Choć artykuł ten przywołuje dzieje jedynie czwórki, ich losy są emblematem całego pokolenia aktorów, których kariery przerwała jedna okupacja, a w niemałej części przypadków - dobiła kolejna.
Bożydar Aleksander Żabczyński (taka kolejność imion znalazła się bowiem w jego metryce) przyszedł na świat 24 lipca 1900 roku w Warszawie, jako syn Zofii z Ostrowskich - śpiewaczki operowej - oraz Aleksandra - oficera armii carskiej (później zaś generała dywizji Wojska Polskiego). Od dziecka pobierał nauki w domu, by zostać następnie uczniem gimnazjów Pawła Chrzanowskiego i Kazimierza Kulwiecia, a w rezultacie - kontynuując niejako rodzinne tradycje - wstąpić do poznańskiej Szkoły Podchorążych Artylerii, gdzie ukończył kurs oficerów zawodowych i dosłużył się stopnia podchorążego właśnie. W międzyczasie Darek (jak nazywała go matka) stał się żakiem Uniwersytetu Warszawskiego, jednak - szczęśliwie dla międzywojennego kina - nie podołał temu wyzwaniu; uwolniony od studenckiego brzemienia poświęcił się tym samym profesji, która przyciągała go najmocniej.
Z grą aktorską Żabczyński zetknął się jeszcze u Chrzanowskiego - biorąc czynny udział w pracach szkolnego koła teatralnego; doświadczenie to kontynuował i na studiach, angażując się w Koło Sztuki Dramatycznej, a także szlifując umiejętności w szkole Niny Niovilli - pierwszej polskiej reżyserki filmowej. Niedługo później - za namową Edwarda Wiercińskiego - przyszły amant trafił do legendarnej Reduty Juliusza Osterwy, gdzie ostatecznie spełnił marzenia o wielkiej scenie. Debiutem Aleksandra była najprawdopodobniej epizodyczna rola przekupnia w "Judaszu" Kazimierza Przerwy-Tetmajera - za pierwszą istotniejszą kreację uznaje się jednak na ogół jego podwójną rolę (Archanioła Gabriela oraz Chleburada) w "Pastorałce" Leona Schillera, co nastąpiło w grudniu 1922 roku. W kolejnych latach Żabczyński "migrował" między kolejnymi teatrami - pojawiał się na scenach warszawskich, lwowskich oraz łódzkich, by w roku 1930 wrócić ostatecznie do stolicy. Konkretniej - na deski Morskiego Oka, gdzie, śpiewając piosenki autorstwa Juliana Tuwima czy Andrzeja Własta, występował u boku Eugeniusza Bodo, Lody Halamy, Toli Mankiewiczówny oraz wielu innych. Aleksander zyskał sobie tym samym przychylność tak publiki, jak i prasy - ta nierzadko podkreślała bowiem jego nienaganną dykcję oraz dźwięczny głos. I choć jego nazwisko z sezonu na sezon zyskiwało coraz pokaźniejsze grono fanek i fanów, prawdziwa sława miała nadejść dopiero w latach 30.
Na ekranie Żabczyński zadebiutował jeszcze w roku 1926, kiedy to za namową Henryka Szaro wystąpił w reżyserowanym przez niego "Czerwonym błaźnie". Mimo że niema produkcja nie odbiła się szerokim echem, przetarła szlaki i pozwoliła na kolejne angaże - między innymi w "Janko Muzykancie", filmie, który stał się jednym z początków udźwiękowienia polskiego kina (mimo niezarejestrowania dialogów, nagrano bowiem doń utwory). Przełom przyniósł rok 1931 i mówione role w remake'ach amerykańskich produkcji - "Głos serca" oraz "Kobieta, która się śmieje", po których prasa niemal natychmiast dostrzegła, że Żabczyński "jako amant filmu mówionego góruje w tej chwili nad [Zbigniewem] Sawanem i [Adamem] Brodziszem".
