Reklama

- Jesteśmy jedyną religią, której nie zależy na konwersji. Chrześcijanie, muzułmanie, a także judaiści namawiają innowierców do tego, aby zmienili wyznanie. My nigdy tego nie robimy. Nie musisz bowiem być sikhiem, żeby być sikhiem. Sikhizm oznacza bycie dobrym i zgłębianie wiedzy. Jeśli jesteś dobrym chrześcijaninem i poszukujesz mądrości, jesteś sikhiem - zaczyna swoją opowieść Charanjit Singh.

Mężczyznę poznałem kilka godzin wcześniej u stóp Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Tam od maja 2017 roku rozdaje jedzenie biednym, bezdomnym i potrzebującym. Obecnie czyni to trzy razy w tygodniu - w piątki, soboty i niedziele. Bywały jednak czasy, w których karmił od poniedziałku do soboty.

Reklama

To, co zobaczyłem w ścisłym centrum stolicy, było moją pierwszą lekcją sikhizmu. Lekcją pod tytułem "seva".

Sikhowie w Polsce. Seva, czyli służenie innym

- Seva oznacza służenie innym bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Robiłem to od najmłodszych lat. Gdy byłem dzieckiem, chodziłem do lokalnej świątyni, aby pomagać w zmywaniu naczyń lub gotowaniu. Tak wyglądało moje dojrzewanie - tłumaczy Charanjit.

Mój rozmówca urodził się w Indiach, ale dorastał w Singapurze. Jako dorosły człowiek przeniósł się natomiast do Polski i tutaj założył biznes. Prowadził dochodową restaurację w sercu miasta, serwował dania kuchni indyjskiej. Jak sam przyznaje - żył bardzo dostatnie, a jego lokal uchodził za jeden z najlepszych w mieście.

- Po przeprowadzce do Polski nie mogłem czynić seva z taką mocą, z jaką chciałem. Nie znałem języka, nie znałem też potrzeb tego kraju. Poza tym byłem bardzo zajęty biznesem. Z czasem dojrzałem jednak do tego, aby sprzedać swoją restaurację. Zarobiłem bardzo dużo pieniędzy, co pozwoliło mi zainwestować w mieszkania. Dziś wynajmuję je, jestem landlordem. Z tego się utrzymuję i z tego też funduję jedzenie dla potrzebujących - mówi Singh, często nazywany przez znajomych Toni Walią.

Mężczyzna poświęcił swoje życie pomocy. Karmi ubogich i bezdomnych od ośmiu lat. Sam przygotowuje posiłki - zawsze wegetariańskie.

Aby przyrządzić odpowiednią ilość jedzenia, Toni Walia zorganizował specjalną kuchnię poza swoim domem. Kiedy wszystko jest gotowe, przewozi pożywienie skromnym autem do centrum Warszawy. Tam może liczyć na pomoc wolontariuszy, którzy rozkładają stoły i nakładają porcje potrzebującym.

Charanjit wszystkiego dogląda jednak osobiście. Dba o bezpieczeństwo swoich pomocników, stąd pilnuje, aby beneficjenci ustawiali się gęsiego w kolejce. Nakazuje im także zachowywać dystans od wolontariuszy.

- Wiele z tych osób mieszka na ulicy. Nie wiemy, kim są, nie znamy ich, nie mamy pojęcia, na co mogą być chorzy. Nie możemy ryzykować zdrowia wolontariuszy. Pilnuję, aby wszystko odbywało się bezpiecznie - tłumaczy mi były restaurator, kiedy z zaciekawieniem przyglądam się akcji.

Dystrybucja jedzenia przebiega sprawnie. Część osób to stali bywalcy, niektórzy pojawiają się sporadycznie, jeszcze inni korzystają z dobrodziejstwa po raz pierwszy. Kiedy tylko ktoś wyłamuje się z kolejki i próbuje przyspieszyć proces, Toni Walia natychmiast reaguje. Zna polski dostatecznie dobrze, żeby przywrócić porządek. Ma posłuch. To widać.

Pytam, czy zawsze potrzebujący są tak grzeczni. Jego odpowiedź zwala mnie z nóg. Nie to chciałem usłyszeć.

- Bywałem tu kopany, bity, wyzywany, opluwany. Nigdy jednak nie pomyślałem nawet o tym, aby przestać. Czuję, że zostałem zesłany do Polski, aby czynić to, co czynię. Spójrz - wielu ludzi na świecie marzy o tym, aby żyć w Singapurze, zarabiać wielkie pieniądze. Ja stamtąd pochodzę, ale zamiast pławić się w luksusach, jestem tutaj. Czynienie seva to obsesja. Albo to pokochasz miłością szaleńczą, albo po prostu nie będziesz w stanie tego robić. Nie ma tutaj półśrodków. W moim przypadku to uzależnienie. Misja. Przeznaczenie. Nie ma dla mnie większej nagrody niż uśmiech na twarzach ludzi, którzy nie jedli od kilku dni. To wynagradza wszelkie niedogodności, których czasem doświadczam - przedstawia mi swój punkt widzenia Charanjit.

