizmów wpływa na hydrodynamikę i zwiększa tarcie - mówi Ramstad.
Aby oczyścić statki, trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników: pogodę, dostęp do energii elektrycznej, lokalne ograniczenia portowe i przepustowość. A ta, z powodu wojny, została ograniczona.
Sytuacja w cieśninie Ormuz wciąż jest niepewna, rozejmy kruche. Armatorzy deklarują, że po sygnale o pełnym bezpieczeństwie ruszą tak szybko, jak to możliwe. - Całą naprzód - deklaruje Ramstad.
"Cała naprzód" oznacza, że wiele statków opuści arabskie wody z pasażerami na gapę. Wiele z nich dotrze na nieznane wody i najpewniej w nich pozostanie, co ładnie nazywa się rozprzestrzenianiem gatunków inwazyjnych. Mniej ciekawe będzie to jednak dla ekosystemów, w których się pojawią.
Wspomniana już porastanie kadłubów jest jednym z głównych wektorów przenoszenia obcych gatunków wodnych między akwenami, obok wód balastowych. Organizmy osiedlające się na kadłubach i w elementach konstrukcyjnych mogą być transportowane na duże odległości, a po wprowadzeniu do nowego ekosystemu konkurować z gatunkami rodzimymi, zmieniać strukturę biocenoz i wpływać na funkcjonowanie lokalnych ekosystemów.
Oczywiście zagrożenie inwazją obcych gatunków roślin i zwierząt oraz przenoszonych przez nie chorób będzie największe w akwenach o temperaturach wody zbliżonych do Zatoki Perskiej. Problem w tym, że wody Morza Śródziemnego, nad którym nie tylko Polacy uwielbiają wypoczywać, robią się coraz cieplejsze, a gatunków obcych przybywa w nich od dawna.
Nowe gatunki pąkli, które przypłyną wraz z wydostającymi się ze strefy wojennej marynarzami, nie są wprawdzie bezpośrednio trujące ani agresywne dla ludzi, ale ich ostre muszle mogą powodować bolesne skaleczenia.
Morze Śródziemne ma jednak i bez nich sporo problemów. Wszystko zaczęło się psuć ponad 150 lat temu, kiedy otwarto Kanał Sueski. To wtedy z Morza Czerwonego zaczęły napływać nowe gatunki. Proces przyspieszył w ostatnich latach, kiedy temperatura w basenie śródziemnomorskim zaczęła gwałtownie rosnąć, nawet 20 procent szybciej niż przeciętnie w innych morzach. Inwazyjni przybysze poczuli się jak w domu.
- Skutki mogą być bardzo poważne - mówi ekspertka WWF ds. ochrony mórz Heike Vesper. - W coraz cieplejszych wodach Morza Śródziemnego naliczono już blisko tysiąc obcych gatunków, przybyłych głównie z Morza Czerwonego.
Plaga rozdymek. Jad 1200 razy silniejszy od cyjanku
Odpoczywając teraz na plażach Chorwacji lub Grecji może i cieszymy się, że jesteśmy nad "morzem tropikalnym", bo w takie zamienia się zdaniem ekologów ten akwen. Ale do czasu.
W 2006 roku po raz pierwszy w wodach wokół Cypru pojawiła się rozdymka srebrzysta (Lagocephalus sceleratus), zwana również ropuchą srebrzystą. Chwilę później dołączyła rozdymka sterczel (Lagocephalus lagocephalus). Obie przybyły z Morza Czerwonego.
Obie też są silnie trujące, ich ciała zawierają silnie trującą tetrodotoksynę. Substancja ta blokuje kanały sodowe w komórkach nerwowych, powodując paraliż mięśni, niewydolność oddechową i w skrajnych przypadkach śmierć. Trucizna rozdymki srebrzystej jest 1200 razy silniejsza od cyjanku. Przyjmuje się, że dawka śmiertelna to już 1 miligram (0,001 g). Nawet dotknięcie jej skóry może spowodować zatrucie.