Wkrótce miało okazać się, że obecność Aleksandra gwarantować będzie sukces niemal każdej produkcji. W połowie lat 30. "amant amantów" był już u szczytu popularności - jego status przypieczętowała rola w "Manewrach miłosnych, czyli córce pułku" z 1935 roku, gdzie wcielił się w postać księcia Quanti i partnerował Toli Mankiewiczównie; jak miało się wkrótce okazać - nie po raz ostatni. Do września roku 1939 Żabczyński zagrał jeszcze w kilkunastu produkcjach, wszystkie ugruntowały zaś jego pozycję jako ulubieńca widowni. W "Panience z poste restante" towarzyszył Almie Kar jako Olszewicz - przemysłowiec uwikłany w biznesowo-miłosną intrygę; w "Ada! To nie wypada!" partnerował Lodzie Niemirzance jako Fred Orzelski - hrabicz pretendujący do roli męża tytułowej bohaterki; w "Jadzi" - występując u boku królowej ekranu Jadwigi Smosarskiej - wcielił się w Jana Okszę, którego serce - po serii nieporozumień z tenisem w tle - trafia ostatecznie tam, gdzie powinno; rola w "Pani minister tańczy" przyniosła mu zaś kolejne spotkanie z Mankiewiczówną - tym razem w roli zakochanego w niej urzędnika. Klamrą tego okresu stała się "Zapomniana melodia" - tam też, partnerując Helenie Grossównie, zagrał nie tylko jedną z ostatnich filmowych ról, ale i zaśpiewał utwór, który brzmiał (i wciąż brzmi) mimo wszystko - "Już nie zapomnisz mnie". Piosenka ta, z muzyką Henryka Warsa i słowami Ludwika Starskiego, do dziś bywa przywoływana jako symbol tamtej epoki - melodyjny refren dawnej Warszawy, która w kinowym blasku nie przeczuwała jeszcze nadciągającego mroku.
Spektakularną karierę przerwał wybuch wojny - choć Żabczyński, jako rezerwista, został zmobilizowany jeszcze w sierpniu 1939 roku. Walczył następnie w kampanii wrześniowej, a po jej zakończeniu przedostał się do Rumunii, by zostać następnie internowanym na Węgrzech; stamtąd zbiegł do Francji, gdzie wstąpił do Wojska Polskiego, zostając młodszym oficerem 2. baterii przeciwlotniczej. Po kampanii francuskiej - 18 czerwca 1940 roku - Aleksander został ewakuowany do Wielkiej Brytanii, skąd dwa lata później trafił na Bliski Wschód i dalej - przez Irak oraz Palestynę - do Egiptu. Już jako kapitan 2. Korpusu Polskiego wziął z kolei udział w kampanii włoskiej i został ranny w bitwie o Monte Cassino. Po zakończeniu wojny przebywał krótko w Austrii oraz ponownie na Wyspach Brytyjskich, gdzie doczekał się demobilizacji. Pod koniec 1946 roku Żabczyński wrócił do Polski.
W kraju, który zdążył zmienić się nie do poznania, nie czekała już jednak na niego ani filmowa kamera, ani kabaretowa estrada - przeciwnie, pochodzenie społeczne, wcześniejszy status, a także udział w walkach na zachodnim froncie sprowadziła nań niemal permanentną inwigilację ze strony nowej władzy. I choć propozycje filmowe miały pojawiać się mimo to, Aleksander nie przyjął żadnej z powojennych ról na wielkim ekranie. Wrócił za to na scenę - najpierw do Romy, potem do Małego i Klasycznego, aż wreszcie do Polskiego, na deskach którego pojawiał się niemal do samego końca. W międzyczasie wielokrotnie występował także przed mikrofonem Polskiego Radia, w roku 1957 pierwszy i ostatni raz wystąpił zaś w Teatrze Telewizji - przyjmując rolę Księcia w "Abelardzie i Heloizie" Adama Hanuszkiewicza.
