Kiedy człowiek wyposażony w narty postawił pierwsze kroki na polskiej ziemi? Średniowieczne źródła milczą na ten temat jak zaklęte, więc najprawdopodobniej narciarski Neil Armstrong objawił się nad Wisłą w XVI wieku. Z kolei kolejne stulecie, a konkretnie "Dziennik" Jana Piotra Sapiehy (1609), przyniosło nam informacje o ludziach na nartach pochodzących ze wschodnich kresów Rzeczpospolitej. Wkrótce zniknęli oni jednak z kart historii, a na ich miejsce pojawili się przybysze z północy - Szwedzi. Niespecjalnie zapraszani, gdyż chodzi o lata 1655-1660 i potop, ale prócz grabieży, zniszczeń i mordów dali się poznać jako sprawni jeźdźcy na nartach. Co ciekawe, część z tych żołnierzy pozostała na miejscu i niektóre z miejscowości, w których się osiedlili, zaczęto nazywać “Szwecją". Tak jak na przykład wieś Klimówkę na Podkarpaciu, która po wiekach zasłynęła z narciarstwa, uprawianego na szeroką skalę przez mieszkańców.
Zatem historia nartami się toczy? Nie do końca, bo XVIII wiek to okres do zapomnienia, jeśli chodzi o narciarstwo w dawnej Polsce, a już zwłaszcza skoki narciarskie. Zresztą i na świecie nikt jeszcze o skoczkach i skoczniach nie słyszał: dopiero w 1796 roku zanotowano pierwszy historyczny skok na nartach. Stromy stok jako rozbieg, dach szopy w roli progu i brak zeskoku - tak zapamiętał owo skakanie i zapisał dla potomności oficer marynarki holenderskiej, Korneliusz de Jong. Skakali wtedy żołnierze norwescy i początkowo zarówno same skoki, jak i jazda na nartach miały głównie charakter militarny oraz komunikacyjny. Ułatwiały bowiem i cywilom, i żołnierzom przemieszczanie się w trudnych, górskich warunkach. Z czasem jednak pojawili się pierwsi zapaleńcy sportowego wykorzystania nart, a do pionierów należał Norweg Sondre Nordheim, wywodzący się z regionu Telemark. Właśnie od tej prowincji wzięła się nazwa sposobu lądowania skoczków, które jest następnie oceniane przez najczęściej 5-osobową, grupę sędziów.
Sam Nordheim miał jako pierwszy w dziejach polecieć poza granicę 30 metrów (30,5 metra) - dokonał tego w zawodach rozgrywanych w Christianii (obecnie w granicach Oslo) w 1860 roku. A co z narciarstwem i skokami na ziemiach polskich? Wspomnieliśmy o żołnierzach jako jednej z pierwszych grup uprawiających sporty na nartach i nie inaczej było na Rzeszowszczyźnie. Kilkoma parami nart dysponowali mianowicie piechurzy austriaccy, którzy stacjonowali w twierdzy w Przemyślu pod koniec XIX wieku. Zdarzało im się trenować jazdę na zboczach Winnej Góry (około 240 m n.p.m.), a że nie byli odseparowani od społeczeństwa, szybko zyskali widownię w postaci miejscowej młodzieży. Ta, zachęcona ćwiczeniami wojskowych, nie namyślała się długo, sięgnęła po drewno jesionu i zaczęła strugać własne narty, a potem na nich zjeżdżać.
Przy pisaniu o początkach polskiego narciarstwa, w tym skoków nie sposób też nie wspomnieć o Stanisławie Barabaszu. Urodzony w Bochni, nartami posługiwał się równie wprawnie, co ołówkiem i pędzlem (studiował na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych). Po raz pierwszy zetknął się bliżej z "chodzącymi deskami" w 1888 roku, przy okazji wizyty u kolegi we wsi Cieklin (niedaleko Jasła). W planach miał wówczas polowanie, i jak później relacjonował, “dobrze było zrobić parę drewnianych łyżew [chodzi o narty - przyp. red.] celem ułatwienia chodzenia po śniegu ku zagładzie rodu zajęczego". Najpierw znalazła się więc jedna deska - z drewna jesionowego, potem druga - z drewna bukowego, wystrugane "tak cienko jak gdyby miały służyć za linię do tablicy szkolnej". Następnie Barabasz i jego koledzy zabrali się za końce desek: naostrzyli je i wyparzyli we wrzątku, a potem stanęli nad ogniem. Bynajmniej nie w celach ogniskowych, ale po to, by pod odpowiednim kątem wygiąć przyszłe narty.