Nie mogę tego zrozumieć. Dopytuję: co jest powodem ataku na człowieka, który czyni tyle dobra.

- Chodzi o jedną zasadę, której trzymam się pryncypialnie. Nie wręczamy jedzenia osobom pijanym. Tutaj muszę być nieprzejednany. Jeśli raz się złamię, stworzę precedens. Chcę, aby ci ludzie wiedzieli, że zawsze mogą liczyć na moją pomoc, ale muszą być trzeźwi - wyjaśnia Toni Walia.

No tak. Mogłem się domyślić. Alkohol. To on odpowiada za tyle zła tego świata, to on zżera ludziom szare komórki.

Ja na szczęście nie widziałem żadnego negatywnego zachowania względem Charanjita, kiedy towarzyszyłem mu przy Pałacu Kultury i Nauki. Wręcz przeciwnie - byłem świadkiem, jak jeden z bezdomnych podszedł do sikha, pokłonił się przed nim i ze łzą w oku podziękował za ciepły posiłek.

Odwiedziłem gurudwarę sikhów

Cały proces dystrybucji trwał kilkadziesiąt minut. Tuż po jego zakończeniu porozmawiałem jeszcze chwilę z Toni Walią. Czułem jednak, że potrzebuję czasu, aby przepuścić przez filtr własnej wrażliwości to, co zobaczyłem i usłyszałem. Rozstaliśmy się więc i umówiliśmy, że za kilka godzin spotkamy się ponownie - tym razem nie w centrum stolicy, a w sikhijskiej gurudwarze na obrzeżach.

To był dobry pomysł. Pozbierałem myśli, przygotowałem sobie też listę pytań do Charanjita, jak i również do pozostałych sikhów, z którymi miałem poznać się w gurudwarze.

Po kilku godzinach zameldowałem się na miejscu. Ulica na Skraju w Warszawie. Nazwa adekwatna, ponieważ to sam koniec stolicy. Jeszcze tylko kilka domów i zielona tabliczka z przekreślonym białym napisem "Warszawa". Wśród podobnych do siebie budynków mieszkalnych jeden od razu rzuca się w oczy. Na przylegającym doń podwórzu stoi bowiem wysoki maszt z trójkątną flagą. Wokół kręcą się śniadzi mężczyźni z długimi brodami i włosami starannie schowanymi pod materiałowymi chustami. Oto wkroczyłem na teren sikhów.

Natychmiast zostałem zaproszony do środka. Choć w przypadku niektórych wiernych występowała bariera językowa, wszyscy serdecznie uśmiechali się w moim kierunku. Dali mi także chustę, z której następnie pomogli mi zawiązać prowizoryczny turban. Wskazali też miejsce, w którym należy zostawić buty - po gurudwarze poruszamy się bowiem boso.

Wszedłem po schodach i trafiłem w sam środek wieczornej modlitwy. Charanjit pełnił w jej trakcie ważną rolę - był tuż obok Granthijiego, którego funkcję w dużym uproszczeniu można porównać do księdza u chrześcijan. Choć dodać należy, że sikhizm nie zna sakramentów ani kapłaństwa.

- Granthiji oznacza osobę uczoną. Jest dla nas jak profesor. Przeczytał i zrozumiał całą naszą świętą księgę. Zna ją na pamięć, linijka po linijce. Potrafi też ją interpretować - tłumaczy Charanjit.

Modlitwa trwa kilkadziesiąt minut. W zdecydowanej większości polega na śpiewaniu hymnów. Następnie święta księga jest ceremonialnie odkładana do specjalnego - klimatyzowanego - pomieszczenia. Po wszystkim przynoszone jest jedzenie, które dzieli się pomiędzy uczestników spotkania.

Gdy modlitwa dobiegła końca, usiadłem na dywanie wraz z Charanjitem, a także przewodniczącym gurudwary Jawaharem Jyotim Singhiem i Granthijim Ghanim Amrikiem Singhiem. Wszyscy trzej zgodzili się odpowiedzieć na moje pytania dotyczące sikhizmu.

W pierwszej kolejności chciałem zgłębić to, co usłyszałem od Charanjita na temat podejścia do wyznawców innych religii.