Aleksander Żabczyński zmarł 31 maja 1958 roku w Warszawie - po kilku dniach pobytu w szpitalu, gdzie przewieziono go w związku z przebytym zawałem serca. Miał 57 lat. Pierwszy amant II Rzeczypospolitej odszedł po cichu, wystarczyło jednak ledwie kilka dni, by ówczesna prasa rozpętała informacyjną gorączkę - nie najgłośniejszą, lecz na tyle uporczywą, by nie dać o sobie zapomnieć. Donoszono tym samym o zasłabnięciu w teatrze, do którego miało dojść podczas jednej z prób, a także sugerowano nagłą śmierć na mokotowskiej działce - wersje te, mimo że nieprawdziwe, zaczęły zaś krążyć po środowisku, zyskując status dziwnego i nieusuwalnego mitu, który z niejasnych powodów przyjął się lepiej niż suche fakty.
Adam Brodzisz urodził się 18 lutego 1906 roku we Lwowie - dzieciństwo spędził tym samym w mieście, które już w tamtym czasie kipiało tak kulturą, jak i kontrastami; choć pierwsze nauki pobierał w miejscowym gimnazjum matematyczno-przyrodniczym (które ukończył w roku 1926), a następnie rozpoczął naukę na Uniwersytecie Jana Kazimierza, wszystkie drogi okazały się prowadzić go do Warszawy - a konkretniej do Instytutu Filmowego Wiktora Biegańskiego przy Wolskiej, gdzie rozpoczął szlifowanie rzemiosła, które już wkrótce miało przynieść mu wielką (jak na realia II Rzeczypospolitej) sławę.
Kariera Brodzisza rozpoczęła się w jednak sposób odpowiadający duchowi epoki - w marcu 1929 roku "Wieczór Warszawski" ogłosił bowiem konkurs na "najbardziej fotogeniczną twarz", organizowany we współpracy z wytwórnią Leo-Film (należącą do Marii Hirszbein - jednej z pierwszych kobiet w Polsce, które związały karierę zawodową z produkcją filmową); nagrodą była rola w filmie Józefa Lejtesa "Z dnia na dzień". Choć do rywalizacji stanęło ponad pół tysiąca kandydatów z całej Polski, właśnie Adam ujął jury na tyle, by zająć pierwsze miejsce, czym zyskał nieoficjalną przepustkę do świata kina. Rola okazała się sukcesem, a on sam, niejako z dnia na dzień, stał się ulubieńcem publiczności. Już w kolejnym roku zagrał w czterech filmach - "Wietrze od morza" (a więc ostatniej z polskich produkcji niemych, gdzie partnerował Eugeniuszowi Bodo i Marii Malickiej), "Urodzie życia" (towarzysząc Norze Ney), "Na Sybir" (u boku Jadwigi Smosarskiej) oraz "Die Warschauer Zitadelle" (obrazie niemym, zrealizowanym za zachodnią granicą). Prasa już wówczas pisała o nim "klasyczny typ amerykańskiego amanta filmowego", dodając przy tym, że posiada rysy "jak z kamienia wyciosane [...], a przy tym nadzwyczajny blask w oczach". Ot, amant jak malowany.
Dziwić nie powinno więc, że w latach 30. wyrósł na jedną z najjaśniejszych gwiazd rodzimego kina. Na ekranie kreował głównie postacie młodzieńców romantycznych, szlachetnych i przystojnych - takich, których uroda i spojrzenie przyciągały tłumy; nie bez powodu tu i ówdzie słychać było zaś znamienne "Brodzisz, Brodzisz, wszystkie mdleją, kiedy wchodzisz". Adam występował u boku największych gwiazd tamtych lat - prócz wspominanych wyżej byli to między innymi Zofia Batycka, Karolina Lubieńska, Tekla Trapszo, Stanisław Sielański czy Kazimierz Junosza-Stępowski - choć najczęściej pojawiał się "w towarzystwie" Marii Bogdy, którą... poślubił lata wcześniej (choć publika nie miała o tym pojęcia).
Małżeństwem byli już od 1930 roku - oboje pochodzili ze Lwowa, a poznali się jeszcze w Instytucie Biegańskiego - jednak latami konsekwentnie ukrywali swój związek przed światem. Przez lata kariery aktor wielokrotnie odpowiadał na pytanie o "ideał kobiety", mimo że u jego boku niezmiennie trwała Maria - uważana wówczas nie tylko za wszechstronną aktorkę, ale i... "najpiękniejszy typ Polki". Oficjalnie artystyczny duet "przyznał się" do małżeństwa dopiero w roku 1938 - na łamach "Kina".