Dalej pozostało przypięcie ich do nóg (tu pomocny okazał się sznurek) i można było ruszać na śnieg. Niestety, już w praktyce nie wszystko poszło po myśli Barabasza: “szamotał się człowiek, przewracał i z trudem dźwigał, bo te przeklęte deski trzymały nogi i wykręcały na wszystkie strony. Wreszcie okrążywszy z trudem dwór, zmęczony i mokry od potu jak w rzymskiej łaźni, do czego i futerko się przyczyniło, odwiązało się z ulgą te wściekłe deski". Kolejne próby również nie przyniosły satysfakcji - tym razem problemem był nie tyle sprzęt, co śnieg. Dlaczego? Leżący już kilka tygodni, jeśli nie miesięcy, w połączeniu z nartami wydawał dźwięki skutecznie odstraszające leśne i polne zwierzęta. Jak skomentował Barabasz, "kuropatwy uciekały na setki i tysiące kroków".
Na szczęście, to nie zraziło narciarskiego samouka, który pracował nad ulepszeniem swojego sprzętu i metodą prób i błędów dochodził do coraz lepszych nart. Dały także o sobie znać artystyczne ciągoty naszego bohatera - z czasem zaczął ornamentować swoje “deski". Wreszcie nasz pionier poszedł o krok dalej i z nartami przeniósł się pod Wawel. Jazda po Błoniach? Jak najbardziej. Trening pod Kopcem Kościuszki? Dlaczego nie. Niestety, nie wiemy, co myślałby Naczelnik insurekcji z 1794 roku, gdyby zobaczył narciarza szusującego w okolicach wzniesienia swojego imienia. Znamy za to reakcje krakowian, którzy raczej pokazywali sobie palcami Barabasza i wykpiwali samotnika na nartach, niż go oklaskiwali. Samotnika, bo jak gorzko podsumowywał pasjonat, “Jeździłem sam jeden, nikogo do tej tak miłej zabawy nie mogłem namówić, nawet ćwiczących członków Sokoła. To u nas nie ma zastosowania, bo nie ma takich wielkich śniegów, jak na Syberji, zresztą co to za przyjemność uganiać się po śniegu na mrozie, gdzie mnie nikt nie widzi, ani ja nikogo".
W pewnym momencie zrezygnowany Barabasz rzucił nawet, że sto razy bardziej woli rower niż narty. Niemniej, nie rzucił ich w kąt, a jego determinacja sprawiła, że stopniowo zaczęły mu towarzyszyć jednostki, a potem dziesiątki miłośników białego szaleństwa. Do tego doszły zajęcia organizowane przy szkołach - przykładem choćby Koło Sportów Zimowych w Dębicy, w ramach Gimnazjum im. Franciszka Józefa. Działało już przed I wojną światową (na pewno w 1909 roku), a nastoletni członkowie Koła szkolili się nie tylko w zakresie narciarstwa, ale i saneczkarstwa oraz łyżwiarstwa. Do treningów narciarskich młodym adeptom służyły pobliskie wzgórza (pagórki gawrzyłowskie), a łyżwiarze korzystali po prostu z miejscowego, zamarzniętego stawu. W cieplejszych miesiącach młodzież sportowo też nie próżnowała, co potwierdza sprawozdanie dyrekcji gimnazjum za rok szkolny 1911/1912. Jak czytamy w dokumencie, “W godzinach popołudniowych oddawała się młodzież w zimie: ślizgawce na stawie kolejowym i saneczkowaniu na pagórkach gawrzyłowskich, a w lecie: grano szczególnie w piłkę nożną, dysk i tyczkę na błoniach wojskowych, na co zezwoliła c. i k. Komenda stacyjna".
