Choć dziś trudno sobie wyobrazić krajobraz Teneryfy bez ciągnących się wzdłuż krętych dróg plantacji bananów, owoce te nie są gatunkiem rodzimym na Wyspach Kanaryjskich - pojawiły się tam dopiero na przełomie XV i XVI wieku, wraz z portugalskimi podróżnikami. Portugalczycy, którzy wracali do ojczyzny z wypraw do Afryki Zachodniej, wieźli ze sobą nasiona wielu odmian nieznanych im wcześniej gatunków, w tym właśnie bananów. Podczas postoju część zdobyczy została na wyspie. Szybko okazało się, że w ciepłym i wilgotnym klimacie, jaki panuje w północnej części Teneryfy, bananowce nie tylko wyrosły, ale i zaczęły owocować. Przez kilka kolejnych stuleci rośliny te na dobre zadomowiły się także na okolicznych wyspach archipelagu - La Gomerze, La Palmie i El Hierro.
Do początków XIX wieku banany były po prostu jednymi z wielu roślin, które uprawiano na Teneryfie i nic nie wskazywało na to, że sytuacja ta miałaby się zmienić - wyspa słynęła bowiem z upraw trzciny cukrowej i znakomitych odmian winorośli (zwłaszcza małmazji) oraz produkcji i eksportu wina. Przemysł winiarski rozwijał się przez dziesiątki lat i stanowił filar gospodarki wyspy, a dzięki sporej odległości od Europy, nie został osłabiony przez szalejącą na kontynencie między 1863 a 1897 rokiem epidemię filoksery. Filoksera winiec to rodzaj mszycy, która trafiła do Europy z Ameryki Północnej i w błyskawicznym tempie zdziesiątkowała plantacje winorośli - od Francji, przez Hiszpanię, Portugalię, Niemcy, Austrię i Grecję. Niektóre dane wskazują, że zniknęła wtedy ponad połowa europejskich winnic. Choć filoksera przez lata omijała wyspę (po raz pierwszy pojawiła się na Teneryfie w 2025 roku), pojawiły się na niej dwa grzyby, które doprowadziły do zniszczenia upraw winorośli - mączniak prawdziwy i mączniak rzekomy. Choć grzyby te nie niszczyły wszystkich gatunków, zaatakowały te najpopularniejsze, prowadząc do trwającego wiele lat kryzysu w przemyśle winiarskim.
To właśnie w tym czasie w tym czasie, kiedy na znaczeniu straciły winorośle, popularność zaczęły zyskiwać banany, szczególnie odmiany "dwarf cavendish", która trafiła na wyspę za sprawą znajomości Brytyjczyka lorda Thomasa Buchan- Hepburna i Szkota Archibalda Littlego. Lord Hepburn mieszkał w Anglii i był pasjonatem ogrodnictwa - na terenie swojej rezydencji uprawiał, m.in., niewysoką odmianę bananowców, których sadzonki miały trafić na Wyspy Brytyjskie z terenów dzisiejszego Nam Bộ w Wietnamie; Little zaś mieszkał w ogromnej posiadłości "Sitio Litre" w Puerto de la Cruz, która słynęła z pięknych ogrodów, zaś ich właściciel - z zamiłowania do uprawy rzadkich gatunków roślin. Zgodnie z miejscowymi opowieściami pierwsze sadzonki bananowców "dwarf cavendish" miały wzbogacić kolekcję Archibalda niedługo po tym, jak wydał swoją córkę za mąż - właśnie za lorda Hepburna. Być może bananowce pozostałyby jednymi z wielu egzotycznych okazów w kolekcji Littlego, gdyby nie zarządca jego posiadłości, Brytyjczyk Alfred Diston. Kupiec ten najwidoczniej zobaczył w owocach potencjał, bo nie tylko zatroszczył się o okazy, które rosły w ogrodach "Sitio Litre", ale zasadził kolejne - na terenie dzisiejszego Jardín de Orquídeas de Sitio Litre. Niezależnie od tego, czy sadzonki nowej odmiany bananowców rzeczywiście trafiły na Teneryfę w ramach prezentu ślubnego, czy z zupełnie innego powodu (niektórzy twierdzą, że to sam Diston przywiózł sadzonki z ogrodów lorda Hepburna) faktem jest, że pierwsze rośliny rzeczywiście urosły właśnie w ogrodzie Archibalda Littllego, pod czujnym okiem jego pracownika.