Do wybuchu wojny Adam Brodzisz zdążył zagrać w ponad dwudziestu produkcjach, wśród których znalazły się między innymi "Dziesięciu z Pawiaka", "Rapsodia Bałtyku" czy "Pod Twoją obronę". Jego ekranowe kreacje - choć często utrzymane w lekkiej konwencji (podobnie zresztą jak i lwia część międzywojennej kinematografii) - zbudowały mit amanta o urodzie oraz wdzięku równym największym gwiazdom "kina światowego". Historia ta skończyła się jednak 1 września 1939 roku.
Podczas okupacji Brodzisz pozostał w Warszawie i - wzorem postaci takich jak Mieczysława Ćwiklińska, Tola Mankiewiczówna czy Franciszek Brodniewicz - pracował jako kelner (źródła wspominają w tym kontekście o napoleonce przy placu Napoleona, a więc dzisiejszym placu Powstańców Warszawy); później zatrudniony został zaś w jednym ze stołecznych biur. W sierpniu 1944 roku - pod pseudonimem "Bonza" - wziął udział w Powstaniu Warszawskim, służąc w kompanii saperów pułku "Baszta" i nadzorując budowę barykad i umocnień na Mokotowie. Po upadku zrywu opuścił miasto wraz z ludnością cywilną, po czym wraz z żoną znalazł się w Zakopanem. Tam też przez mniej więcej rok małżeństwo prowadziło pensjonat "Brodziszówka", marząc jednak o powrocie do "starego życia". Oboje szybko zdali sobie jednak sprawę z tego, że to przestało istnieć.
Powojenna Polska, przechodząca właśnie spod hitlerowskiego jarzma pod moskiewski protektorat, nie przyniosła już byłemu amantowi wielkich ról filmowych, choć - w przeciwieństwie do Żabczyńskiego - ten pojawił się jeszcze na srebrnym ekranie, mimo że jedynie w rolach epizodycznych. W roku 1949 zagrał bowiem w "Czarcim żlebie", zaś sześć lat później w "Trzech startach". Równocześnie Brodzisz występował jednak na scenie, będąc między innymi dyrektorem i aktorem teatru objazdowego, a w międzyczasie także członkiem zespołu Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. W czerwcu 1961 Brodzisz i Bogda wyjechali ze "Skizem" Zapolskiej na gościnne występy do Stanów Zjednoczonych - po zakończeniu tury oboje podjęli jednak decyzję o pozostaniu "za wielką wodą", czym ostatecznie pożegnali się z aktorstwem. Jeden z najsłynniejszych polski duetów artystycznych rozpoczął tym samym kolejny (jak miało się okazać - ostatni) rozdział życia, prowadząc w Los Angeles hodowlę... szynszyli (sam Brodzisz pracował także jako rysownik w przedsiębiorstwie komputerowym). Na emeryturze małżonkowie przenieśli się do Sky Valley w kalifornijskim hrabstwie Riverside, po śmierci Marii (w roku 1981) Adam zamieszkał z kolei w niedalekim Desert Hot Spring. Tam też zmarł 9 listopada 1986 roku w wieku 80 lat. Po kilkunastu miesiącach szczątki Brodziszów - zgodnie z ich życzeniem - zostały pochowane na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
Życie Zbigniewa Rakowieckiego rozpoczęło 14 czerwca 1913 roku w Łasku nad Grabią - jako przyszły artysta już na początku drogi nie dał się zaś zamknąć w ramach konwenansów. I choć kształcił się zarówno w stołecznej Akademii Sztuk Pięknych, jak i na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, a później uczęszczał także do Szkoły Nauk Politycznych, ostatecznie głos nauki okazał się niczym w porównaniu do tego, którym wołała scena. Aktorstwo szybko stało się jego życiowym powołaniem.