Pagórki, stawy, błonia - nastolatkowie korzystali z takich warunków, jakie mieli pod ręką i nic dziwnego, że pierwsze skocznie były dość prymitywne. Do skakania wystarczył przecież niewielki wzgórek usypany ze śniegu i odpowiednio wyprofilowany, w razie potrzeby wzmocniony gałęziami, a najlepiej deskami. Właśnie na podobnej budowli odbyły się w 1907 roku pierwsze nieoficjalne zawody we Lwowie, w Parku Kilińskiego, zorganizowane przez członków I Lwowskiego Klubu Sportowego (ILKS) "Czarni". Raptem rok później mieliśmy już do czynienia z konkursem, którego zawodnicy byli oceniani - w Sławsku najlepszy okazał się Leszek Pawłowski, reprezentant “Czarnych". I to jaki - prócz skoków uprawiał kolarstwo, lekkoatletykę, grał w piłkę nożną itd. Sportowy człowiek renesansu, a takich wówczas nie brakowało - dość wspomnieć Bronisława Czecha czy Stanisława Marusarza, do których jeszcze wrócimy.
1908 rok to także data ukazania się książki "Podręcznik narciarstwa" duetu Henryk Bobkowski - Mariusz Zaruski. Nie zabrakło w niej najbardziej aktualnej wiedzy dotyczącej skoków, a autorzy znaleźli stałe miejsce w dziejach tego sportu. Zaruski zapisał się nawet szerzej - przeszedł do historii również jako członek Związku Walki Czynnej, żołnierz Legionów Polskich, generał Wojska Polskiego, autor statutu Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, wreszcie kapitan żaglowca “Zawisza Czarny". Tymczasem skoki w Polsce nabierały rozpędu - jeszcze w 1908 roku Park Kilińskiego po raz kolejny stał się areną zmagań lotników na nartach, tym razem o mistrzostwo Lwowa. Ponadto, w 1910 roku w galicyjskiej stolicy stanęła pierwsza profesjonalna, jak na ówczesne czasy, skocznia.
Aż chciałoby się zanucić "Skoki? Tylko we Lwowie!". Z tym nie mogli się oczywiście pogodzić narciarze z Zakopanego i niebawem zbudowali obiekt na tamtejszych Kalatówkach, na którym można było polecieć na odległość 15 metrów. Rywalizacja na linii Lwów - Zakopane nabrała jeszcze większych rumieńców, gdy w 1914 roku konkurs na nowej zakopiańskiej skoczni (zastąpiła terenowy obiekt) wygrał lwowianin, Jan Jarzyna. Mało tego, ustanowił wówczas rekord ziem polskich, skacząc na odległość 15 metrów. Dodajmy, że ten sam zawodnik w 1913 roku odniósł niebagatelny sukces, wygrywając międzynarodowe zawody w Raksie (Austria). Niemniej, wkrótce jeszcze większymi osiągnięciami mogli się poszczycić Bronisław Czech i Stanisław Marusarz, więc siłą rzeczy usunęli w cień Jana. Co więcej, jeśli spytać by dziś przeciętnego Polaka o nazwisko "Jarzyna", to pewnie prędzej skojarzyłby je z "szefem wszystkich szefów", Krzysztofem Jarzyną ze Szczecina (bohater filmu "Poranek Kojota", grany przez Edwarda Linde-Lubaszenko).
Jak widać, pamięć o sportowcach bywa przewrotna, ale swoje miejsce Jan Jarzyna w kronikach ma. Opuśćmy jednak na chwilę tabele i statystyki, by zastanowić się, jak wyglądał ubiór skoczków. A jest się nad czym pochylić, gdyż konkursy zmieniały się niekiedy w prawdziwą rewię mody. Jej namiastkę stanowi opis stroju, w jakim wystartował Stanisław Marusarz w 1926 roku podczas rywalizacji juniorów w Zakopanem. "Mały, szczupły góralczyk, [...] w stroju góralskim, kożuszku i kapeluszu na głowie" może nie wygrałby w cuglach zawodów modowych, ale za to sportowo stanął na najwyższym stopniu podium z wynikiem 14 metrów. W nagrodę otrzymał narty turystyczne i zainteresowała się nim Sekcja Narciarska Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Marusarz miał wówczas 12 lat i nie miał prawa wiedzieć, że po latach będzie się mógł pochwalić tytułem wicemistrza świata (1938, Lahti). Mógł jednak o tym marzyć, a z pewnością podobne marzenia, i to jeszcze śmielsze miał w tym samym wieku Kamil Stoch. “Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal" - mówił w rozmowie z TVP w 1999 roku, zakończy zaś karierę jako trzykrotny mistrz olimpijski.
