Roch Zygmunt, Tygodnik Interii: Po co pisać pamiętnik, jeśli jest się kobietą na XX-wiecznej polskiej wsi?
Antonina Tosiek: - Najczęściej po to, żeby po raz pierwszy zostać wysłuchaną. Względy systemowe i kulturowe sprawiały, że przez lata kobiety mieszkające na wsi były pozbawiane sprawczości. Natomiast w szczegółach pisały z bardzo różnych powodów. Niektóre kobiety pisały interwencyjnie, niektóre traktowały pamiętniki jako przestrzeń intymnej konfesji, ale większością kierowała potrzeba opowiedzenia swojej historii. Czasem także chęć zabrania głosu w imieniu innych kobiet oraz doświadczanej przez nie przemocy.
Bo do tej pory były samotne?
- To zależy. Często zapominamy, że na wsi podstawową funkcją rodziny było przetrwanie. To swoisty zespół produkcyjny, które wzajemnie pracuje na swoje utrzymanie. Dotyczyło to także tradycyjnych wspólnot wiejskich. W powszechnej wyobraźni pokutuje wyobrażenie o dawnej wsi i grupach kobiet, które razem międlą len, śpiewają, spędzają ze sobą całe dnie, bo żyją przecież w bardzo ścisłej wspólnocie. Jednak w dużej mierze chodzi tu nie o bliskość emocjonalną, ale o bycie użyteczną. O wytwarzanie jakiegoś wymiernego, materialnego dobra. Niewiele jest w tej historii miejsca na intymną relacyjność, którą kojarzylibyśmy np. z przyjaźnią. W ogóle ta koncepcja - tak jak nowoczesne rozumienie miłości romantycznej - to raczej współczesny wynalazek. Dziewczęca przyjaźń, w której można się sobie zwierzać, spędzać razem czas wolny, pojawia się dopiero w pamiętnikach kobiet urodzonych po wojnie. Nawet jeśli jakieś tego typu relacje pomiędzy kobietami istniały, to często nie dzielono się sprawami wstydliwymi - cierpieniem, bólem, doświadczeniem przemocy.
Na mężów też nie można było liczyć?
- Bywało różnie, ale większość moich bohaterek nie była szczęśliwymi żonami. Zazwyczaj wchodziły w związki z konieczności ekonomicznej. Aranżowane małżeństwa to ogromna część historii XX-wiecznej wsi. Jeszcze do późnych lat 60., jak wynika z setek pamiętników, były one normą. Jeśli wybiera się męża z powodów pragmatycznych - bo nie pije albo pije mało - to nie sposób oczekiwać, że taka relacja stanie się źródłem szczęścia. W ogóle ta kategoria jest trudna do przełożenia na nasze dzisiejsze wyobrażenie.
Dlaczego?
- Myślimy o niej zupełnie inaczej - w sposób, który nie przekłada się na realia tamtych kobiet. Dla nich szczęściem czy spełnieniem mogła być możliwość wysłania dziecka do szkoły albo kupno radia czy roweru. Nasza dzisiejsza perspektywa, współczesne aspiracje i możliwości, którymi dysponujemy, zniekształcają lekturę tych pamiętników. Są osadzone w bardzo konkretnych kontekstach społeczno-politycznych i kulturowych.
To jaki procent ówczesnych kobiet można uznać za szczęśliwy, myśląc tamtymi kategoriami?
- Trudno jednoznacznie powiedzieć. Myślę, że warto zwrócić uwagę na to, jak wiele z pamiętnikarek podkreśla, że największą potrzebą i największym marzeniem kobiet mieszkających na terenach wiejskich była edukacja. Wiele z nich spisywało swoje wspomnienia w latach 70. i 80., już jako starsze kobiety. Szanse, które w tym zakresie zagwarantowała Polska Ludowa, stały się źródłem szczęścia. Nawet jeśli same nie mogły w pełni z nich skorzystać, to doświadczało tego następne pokolenie, na przykład ich wnuczki. Chociaż wiele przemian oceniały jednoznacznie negatywnie, jako niebezpieczne i demoralizujące młode pokolenia kobiet.