Ropucha srebrzysta jest dziś prawdziwą plagą w wodach przybrzeżnych wokół Cypru, gdzie rząd wydaje miliony euro na walkę z tą rybą. Bezskutecznie. Nie ma ona bowiem naturalnych wrogów, rozmnaża się beż ograniczeń. Na dodatek dostosowała swoje menu do tego, co w nowych wodach zastała. Z małych głowonogów (których jest coraz mniej) przerzuciła się na pąkle, kraby, jeżowce i inne ryby.
Przed dwoma laty chorwacki dziennik "Politika" doniósł, że ropuchę srebrzystą - najbardziej trującą rybę świata, jak ją określono - złowiono w Zatoce Medulin. Nie była sama, przy zachodnim wybrzeżu Istrii zaobserwowano siedem osobników. Samca odłowiono na głębokości 19 metrów i przewieziono do Centrum Badań Morza w Rovinju.
Chorwackie władze od razu rozpoczęły kampanie edukacyjne, mające na celu ostrzeżenie turystów i rybaków.
Dr Neven Iveša z Uniwersytetu Jurja Dobrili w Chorwacji, współautor badań nad tym gatunkiem, w czasopiśmie "Acta Ichthyologica et Piscatoria" ostrzegał, że ryba ta jest agresywna, a jej ugryzienia mogą prowadzić do poważnych obrażeń.
Skrzydlice. "Wody nie są już bezpieczne"
Kiedy w 2014 roku pogłębiono i poszerzono Kanał Sueski w wodach wokół Grecji, Cypru i Turcji zaczęły się licznie pojawiać także skrzydlice ogniste (Pterois volitans) zwane też ognicami pstrymi - ryby z rodzaju Pterois, które naturalnie występują w okolicach raf koralowych w morzach tropikalnych i subtropikalnych. Ich kolce na płetwie grzbietowej są połączone z gruczołami jadowymi. Ukłucia ognic są bardzo bolesne, a w niektórych przypadkach mogą być dla człowieka śmiertelne. Drapieżna ryba jest na dodatek agresywna i atakuje, gdy poczuje się zagrożona.


Wiadomo, że były już wcześniej. - Po raz pierwszy pojawiły się w wodach u wybrzeży Cypru w 2012 roku - powiedział agencji AFP Louis Hadjioannou, dyrektor ds. badań Centrum Badań Środowiskowych Enalia Physis. - Od tego czasu rozprzestrzeniły się wszędzie. Na całej wyspie, niemal wszędzie, gdzie się nurkuje, można je teraz zobaczyć w dużych ilościach.
- Inwazja trwa - spuentował Demetris Kletou, dyrektor cypryjskiego Laboratorium Badań Morskich i Środowiskowych.
Obaj naukowcy wraz z Centrum Enalia i kilkoma innymi partnerami, w tym Uniwersytetem Cypryjskim i Wydziałem Rybołówstwa i Badań Morskich, prowadzą projekt pilotażowy o nazwie "Relionmed". Ich celem jest uczynienie Cypru "pierwszą linią obrony" przed inwazją skrzydlic.
Według Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody, oprócz utraty siedlisk i nadmiernej eksploatacji, gatunki inwazyjne znajdują się w pierwszej piątce głównych przyczyn utraty różnorodności biologicznej na świecie.
- Martwimy się, bo są tak żarłoczne - mówi biolog morski Carlos Jimenez, starszy koordynator badań w Enalia, dokonując sekcji skrzydlic w swoim biurze w Nikozji. Wnętrze ryb jest analizowane w celu określenia ich ulubionej ofiary w Morzu Śródziemnym.
- Wiemy, że na tym etapie powstrzymanie inwazji jest niemal niemożliwe - stwierdza biolog morski Louis Hadjioannou. - Celem projektu nie jest eliminacja, ale kontrola.
Skrzydlic jest coraz więcej i poszerzają swoje terytorium. Są coraz powszechniejsze także na chorwackim wybrzeżu. W ubiegłym roku władze Parku Narodowego Kornati, obejmującego zasięgiem 89 wysepek oraz pobliskie łąki podwodne, zaczęły ostrzegać: "Wody nie są już bezpieczne". Wykryto w nich pierwsze okazy.