Podobnie jak w przypadku odmian, które trafiły na Teneryfę jeszcze w XVI wieku, również i "Dwarf cavendish" znakomicie rósł w ciepłym klimacie i na żyznych, wulkanicznych glebach. A ponieważ na starym kontynencie popyt na banany stale rósł, na wyspie założono wiele plantacji, a handel tymi owocami stał się tak samo ważną gałęzią gospodarki, jak jeszcze niedawno uprawa winorośli. Przez dziesiątki lat Teneryfa była głównym ośrodkiem, z którego banany trafiały do Europy. Z czasem zaczęło się to zmieniać, ponieważ na rynek trafiły owoce innych odmian uprawiane w krajach Ameryki Łacińskiej, Afryce i na Karaibach. Obecnie tylko niewielki procent dostępnych poza Hiszpanią bananów pochodzi z Teneryfy (w Polsce czasem można je kupić w dużych marketach, sklepach z owocami bio, w internecie), jednak ich uprawa i eksport nadal stanowią jedną z kluczowych, obok turystyki, gałęzi gospodarki.
Na wyspie znajduje się wiele prężnie działających plantacji bananów - niektóre z nich są otwarte dla turystów, jak np. bananaECOplantation, która znajduje się w gminie La Orotava, 8 minut samochodem od Puerto de La Cruz i 30 minut od stolicy wyspy, Santa Cruz De Tenerife. Podczas pobytu na wyspie, zafascynowana historią Plátano de Canarias, postanowiłam więc odwiedzić tę plantację i dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie owoców, które po dziś dzień stanowią symbol Wysp Kanaryjskich. Ponieważ wakacje, zwłaszcza te z małymi dziećmi, rządzą się swoimi prawami, na miejsce dotarłam lekko spóźniona. Grupa rozpoczęła już zwiedzanie, więc mogłam sama pospacerować chwilę po plantacji, która przypominała dobrze zorganizowany sad, poprzecinany starannie wytyczonymi ścieżkami. - Pewnie państwo myśleli, że banany rosną na palmach, tak samo, jak kokosy. Zgadza się? - usłyszałam pytanie przewodnika, kiedy dołączyłam do reszty zwiedzających. - Otóż nie, bananowce są bylinami, a więc bliżej im do ziół, niż drzew. To, co bierzemy za pień, to po prostu zdrewniała łodyga - wyjaśnił mężczyzna.
Każda roślina tak naprawdę składa się z trzech pędów, które nasz guía Manuel nazywa "babką, matką i córką". Babka to pęd, który wydał już owoce i usechł, matka - pęd, na którym akurat dojrzewa kiść bananów, a córka - częścią, na której dopiero zaczną rosnąć owoce. - Każdy pęd owocuje tylko raz, a potem umiera - mówi Manuel. W przeciwieństwie do bananów uprawianych w innych rejonach świata, które dojrzewają w zaledwie trzy miesiące, owoce na Teneryfie zbiera się dopiero po sześciu miesiącach. - Na naszej plantacji nie używamy żadnych chemicznych środków, których zadaniem jest przyspieszenie wzrostu owoców - tłumaczy przewodnik - Wszystko, czego nasze banany potrzebują, znajduje się w ziemi i w słońcu. Musimy tylko dać im czas, żeby mogły z tego skorzystać - dodaje, dorzucając jeszcze niedawną historię bananów z Ameryki Południowej, na których skórce podobno znaleziono ślady ludzkich ekskrementów, które - zdaniem Manuela - Americanos używają do użyźniania gleby na swoich plantacjach.