Miasto było symbolem zepsucia.
- Tak, ale pisały również o wpływie kultury popularnej na tradycyjne wzorce rodzinne i modele kobiecości. W latach 60. pojawiły się nowe wymagania dotyczące atrakcyjności, moda na makijaż, inne fryzury i ubiór, które często uważały za zbyt wyzywający. W życiu młodych dziewcząt stopniowo mniejszą rolę odgrywały też konserwatywne nauki Kościoła katolickiego. Pamiętnikarki urodzone na początku XX wieku często postrzegały to jako zagrożenia dla tradycyjnego porządku. Oczywiście - nie wszystkie. Należy jednak pamiętać, że ocena, którą kobiety formułowały, jest mocno związana z perspektywą czasową, a datę urodzin najmłodszej i najstarszej pamiętnikarki dzieli niemal dokładnie sto lat. Na początku książki przywołuję cytat jednej z autorek, która stwierdziła, że większość nadesłanych wspomnień będzie należała do kobiet nieszczęśliwych, bo to warunek, aby zdecydować się na udział w takim konkursie. I rzeczywiście, pamiętniki z lat 30. to zapisy o wielkiej biedzie, kryzysie i zapaści polskiej wsi, ale także o nadziei. Te powojenne koncentrują się na dramacie wojny - choć ja o niej piszę niewiele - a przede wszystkim na wejściu w drugą połowę XX wieku. Polska Ludowa umożliwiła kobietom wiele, choć często tylko w wymiarze deklaratywnym; w praktyce bywało różnie. Najbardziej przygnębiające są jednak lata 90. W pamiętnikach z tego okresu jest chyba najmniej spełnienia. To teksty zdecydowanie najbardziej przygnębiające, pełne poczucia rozczarowania i braku pozytywnych perspektyw na przyszłość.
Kobiety ryzykowały, pisząc te pamiętniki?
- Z pewnością. Dlatego w książce wielokrotnie podkreślam ich odwagę, nazywam "pyskatymi", próbując odzyskać dla nich pozytywne znaczenie tego słowa. W większości pisały w tajemnicy - przed rodziną, najczęściej przed mężami i ojcami, ale także przed całą lokalną wspólnotą. Bały się, że ktoś je oceni, wyśmieje albo uzna, że ich życie nie ma takiej wartości, by mogło zostać opowiedziane. Trzeba też pamiętać, że mówimy nie tylko o latach 60. czy 70., ale także o pierwszej połowie XX wieku. Być wówczas kobietą, która pisze, to była rzecz wyjątkowa. Trzeba było zdobyć papier, atrament, narzędzia do pisania, a przede wszystkim czas. Ten ostatni był luksusem także w życiu młodszych pokoleń. Skoro z badań wynika, że jeszcze w latach 70., wiejskiej gospodyni zostawało średnio pięć godzin i dwadzieścia minut na sen, to naprawdę trudno było wygospodarować dodatkową chwilę na pisanie. Sam fakt, że się tego podejmowały, pokonywały wszystkie przeciwności, był już aktem odwagi.
To były ówczesne feministki?
- Myślę, że one same nie zgodziłyby się na taką kategorię, chociaż zdecydowana większość z nich pisała o różnych wymiarach systemowej i kulturowej niesprawiedliwości, której doświadczały przez dekady mieszkanki wsi. Z pewnością były natomiast aktywistkami na rzecz praw kobiet. Ponadto, takimi, które doskonale wiedziały, o czym mówią. Jeżeli o coś walczyły, to dlatego, że same doświadczały niesprawiedliwości i dyskryminacji albo obserwowały ją wokół siebie. Upominały się więc o bardzo wymierne i konkretne kwestie - o sprzeciw wobec przemocy, zmianę prawa - nie wyłącznie o abstrakcyjne idee. Dlatego nazwałabym je raczej buntowniczkami. Bo one nie mówiły wyłącznie o idei, ale o praktyce wolności - o prawie do decydowania o własnym ciele. To oczywiście jest postulat feministyczny, tylko że my dopiero dzisiaj rozpoznajemy go w tej kategorii. Wówczas pisały po prostu o realnych aspektach swojej codzienności.