- Jesteśmy bardzo otwartą społecznością, z radością powitamy wszystkich, którzy zechcą nas odwiedzić. Mam wielu polskich przyjaciół, którzy czynią seva. Nie są sikhami, nie zmienili religii. Przychodzą i czynią dobro. Mówią mi, że czują się z tym znakomicie. Odświeżeni duchowo, bardziej wartościowi. Nie trzeba być sikhiem, aby żyć w zgodzie z sikhijskimi zasadami - mówi  Jawahar Jyoti Singh.

- Być sikhiem znaczy uczyć się. Nieustannie, całe życie. Ponadto sikhizm to czynienie dobra, pomaganie innym, bycie miłym i porządnym. Chodzi o to, aby dostrzegać Boga w sobie samym. Pracować uczciwie, zarobić na siebie i nie żebrać - do rozmowy dołączą Granthiji Ghani Amrik Singh.

Zaraz, zaraz. Sikhowie postulują etos pracy, a jednocześnie karmią tych, którzy nie potrafią sami na siebie zarobić?

- Jedno nie wyklucza drugiego. My wierzymy w pracę, ale nie znaczy to, że narzucamy ją innym. Jeśli ktoś jest biedny albo bezdomny, powinniśmy mu pomóc. Nie dzielimy ludzi na pracujących i niepracujących - wyjaśnia mi JJ Singh.

W tym momencie przed oczami stanęły mi obrazki sprzed kilku godzin. Charanjit, Pałac Kultury i Nauki, mozaika trudnych historii ludzi, których często określa się jednym krótkim mianem - marginesu społecznego. Poczułem, że muszę wrócić do tego tematu. Zapytałem Toni Walię, co było tym ostatecznym czynnikiem, który nakazał mu sprzedać restaurację i poświęcić się pomocy.

- W 2012 roku zobaczyłem przez szybę mojego samochodu, jak bezdomny schyla się do śmietnika i wyciąga nadgryzionego burgera z McDonald's. Mężczyzna wzniósł ręce ku górze, cieszył się, wyglądał jakby dziękował Bogu za ten traf. To uderzyło mnie mocno. Pomyślałem sobie: dość tego. Nie mogę patrzeć na to, jak człowiek dziękuje Bogu za burgera ze śmietnika. Wtedy wiedziałem już, że muszę sprzedać restaurację i w pełni poświęcić się seva - mówi.

Osama bin Laden. Polacy przestraszyli się sikhów

Kolejne minuty naszej rozmowy mijały, a ja nabierałem przeświadczenia, że podczas tego wywiadu nie ma tematów tabu. Nie miałem wątpliwości.

Zapytałem więc wprost o to, jak sikhowie zostali przyjęci na obrzeżach Warszawy 21 lat temu, kiedy powstawała ich gurudwara.

- Będę zupełnie szczery. Kiedy pojawiliśmy się tutaj w 2004 roku, ludzie bali się nas. Patrzyli podejrzliwie, nie chcieli z nami rozmawiać. Słyszeliśmy kilkukrotnie o sobie, że jesteśmy Osamą bin Ladenem. To było zaledwie kilka lat po zamachu na WTC, strach przed terroryzmem był żywy. Z biegiem czasu świadomość ludzi jednak znacznie wzrosła. Dziś mamy na ogół dobre relacje z sąsiadami. Rozmawiamy ze sobą, czasem niektórzy odwiedzają nawet naszą gurudwarę. Niezmiennie zapraszamy ich do siebie - wykłada JJ Singh.

Sikhowie zapraszają do odwiedzin, ale nigdy nie namawiają do zmiany religii. To jeden z fundamentów ich wyznania.

- Nie wychodzimy na ulicę i nie zachęcamy ludzi, aby dołączyli do nas. Nie agitujemy, nie przekonujemy. Jeśli ktoś chce nas znaleźć, to zrobi to. Często przychodzą do nas Polacy, którzy nie rozumieją choćby słowa w języku pendżabskim, a pomimo tego zostają na naszych modlitwach. Śpiewają z nami, medytują, cieszą się obecnością. Jak powiedzieliśmy: sikhizm polega na chęci nauki. Gdybyśmy kogokolwiek przekonywali, oznaczałoby to, że to nie on sam w sobie chce się uczyć. Ponadto od przekonywania jest już tylko krok do konwersji. A tego nie chcemy - dodaje  Jawahar Jyoti.

Przygotowując się do spotkania z sikhami, starałem się przeczytać o ich religii możliwie dużo. Moją uwagę zwróciły równościowe postulaty - odnoszące się zarówno do płci, jak i orientacji seksualnej. Jak to wygląda w praktyce?

- Nasz pierwszy guru powiedział, że kobiety wydają na świat królów i cesarzy. Jak więc można patrzeć na nie z góry? Jak można umniejszać ich rolę? Powinniśmy darzyć je ogromną estymą - przekonuje Charanjit. Wtóruje mu JJ. - Sikhijskie kobiety są silne i niezależne. W niektórych gurudwarach prowadzą też modlitwy. To nie zdarza się w innych religiach.