Na początku był teatr, gdzie... trafił przypadkiem. Już w latach świetności sam wspominał, że "zaczęło się od żartów, a skończyło na engagement" - przez znajomości zaproponowano mu bowiem "wstąpienie do rewelersów" w utworzonym niedługo wcześniej teatrze 8:30 przy Mokotowskiej. W roku 1933 wystąpił tam między innymi w pierwszej polskiej operetce, czyli "Yachcie miłości" Fanny Gordon (kompozytorki odpowiedzialnej za utwory takie jak "Pod samowarem" czy "Bal u starego Joska" - a więc jedną z najbardziej znanych polskich piosenek apaszowskich). Prasa już wówczas wychwalała nie tylko jego umiejętności wokalne, ale również taneczne, które rozwijał później na deskach Wielkiej Rewii przy Karowej czy 8:15 (a więc przybytku będącego niejako "następcą" miejsca debiutu Zbigniewa) przy Śniadeckich. Niezmiennie pragnął jednak repertuaru poważniejszego - o czym jeszcze w 1937 roku mówił między innymi tygodnikowi "As", wyrażając jednocześnie nadzieję, że "może doczeka się spełnienia swoich marzeń". Realizacja tych założeń przyszła w sezonie 1938/1939, gdy Zbigniew dołączył do Teatru Ateneum - choć spełnianie się na tym polu nie potrwało długo.
Jednocześnie Rakowiecki pojawił się także na ekranie - jeszcze w roku 1933 wystąpił w pierwszym z siedmiu filmów, które stworzyły jego dorobek, a mianowicie w "Dziejach grzechu" (drugiej z kolei ekranizacji tej powieści Stefana Żeromskiego - pierwsza, z roku 1911, uznawana jest za pierwszą pełnometrażową produkcję w historii polskiego kina); pojawił się tym samym obok największych nazwisk epoki - między innymi Dobiesława Damięckiego, Aleksandra Żabczyńskiego czy Kazimierza Junoszy-Stępowskiego. I choć rola była jedynie epizodyczna, młody aktor zaznaczył nią swoją obecność na srebrnym ekranie. W kolejnej produkcji - "Kochaj tylko mnie" - mógł pochwalić się umiejętnościami tanecznymi, jednak po "Fredek uszczęśliwia świat" (gdzie po raz pierwszy zagrał główną rolę - u boku Lody Halamy oraz Karoliny Lubieńskiej, z którą związał się w kolejnych latach) recenzje okazały się miażdżące. Więcej szczęścia przyniosła mu komedia "Papa się żeni" (z Mirą Zimińską i Lidią Wysocką), choć prawdziwy talent pokazał dopiero po "nadrobieniu" nieco aktorskich zaległości w Ateneum; "Ja tu rządzę" (w roli głównej, jako hrabia Józio, towarzyszył tam Inie Benicie) oraz "Żołnierz królowej Madagaskaru" (gdzie wcielił się w postać Władzia, zakochanego w diwie kabaretowej granej przez Lenę Żelichowską) na ekrany weszły jednak dopiero w trakcie okupacji, a tym samym nie doczekały się recenzji z prawdziwego zdarzenia. Wszystko nie zmienia jednak faktu, że w drugiej połowie lat 30. Zbigniew uchodził za bożyszcze warszawskiej (i nie tylko tamtejszej) młodzieży, a prasa z namaszczeniem rozpisywała się o jego poczynaniach.
Lato 1939 roku miało otworzyć Rakowieckiemu zupełnie nowe perspektywy - wraz z Heleną Grossówną, Lodą Niemirzanką i Stanisławem Sielańskim planował artystyczne tournée po Stanów Zjednoczonych, plany te zniweczył jednak wybuch wojny. Rakowiecki wziął udział w kampanii wrześniowej, później - wbrew poleceniom działającego konspiracyjnie Związku Artystów Scen Polskich - zdecydował się zaś na występy w teatrach jawnych, pojawiając się zarówno na deskach Komedii, jak i teatrzyków rewiowych (w tym Złotego Ula, Nowości, Maski, Miniatur czy Figara); często pojawiał się też w programach artystycznych warszawskich kawiarni (między innymi U Aktorek i w Żaku). Jednocześnie, od roku 1942, podjął działalność konspiracyjną w ramach ZWZ-AK, choć skali tejże nie sposób dziś ocenić (bo choć oficjalnie nie pełnił w podziemiu żadnej istotnej roli, Komedia - na scenie której pojawiał się aż do roku 1944 - pozostawała zakamuflowanym punktem kontaktowym polskiego wywiadu).