Skąd one wiedziały o swojej złej sytuacji? Wyobrażam sobie, że jeśli dorasta się w otoczeniu, w którym wszyscy doświadczają przemocy, to można dojść do wniosku, że to normalne, że tak po prostu jest.
- Jeżeli kobieta zaczyna zastanawiać się nad tym, dlaczego mężczyźni mają inne prawa czy możliwości, przy takim uważnym przyglądaniu się swojemu życiu, swojej i cudzej historii, dochodzi do takich wniosków w zupełnie naturalny sposób. Zresztą wspólnoty wyizolowane to raczej domena dwudziestolecia międzywojennego. Kobiety, które wówczas pisały, nie są jednak w pełni reprezentatywnymi członkiniami społeczności wiejskich. Potrafiły czytać i pisać, chociaż wiele z nich nauczyło się tego samodzielnie, nie miały dostępu do edukacji. Skoro czytały, pisały i docierała do nich informacja o konkursie, to oznacza także, że miały kontakt z prasą, a więc orientowały się w tym, co dzieje się w świecie. Nie były więc takimi zupełnie wyizolowanymi, stereotypowymi chłopkami, które funkcjonują wyłącznie w obrębie wsi, ale raczej aktywnymi uczestniczkami życia społecznego. Później dostęp do świata stawał się już coraz łatwiejszy.
I miastowi chcieli słuchać tego, co one mają do powiedzenia?
- W pierwszej połowie XX wieku, jeszcze do lat 60., konkursy pamiętnikarskie organizowały głównie instytucje naukowe - Instytut Gospodarstwa Społecznego czy Instytut Kultury Wsi. W drugiej połowie XX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać - w organizację coraz częściej angażowały się redakcje czasopism. To już tworzyło nieco inny kontekst, bo w redakcjach pracowali bardzo różni ludzie, ale nadal nie był to jeszcze moment masowego awansu wiejsko-miejskiego. W większości była to wielkomiejska inteligencja. Dużą zmianą była obecność w gremiach jurorskich Haliny Krzywdzianki, działaczki prokobiecej urodzonej w rodzinie chłopskiej. Niestety, jurorzy i komentatorzy pamiętników bardzo często próbowali wpisać ich autorki we własne wyobrażenia na temat tego, co dziewczyna pochodząca ze wsi powinna myśleć, jakimi słowami i co o osobie opowiadać.
Co to znaczy?
- Publikowane pamiętniki zarówno autorstwa mężczyzn, jak i kobiet pochodzących z klasy ludowej poddawano redakcji i cenzurze, także ze względów ideowych i politycznych. W przypadku pamiętników kobiecych znacznie silniej ingerowano jednak w sam język, w jego stylizację. Czasem redaktorzy zmieniali konkretne słowa, zdarzało się, że upupiali i infantylizowali autorki. Pamiętnikarka pisała na przykład: "jestem z siebie dumna, bo skończyłam szkołę", redaktorzy zamieniali to na: "byłam taka wesoła". Wszystko po to, by łatwiej wpisać ją w schemat, a następnie używać go jako poręcznego symbolu kobiecości i wiejskości. To zresztą nie zmieniło się do dzisiaj. Nadal funkcjonuje obraz jednej zunifikowanej, uniwersalnej chłopki-dziewczyny, którą można wykorzystać w różnych dyskursach - także tych o awansie społecznym, także tych o tym, co dała Polsce Ludowej polska wieś. Z moich badań wynika, że najbardziej krzywdzono teksty młodych dziewczyn z lat 60.


Dlaczego akurat je?