Tymczasem i dawni skoczkowie i dawne skoczkinie (np. Elżbieta Michalewska-Ziętkiewiczowa, która wzięła udział w I Związkowych Mistrzostwach Polski w narciarstwie klasycznym - 1920) dbali o to, aby dobrze wypaść nie tylko pod względem sportowym, ale i odzieżowym. Jedni stawiali na fantazję, inni na tradycję, jeszcze inni na elegancję, ale liczyło się jedno - żeby nie wtopić się w tłum. Na przykład na początku lat 30. wśród narciarzy, w tym skoczków, popularne były tzw. "spodnie norweskie", a za nakrycie głowy służył beret albo czapka z daszkiem. Zgody nie było za to co do ubioru okrywającego górne partie ciała - część zawodników stawiała na kurtki narciarskie, inni na serdaki, a pozostali na wiatrówki. Jeśli zaś chodzi o kolorystykę, przeważały stroje brązowe. Gdyby przenieść w tamte czasy i narciarskie rejony Ryszarda Rynkowskiego, mógłby podbić listy przebojów piosenką “Narciarze lubią brąz"...
W tym miejscu można wyjaśnić jeszcze jedną wątpliwość - dlaczego w swoich wspomnieniach Stanisław Barabasz, pisząc o nartach, używa słowa "łyżwy", ewentualnie "łyże"? To kalki z języka rosyjskiego, które przez pewien czas cieszyły się równą, jeśli nie większą popularnością niż "narty". W użyciu było też określenie norweskie "ski", stąd niekiedy nazywano narciarzy "skijorzami". No i kolokwializmy typu “chodzące/latające deski" - o nich również warto pamiętać. Ostatecznie upowszechniły się "narty" i "narciarski", do czego przyczynił się wspomniany już Mariusz Zaruski. I chyba dobrze się stało, bo dziwnie brzmiałyby podczas transmisji, dajmy na to, z igrzysk olimpijskich w Salt Lake City (2002) takie słowa komentatora: "a teraz na belce nasza wielka medalowa nadzieja, skijorz Adam Małysz. Niech poniosą Cię twe łyżwy, leć Adam, leć!".
A jeśli mowa o "łyżwach" czy raczej nartach, warto kilka słów poświęcić ich pochodzeniu, produkcji itd. Większości amatorów narciarstwa nie było stać na profesjonalny sprzęt, zatem narty przygotowywali własnoręcznie, np. z drewna jesionowego. Zamożniejsi mogli już sobie pozwolić na zakup "chodzących/latających desek" produkowanych w Polsce - pod koniec lat 20. zakłady wytwarzające narty funkcjonowały m.in. w Warszawie, Lwowie i, oczywiście, w Zakopanem. Produkcja rosła z roku na rok i w 1934 roku spod ręki wytwórców wyszło 5875 par tego sprzętu. Niemniej, jeszcze szybciej rosły potrzeby miłośników narciarstwa i w tej sytuacji sensowna wydawała się popularyzacja wyrobu “łyżew" w domowym zaciszu. Z jednej strony czynili to autorzy publikacji o sportach zimowych, np. Władysław Ziętkiewicz w książce "Sprzęt narciarski, wybór, konserwacja, smary" (1929), z drugiej pasjonaci i instytucje publiczne. Przykładem szkolenia z zakresu domowego wytwarzania nart i smarów - do produkcji zalecano drewno z takich drzew, jak grab, brzoza czy akacja.
Wraz z postępem techniki udoskonalano i narty, i narciarskie wiązania. Gdy jednak brakowało odpowiedniego wyposażenia, wytrawny narciarz nie załamywał rąk - w ramach przygotowań do sportowych zmagań przydatna okazywała się nawet...piła. Stanisław Barabasz: "Ja wymyśliłem sobie uprząż metalową złożoną z dwóch blach stalowych zrobionych początkowo z piły po obcięciu zębów, z których jedna trzymała rzemień do pięty, a druga do palców, umocowane obydwie przed palcami, dadzą się przesuwać wzdłuż narty dla większej lub mniejszej stopy. Tej uprzęży przez wiele lat używałem". Na szczęście, na co dzień nie trzeba było tak kombinować, a przygotowany sportowiec mógł wreszcie wybrać się na skocznię. Pytanie tylko, którą?