Kiedy 1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie, Zbigniew - jako żołnierz Armii Krajowej - bez wahania złapał tym samym za broń, pod pseudonimem "Leszek" dołączając do działającego na Ochocie IV Obwodu "Grzymała" Warszawskiego Okręgu AK. Już 4 sierpnia na teren dzielnicy wkroczyły kolaboracyjne oddziały SS-RONA dowodzone przez Bronisława Kaminskiego, co rozpoczęło falę grabieży, gwałtów, mordów i podpaleń, która przeszła do historii jako Rzeź Ochoty. Następnego dnia esesmani pojmali około 25 mieszkańców z domu przy Kopińskiej 15 i wybrali spośród nich siedmiu mężczyzn, których rozstrzelano następnie w kamienicy przy Radomskiej 14. Wśród zamordowanych znalazł się także Zbigniew Rakowiecki. Miał zaledwie 31 lat.
I choć relacje dotyczące jego śmierci przez dekady różniły się w szczegółach - jedne mówiły o pojmaniu i natychmiastowej egzekucji, inne zaś o walce na barykadzie i śmierci w ogniu, pewnym pozostaje, że ciało aktora trafiło do zbiorowej mogiły, którą przeniesiono następnie na skwer w pobliżu ochockiego kościoła świętego Jakuba. Dziś symboliczny grób znajduje się zaś na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli.
Witold Konrad Kozikowski (bo tak właśnie nazywał się Witold Conti), przyszedł na świat 2 lutego 1908 roku w Berlinie (gdzie jego ojciec sprawował funkcję Państwowego Urzędu Pośrednictwa Pracy) - i choć dzieciństwo oraz wczesną młodość spędził właśnie w stolicy Republiki Weimarskiej, w roku 1924 rodzina powróciła do Polski, gdzie dla przyszłego amanta rozpoczął się zupełnie nowy etap. Ukończył gimnazjum w Tczewie, a następnie został studentem prawa na Uniwersytecie Poznańskim, jednak kodeksy i zawarte tamże paragrafy okazały się nie być jego światem. Tym stała się bowiem sztuka - równolegle pobierał więc lekcje śpiewu u Zygmunta Zawrockiego (solisty poznańskiego Teatru Wielkiego), a niedługo później zdecydował o wyjeździe do Paryża. I choć pierwotnym zamierzeniem były dalsze studia prawnicze, Witold postanowił zdać egzaminy do tamtejszego konserwatorium muzycznego. Z sukcesem. Studiował skrzypce i wokalistykę, a stolica Francji stała się dla niego miejscem otwierającym drzwi do wielkiej kariery.
Właśnie w Paryżu poznał Polę Negri, która przez długi czas gościła go w swojej posiadłości w Seraincourt, a także jej sekretarza Leopolda Brodzińskiego - reżysera i aktora. To oni polecili młodego artystę Ryszardowi Ordyńskiemu, poszukującemu wówczas odtwórcy głównej roli w swojej najnowszej produkcji - "Janku Muzykancie". Tak też rozpoczęła się filmowa (choć początkowo bezdźwięczna - do produkcji Ordyńskiego nie nagrano bowiem dialogów) droga Contiego; debiut wschodzącego artysty, mimo braku wcześniejszego doświadczenia aktorskiego, oceniono bardzo wysoko - prasa zauważała tedy, że Conti "jest artystą utalentowanym, inteligentnym i posiada ten nieprzezwyciężony czar, który widza bierze". Szybko zaczęto też porównywać go do "amanta filmu amerykańskiego", wskazując między innymi na sylwetkę, a także "ujmującą twarz" i "oczy wielkie, niebieskie".