Po tej i kilku innych uwagach kierowanych pod adresem plantatorów z Ameryki Południowej można domyślić się, że Manuel nie darzy szczególną estymą plantatorów z innych rejonów świata. - Spróbujcie naszych platanów i sami zrozumiecie, które owoce są najlepsze - potwierdza z uśmiechem i pokazuje coś, co wszyscy uczestnicy wycieczki na własne oczy widzą po raz pierwszy. Mowa o "corazón de plátano", czyli sercu bananowca - dużym, ciemnopurpurowym pąku, z którego wyrastają owoce. To ważna część rośliny - jeśli zostanie uszkodzona, cała łodyga usycha, dlatego serce obcina się dopiero po zbiorach owoców. - Widzicie te maleńkie banany u spodu kiści? - zagaduje Manuel. - One nigdy nie dojrzeją, ale także mają bardzo ważne zadanie. Są jak naturalna pułapka na owady, bo insekty, które żerują na bananowcach, zatrzymują się na nich i na ogół nie przechodzą wyżej - opowiada.
Podczas wędrówki po plantacji widzimy wiele ogromnych kiści bananów, jednak na żadnej z nich nie ma żółtych owoców. To nie przypadek - banany zawsze zbiera się, kiedy są jeszcze niedojrzałe. - Każda taka kiść waży około 50 kilogramów - mówi Manuel. - Żeby ją ściągnąć z łodygi, potrzebne są dwie osoby. Jednak bierze kiść na ramiona, a druga przy pomocy maczety ją odcina. Jeśli banany byłyby już bardzo dojrzałe, w drodze z plantacji do samochodu zamieniłyby się w bananową marmoladę. A nawet jeśli nie, owoce mogłyby zepsuć się w transporcie. Kiedy wszystkie trzy pędy wydadzą owoce, martwą roślinę się wykopuje, a na jej miejsce - sadzi nową. Teoretycznie można by pozyskać sadzonki z jej korzeni, jednak na Teneryfie plantatorzy tego nie robią. - To zupełnie nieopłacalne - tłumaczy Manuel. - Nigdy nie wiadomo, czy taka sadzonka się uda. My zamawiamy nasze w specjalnych szkółkach - wystarczy, że zadzwonimy i powiemy, jakiej wielkości potrzebujemy roślin. Z czysto naukowego punktu widzenia wszystkie bananowce na Teneryfie są więc swoimi klonami, bo pochodzą od jednego okazu - dodaje.
Po wspólnym zwiedzaniu dostajemy czas wolny, by móc spokojnie przyjrzeć się roślinom. W tym czasie Manuel przygotowuje dla nas obiecany wcześniej poczęstunek. Na niedużej ławce kładzie dojrzałe owoce i zachęca, żeby się częstować. - Ten banan ma jakieś plamki, chyba jest obity - kaprysi na oko 8-letni turysta. - Po pierwsze, to nie są banany, tylko platany. Banany mogą rosnąć wszędzie, ale platany tylko na Wyspach Kanaryjskich. A po drugie - te plamki oznaczają, że owoc jest dojrzały i słodki - tłumaczy Manuel. Ma rację - platany, czyli banany odmiany Dwarf Cavendish rosnące na wyspach archipelagu, są słodkie, lekko mączne i nieco bardziej soczyste od tych, które zwykle jadam (to znaczy, jeśli o bananie można oczywiście powiedzieć, że jest soczysty). Obłędnie pachną - aromat naszego poczęstunku rozchodzi się w ciepłym powietrzu i najwyraźniej wabi owady, bo nad nami pojawia się ciemna, bzycząca chmurka. Po "degustacji rodzinnej" przyszła pora na tę "18+" - w małych kieliszkach zaserwowano nam tradycyjny, gęsty i aromatyczny, licor de plátano, który bardziej przypominał deser niż trunek. Korzystając z okazji zapytałam, czy ze względu na swoją popularność platany można znaleźć w daniach tradycyjnej kuchni kanaryjskiej - na przykład w deserach. - Ależ skąd! - oburzył się w żartach Manuel. - Platany są za dobre, żeby niszczyć ich smak, dodając do jakichś dań. Same w sobie są pysznym deserem. Przy wyjściu z plantacji można jednak było kupić i platany, i przetwory, takie jak wspominany likier czy marmolada, a na wyspie produkuje się również bananowe miody i Plate Blanco Afrutado de Platano Banana, czyli wino bananowe.