- Równość nie tyczy się wyłącznie płci. Wierzymy w równość w każdym względzie. Rasa, kasta, wyznanie, orientacja. Kiedy wszyscy razem siedzimy i spożywamy posiłek, nie ma lepszych i gorszych. Bogaci siedzą obok biednych - dodaje Jawahar Jyoti.

- Orientacja seksualna to prywatna sprawa każdego człowieka. Albo sprawa rodzinna, tak też można to określić. Jako sikhowie nie mamy z tym żadnego problemu. Nigdy nie będziemy patrzeć na homoseksualistów z góry - konkluduje Charanjit.

Skoro o sprawach rodzinnych mowa, warto dodać, że Granthiji może, a wręcz powinien, być w związku małżeńskim. Ghani Amrik Singh, który sprawuje posługę w warszawskiej gurudwarze, ma żonę i dzieci.

- Dyskutowałem kiedyś z jednym z moich chrześcijańskich przyjaciół. Zadałem mu pytanie: jak to jest możliwe, że ksiądz staje na ambonie i naucza o rodzinie, skoro sam jej nie ma? Nie rozumiem tego. W sikhizmie nasi kapłani zazwyczaj mają żony i dzieci. Są wręcz do tego zachęcani. Skoro mają być dla nas drogowskazami, chcemy, aby sami doświadczyli tego, o czym będą nauczać - podkreśla Toni Walia.

- Chcemy, aby nasz Granthiji był dostępny dla wiernych przez siedem dni w tygodniu. Dlatego poza posługą w gurudwarze nie pracuje nigdzie. Nasza społeczność zapewnia mu środki niezbędne do przeżycia. Są jednak takie gurudwary, w których Granthiji wykonuje normalny zawód, a dostępny dla wiernych jest tylko w weekendy - wyjaśnia JJ Singh. - Indusi są bardzo religijni. Większość z tych, którzy mieszkają w Polsce, nie są sikhami, ale pomimo tego wspierają naszą gurudwarę. Dostajemy regularne, comiesięczne wpłaty od sporej liczby firm działających w Warszawie i okolicach. Niektórzy przynoszą też produkty spożywcze, z których następnie przygotowujemy posiłki. Wszystko, co wyjdzie z sikhijskiej kuchni, jest dostępne dla każdego, kto będzie potrzebował.

"Będziemy obywatelami drugiej kategorii"

Po kilku wspólnie spędzonych godzinach odniosłem wrażenie, że sikhowie, którzy przebywają w naszym kraju, chcą przyczynić się do zerwania Polaków z krzywdzącymi uprzedzeniami względem obcych. Pod koniec naszej rozmowy otworzyłem więc ten temat.

- Żyjemy w bardzo spolaryzowanym świecie. Niezależnie od tego, czy mówimy o Polsce, Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Anglii czy Indiach. My ze swojej strony nigdy nie prosimy się o problemy. Wręcz przeciwnie - chcemy rozładowywać potencjalne sytuacje konfliktowe. Mamy świadomość, że jesteśmy gośćmi w waszym kraju. Nawet jeśli część z nas ma polskie obywatelstwo, nigdy nie będziemy Polakami. Będziemy obywatelami drugiej kategorii. To jest najszczersza prawda, która chcę, żeby wybrzmiała - stwierdza JJ Singh.

- Napięcie wobec migrantów jest w Polsce wyczuwalne. Musimy jednak uszanować światopogląd ludzi, którzy głosują w polskich wyborach. Jednocześnie chcemy uświadamiać ich, że - wbrew narastającej narracji - nie wszyscy przyjezdni są źli. My przebywamy w Polsce legalnie, płacimy tutaj podatki. Czujemy związek z waszym krajem i chcemy być jego częścią. Wierzymy, że jesteśmy prawie jednymi z was - dodaje.

Chciałem, aby ostatnie słowo tego spotkania należało do Granthijiego. Zapytałem więc uczonego o jedną rzecz, którą - jego zdaniem - powinienem wyciągnąć dla siebie z sikhizmu.

- Najważniejsza rzecz, którą można wyciągnąć z sikhizmu, jest to, że Bóg jest jeden. Wierzymy, że wszyscy ludzie na świecie modlą się do niego. Na różne sposoby, w różnych językach, według różnych obrzędów, ale ostatecznie wszyscy zwracamy się do tego samego Boga. Możesz być hinduistą, chrześcijaninem, muzułmaninem, ale tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Najważniejsza nauka, która płynie od naszego wspólnego Boga, tyczy się traktowania innych ludzi. Z równością i miłością.