- Zorganizowano gigantyczny konkurs dla młodzieży wiejskiej, kobiety nadesłały połowę z ponad pięciu tysięcy pamiętników. Dziewczyny, które nie wpisywały się w wyobrażenie o tym, jak młodzież wiejska ma wejść w socjalizm i reprezentować "zdrową tkankę narodu", próbowano trochę przekształcić i dostosować do tej wizji. Wiele z autorek nie przynależało już do specyficznie "wiejskiej kultury", czytały przecież te same czasopisma i książki co ich równolatki z miast, uczęszczały do szkół. Ale poza takimi redaktorskimi interwencjami funkcjonowało też zinternalizowane przekonanie o gorszości niektórych pamiętników. Dobrym przykładem jest wybór "Na opis mojej wsi", przygotowany przez Krystynę Kersten i Tomasza Szarotę. To były pierwsze powojenne pamiętniki, z konkursu z 1948 roku. Kersten i Szarota pisali, że zależy im na tym, by w czterech tomach monografii konkursowych znalazły się odniesienia do wszystkich pamiętników, ale jednocześnie stwierdzili, że wielu tekstów kobiecych nie opublikują, ponieważ są "rozwlekłe" i zawierają "za dużo opisów przyrody". Oczywiście - niektóre takie były, ale podobną ocenę można sformułować pod adresem pamiętników autorstwa mężczyzn. Poza tym, książce przywołuję przykłady z tego konkursu, które zupełnie przeczą temu zarzutowi. I wydaje mi się, że to jest właśnie przejaw naszego zinternalizowanego przekonania, że emocjonalność - zwłaszcza "nadmierna" - jest domeną tekstów kobiecych. A skoro tak, to należy im mniej ufać.
Co się stało z pamiętnikarstwem w III RP?
- Największym problemem był rozpad infrastruktury prasowej i wsparcia instytucjonalnego. Gdy w połowie lat 90. upadła "Gromada - Rolnik Polski", zniknęło jedno z ostatnich ogólnopolskich czasopism, które dbały o kontynuowanie tradycji wiejskiego pamiętnikarstwa. W miejsce tej tradycji wkroczył za to zupełnie nowy paradygmat - neoliberalna narracja o indywidualnej sprawczości i sukcesie, polityka zupełnie sprzeczna z wcześniejszą kolektywną perspektywą pamiętnikarek i pamiętnikarek. Państwo nie było zainteresowane wsłuchiwaniem się w doświadczenia peryferii, a w nauce brakowało narzędzi i konsensusu, jak je badać. W analizach gospodarki rolnej posługiwano się choćby tak absurdalnymi wskaźnikami jak liczba NGO-sów na wsi. To zafałszowywało obraz. Nasze kolektywne wyobrażenie o doświadczeniach wsi w latach transformacji ustrojowej zdominowały obrazy upadających PGR-ów, zupełnie tracąc z oczu zapaść rolnictwa indywidualnego oraz skalę likwidacji infrastruktury kulturalnej czy medycznej na wsiach. Choć pojawiały się jeszcze duże konkursy, jak ten Instytutu Gospodarstwa Społecznego z lat 90., ostatecznie nie wzbudziły one szerszego zainteresowania.
Dziś taki konkurs miałby rację bytu?
- Oczywiście. Ostatnio widać z resztą pewien renesans konkursów pamiętnikarskich. Pojawiły się inicjatywy związane z pandemią czy pamiętniki osób LGBTQ+ (wydane w tomie "Cała siła, którą czerpię na życie"), które stały się nie tylko ważnym świadectwem, ale i pretekstem do wspólnotowych działań na rzecz społeczności. Niesamowity jest też projekt Moniki Glosowitz - pamiętniki kobiet z rodzin górniczych. Kobiety czytają inne zapiski i same zaczynają pisać. Bardzo chętnie poczytałabym więcej świadectw z lat 90. czy z czasów po wejściu Polski do Unii Europejskiej. To chyba jeden z ostatnich momentów, by takie konkursy organizować dla starszych pokoleń i zdążyć jeszcze uchwycić ich doświadczenia.