Wspomnieliśmy o obiektach we Lwowie i Zakopanem, ale to tylko malutki wycinek skoczni, wyrastających w 20-leciu międzywojennym, jak grzyby po deszczu. Tylko na Rzeszowszczyźnie powstało w tym okresie 89 większych konstrukcji do skakania, a gdyby dodać mniejsze obiekty, spokojnie pękłaby setka. Inne regiony nie pozostawały w tyle, a przegląd nowoczesnych, jak na owe czasy, budowli służących skoczkom, warto zacząć od skoczni w Dolinie Jaworzynki. Otwarta w 1920 roku, stała się niebawem miejscem organizacji mistrzostw Polski, a w 1926 roku czechosłowacki skoczek, Franciszek Wende uzyskał na niej odległość 36 metrów. Ze światowej perspektywy ten rezultat nie robił może aż takiego wrażenia, ale z polskiej i owszem.
Zresztą już 20-kilkumetrowe skoki zachwycały obserwatorów, choćby nastoletniego Stanisława Marusarza, który podziwiał rywalizację (mistrzostwa kraju) na Jaworzynce w 1926 roku. Jak relacjonował: "Nie wyobrażałem sobie, że można tak wysoko skakać. Przyznam się, że śledząc długi rozbieg, a następnie lot pierwszego zawodnika bałem się, że wyląduje na głowach publiczności. Kiedy spostrzegłem jak spokojnie i pewnie "osiadł" na zeskoku i zjechał, kończąc zgrabnym telemarkiem, opanowało mnie tak wielkie wzruszenie i radość, jakbym to ja skakał". Co ważne, Jaworzynka szybko zyskała konkurencję i to nie byle jaką, bo do dziś stanowiącą numer 1, jeśli chodzi o skocznie narciarskie nad Wisłą. Chodzi oczywiście o Wielką Krokiew - wybudowana w 1925 roku, pozwalała na ponad 70-metrowe loty, w czym wyspecjalizował się nie kto inny, a Marusarz (1932 - 72 m, 1934 - 74 m, 1938 - 76,5 m).
Mało tego, w związku z mistrzostwami świata w Zakopanem (1939) Krokiew poddano modernizacji, tak że stały się na niej możliwe nawet ponad 80-metrowe skoki. Z innych ważnych obiektów warto jeszcze wymienić skocznię w Krynicy (oddana w 1928 roku) o punkcie konstrukcyjnym K 50 oraz konstrukcje w Wiśle-Łabajowie (1931), Wiśle-Malince (1933) oraz Szczyrku-Skalitem (1937). O ówczesnej skali popularności skoków niech świadczy fakt, że własnymi obiektami do skakania dysponowały takie miasta, jak Kraków, Kielce, Lublin, a nawet Wilno. Z taką bazą nietrudno było o sportowe talenty, a dwaj najlepsi skoczkowie międzywojnia - Bronisław Czech (20-krotny mistrz Polski, m.in. w skokach, slalomie, zjeździe i kombinacji alpejskiej) i Stanisław Marusarz (m.in. 12 mistrzostw w skokach, 4 w kombinacji norweskiej i 2 w kombinacji alpejskiej) - stanowili duet prawdziwych "tatrzańskich diabłów". Tegoroczny 3-krotny medalista olimpijski, czyli Kacper Tomasiak nie jest może aż takim "sportowcem renesansu", co oni, ale i tak ma coś wspólnego z odrodzeniem. Niewątpliwie już przyczynił się do renesansu zainteresowania kibiców tą dyscypliną, a najlepsze, miejmy nadzieję, dopiero przed nim.
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: "Przewodnik po polskich skoczniach narciarskich 2013" Adriana Dworakowskiego, "Skoki narciarskie na terenie Beskidów" Michała Chmielewskiego, Renata Filipowskiej i Mikołaja Szuszkiewicza, "Garbik, fajeczka i...Historia polskich skoków narciarskich - początki" Julity Kamionowskiej, "Skoki narciarskie w Polsce (1907-1939)" Pawła Króla i Stanisława Zaborniaka oraz "Sporty zimowe na Rzeszowszczyźnie w latach 1919-1989" Grzegorza Sobolewskiego.