Co mogą zrobić turyści? Pływając w płytkiej wodzie ryzyko napotkania skrzydlicy nie jest zbyt duże, kłopoty mogą mieć osoby schodzące do wody w okolicach skał i amatorzy nurkowania. Zwłaszcza ci, którzy zwabieni urodą ognicy pomyślą zrobieniu jej zdjęcia i dla lepszego ujęcia zrobią o jeden krok za daleko.
Sygan marmurkowy. Polewaj gorącą wodą
Południową i środkową część Adriatyku opanował sygan marmurkowy (Siganus rivulatus). Ryba niezbyt urodziwa, o spłaszczonym ciele, rozwidlonej płetwie ogonowej i charakterystycznym kolorze o mozaikowym brązowo-biało-żółtawy wzorze przypominający marmur.
Sygan ma też płetwę grzbietową wyposażoną w 13 kolców jadowych. Przy nieumiejętnym chwycie kolce łatwo mogą przebić skórę, a jad przedostać się do ciała. Efekt jest bolesny, na szczęście brak informacji o ofiarach śmiertelnych. Jad jest białkiem nietrwałym termicznie i każde miejsce, w którym do ciała został wprowadzony, powinno być jak najszybciej poddane działaniu wyższej temperatury około 43-46 st. Celsjusza (np. poprzez polewanie gorącą wodą). Ofiary zatrucia powinny być obserwowane oraz leczone z powodu możliwej infekcji.
Na szczęście dla ludzi ryba jest jadalna, choć może być źródłem toksyn podobnych do ciguatoksyn - groźnych dla ludzi będących neurotoksynami, odkładających się i kumulowanych w mięśniach niektórych gatunków morskich ryb ze strefy tropikalnej. W Izraelu odnotowano zatrucie po spożyciu mięsa ryb z rodzaju Siganus, przypuszczalnie złowionej w mocno zanieczyszczonej wodzie.
Jednak jeśli my jej nie zjemy, to ona ogołoci z roślinności florę płycizn morskich np. z rodzaju Cystoseira, zmieniając wszystko w podwodne pustynie. Poza tym sygan stwarza silną konkurencję dla miejscowych ryb.


Nie wszystkie organizmy kolonizujące Morze Śródziemne są oczywiście jadowite. Wspomniane wcześniej pąkle, nawet nowych gatunków, nie wyrządzą człowiekowi bezpośrednio większej szkody, choć pokaleczyć o nie stopy to też żadna przyjemność.
Podobnie jest z Caulerpa taxifolia, inwazyjnym i śmiercionośnym glonem, który zyskał złą sławę ze względu na fatalny wpływ na bioróżnorodność. Rozprzestrzenianie się błyskawicznie, bo nie ma dużych drapieżników roślinożernych. Co więcej, Caulerpa taxifolia jest rośliną toksyczną dla wielu gatunków. Dlatego na przykład jeżowce nie mogą jej zjadać.
Glon się pojawił, a endemiczna fauna morska zanika. To jeden z dwóch gatunków glonów wymienionych na liście 100 najgorszych inwazyjnych gatunków obcych na świecie (obok wodorostów Undaria pinnatifida). Nie kochają go również rybacy - zaplątuje się w sieci - oraz właściciele łodzi motorowych - prowadzi do uszkodzenia śrub napędowych.
Inwazyjne gatunki glonów tworzą też gęste maty na dnie morza, dusząc i wypierając cenne, endemiczne łąki posydonii (Posidonia oceanica). To o tyle przykre, że łąki posydonii w Morzu Śródziemnym zajmują zaledwie 2 proc. powierzchni dna wzdłuż wybrzeży i są ekstremalnie zagrożone.
Buty do wody w każdym plecaku
Morze Śródziemne jest domem dla olśniewającej różnorodności dzikiej przyrody. Chociaż zajmuje mniej niż 1 proc. powierzchni oceanów, żyje tu 1 na 10 znanych gatunków morskich, z których 28 proc. nie występuje nigdzie indziej na Ziemi. Wśród znanych mieszkańców są walenie, delfiny i morświny; żółwie karetta i zielone; foki mniszki; oraz ponad 80 gatunków rekinów i płaszczek.
To się jednak szybko zmienia. Populacje ssaków morskich w Morzy Śródziemnym spadły o 41 proc. w ciągu ostatnich 50 lat. Szacuje się, że pozostało zaledwie około 400 fok mniszek. Ponad połowa gatunków tamtejszych rekinów i płaszczek jest klasyfikowana jako zagrożona.


Wszystkich wybierających się na wakacje w tamte okolice prosić można o rozwagę, poszanowanie natury, zalecić ostrożność. Dziś trudno przewidzieć, jak w najbliższych latach zmieni się ta część Europy, ale jedno jest pewne - buty do wody, które zapewnią ochronę na kamienistym dnie i w gorącym piasku powinny znaleźć się w każdym wakacyjnym bagażu.