Kolejne lata były tym samym pasmem niekończących się sukcesów. Conti śpiewał i grał w Cyruliku Warszawskim, Wielkiej Rewii, Teatrze Letnim czy Operetce przy Karowej, występował także w Polskim Radiu (między innymi w popularnym już wówczas cyklu "Podwieczorek przy mikrofonie"). W filmach niemal zawsze obsadzano go zaś w roli szeroko rozumianego amanta - był bohaterem "Głosu pustyni" (z Norą Ney i Marią Bogdą; zaśpiewał wówczas pamiętną piosenkę "Maleńka Jenny"), pojawił się w "Roku 1914" czy "Ułanie księcia Józefa", a także w musicalowej inscenizacji "Strasznego dworu"; w "Każdemu wolno kochać" zaśpiewał z kolei tytułową piosenkę (w duecie z Janiną Brochwiczówną). Na ekranie towarzyszyli mu najwięksi - Adolf Dymsza, Jadwiga Smosarska, Maria Malicka, Loda Niemirzanka, publiczność kochała zaś jego ciepły baryton, dystyngowaną postawę i - jak pisały ówczesne gazety - "zachodni wdzięk połączony z polską lekkością bycia".
Witold Conti powtarzał, że jego los jest "jak międzynarodowy film mieszanej produkcji w kilku wersjach językowych" - i rzeczywiście, obok aktorstwa zajmował się także malarstwem i poezją, projektował ilustracje i pisał teksty. W środowisku artystycznym znany był ponadto z otwartości i swobody, także ten związanej z życiem uczuciowym - jego relacje z mężczyznami - choć nigdy nie ujawniane publicznie - były tajemnicą poliszynela; jego nazwisko łączono między innymi z reżyserami Michałem Waszyńskim i Juliuszem Gardanem (z którymi miał swego czasu "dzielić adresy"). Sekretem nie był też jego związek z kompozytorem Karolem Szymanowskim (zakończony w czerwcu 1931 roku). I choć w roku 1938 (po czterech latach narzeczeństwa) Conti poślubił Zofię Margulesównę, córkę dyrektora zakładów "Pocisk", a rok później na świat przyszedł ich syn, sam zainteresowany wciąż prowadził życie pełne towarzysko-artystycznych namiętności. Do czasu.
Wojna przerwała karierę i dotychczasowe życie Witolda w chwili, gdy był on u szczytu popularności. Jeszcze we wrześniu 1939 roku udał się do Wilna, gdzie występował w polskim teatrze, a następnie wraz z rodziną trafił do Francji. W Nicei należał do grupy teatralno-muzycznej wspieranej przez polski oddział YMCA, współpracował też jako grafik z emigracyjną Oficyną Nicejską Samuela Tyszkiewicza, między innymi ilustrując tomiki poetyckie (w tym "Plamy na słońcu" Sabiny Straszyńskiej czy "Jak Luluś miasto zbudował" Władysława Pelca).
Jego życie zakończyło się nagle i tragicznie - 26 maja 1944 roku, podczas brytyjskiego nalotu na niemieckie pozycje w Nicei, zawalił się schron, w którym przebywał. Conti zginął pod gruzami - miał zaledwie 36 lat. Jego szczątki spoczęły zaś na miejscowym cmentarzu Caucade, gdzie znajduje się po dziś dzień.
Żabczyński, Brodzisz, Rakowiecki i Conti to jednak tylko niewielki fragment całego pokolenia aktorów II Rzeczypospolitej, które zostało zmiecione z ekranu przez wichry dziejów. Jedni (między innymi Brodniewicz czy Zacharewicz), zginęli, inni (jak Cybulski) wybrali emigrację; jeszcze inni (w tym Sawan - choć grupa ta okazała się najmniej liczna), spróbowali odnaleźć się w socrealistycznej rzeczywistości. Niezależnie od dalszych dziejów, rok 1939 okazał się jednak końcem epoki, w której amant wyrastał na figurę zbiorowej wyobraźni.
I może właśnie dlatego ich losy brzmią dziś tak wyraźnie - nie są wszak jedynie anegdotą z dawnych kronik filmowych, lecz metaforą kraju, który sam stał się niedokończonym scenariuszem.