Żadna inna droga nie wrosła w kulturę masową tak silnie. Route 66 stała się symbolem amerykańskiego ducha przygody, uwiecznionym w filmach, muzyce i literaturze. Do dziś przyciąga podróżników z całego świata, pragnących poczuć autentyczną atmosferę dawnej Ameryki. Trafiam na nią trochę z przypadku, uzbrojona w popkulturowe klisze, które szybko tracą sens w zastanej przestrzeni, choć równocześnie pozwalają lepiej poznać fenomen "Drogi Matki".
Fundamenty pod legendę trasy położył Cyrus Avery, biznesmen z Tulsy, który jako członek komisji projektującej system dróg federalnych, przeforsował śmiałą wizję diagonalnego połączenia między Chicago, a Los Angeles. Avery rozumiał, że serce Ameryki potrzebuje trasy, która nie omija środka kraju, lecz go nobilituje, otwierając rolniczy południowy zachód na handel i turystykę. Oficjalnie Route 66 powołano do życia 11 listopada 1926 roku, choć początkowo była ona jedynie zbiorem połączonych ze sobą odcinków o bardzo różnej jakości - od betonowych tafli po błotniste, wiejskie trakty.
Prawdziwym testem dla trasy stały się lata 30. XX wieku, okres Wielkiego Kryzysu i katastrofalnych burz pyłowych, znanych jako "Dust Bowl". Route 66 stała się wtedy "Drogą Nadziei" dla tysięcy zdesperowanych rodzin z Oklahomy czy Arkansas, które w starych ciężarówkach uciekały na zachód w poszukiwaniu lepszego życia w Kalifornii. Ten tragiczny exodus uwiecznił John Steinbeck w swojej powieści "Grona gniewu", nadając szosie nieśmiertelny przydomek "Mother Road".
Przełom nastąpił po wprowadzeniu programów naprawczych rządu Franklina D. Roosevelta. Dzięki pracy tysięcy ludzi, w 1938 roku Route 66 stała się pierwszą w pełni utwardzoną trasą transkontynentalną o imponującej długości niemal 4 tys. kilometrów, ostatecznie łączącą Środkowy Zachód z wybrzeżem, i na zawsze zmieniła oblicze amerykańskiego transportu.
Po II wojnie światowej, wraz ze wzrostem dochodów i upowszechnieniem się samochodów, Route 66 stała się "otwartym parkiem rozrywki", zaprojektowanym, by oczarować podróżujące rodziny z pokolenia baby boomers. Każdy biznes walczył o uwagę, co zrodziło unikalny, a momentami absurdalny przydrożny krajobraz.
Najlepiej widać to na przykładzie reklam kremu do golenia Burma-Shave. Kilka małych tablic, ustawionych wzdłuż drogi, zmuszało kierowców do czytania rymowanego wierszyka kawałek po kawałku, aż do ostatniej planszy z nazwą produktu. Prosty pomysł, który działał lepiej niż billboardy i nie pozwalał oderwać wzroku od drogi.
Wierszyki, pisane wersalikami na czerwonym lub pomarańczowym tle, cechowały się figlarnym humorem, kpiąc z tradycyjnych pędzli do golenia lub obiecując sukcesy matrymonialne po uzyskaniu gładkiej twarzy. Z czasem kampania zaczęła promować także bezpieczeństwo na drodze, ostrzegając przed brawurą oraz jazdą pod wpływem alkoholu.
Ich unikalny styl uwieczniono między innymi w kultowym filmie "Bonnie i Clyde" i serialu "MAS*H".
Dziś odrestaurowane zestawy znaków można wciąż spotkać na historycznych odcinkach trasy w kilku stanach, gdzie służą jako nostalgiczne przypomnienie dawnych, analogowych czasów. Morgan, z którą przemierzam Arizonę czyta wierszyki z odpowiednią intonacją, wydając radosne okrzyki, za każdym razem, gdy mijamy rozstawione wzdłuż drogi tablice, równocześnie nucąc z Chuckiem Berry "Get your kicks on Route 66" (ang. Daj się ponieść drodze 66 - przyp. red.). Opowieści o kultowej trasie wybrzmiewają także w utworach wykonywanych przez Toma Waitsa, The Eagels, Nat King Cole’a, U2 i Janis Joplin. Natomiast na szczytach list przebojów i zestawień najchętniej granych podczas jazdy od lat pozostaje Queen ze swoim hitem "Don’t stop me now". Wszystkie te kawałki przewijają się przez naszą playlistę, gdy przemierzamy amerykańskie bezdroża.
Ikonami trasy stały się także fantazyjne wytwory, np. Muffler Men - ponad 6-metrowe figury z włókna szklanego, takie jak Tall Paul (trzymający gigantycznego hot-doga) czy kosmiczny Gemini Giant w Wilmington. Morgan mówi, że w latach świetności, gdy zachodziło słońce, trasa rozświetlała się blaskiem neonów. Motele "Blue Swallow" w Tucumcari czy "Munger Moss" w Missouri były jak latarnie morskie, nawigujące podróżnych do celu, obiecujące zmęczonym kierowcom "100 proc. chłodzonego powietrza" i domową atmosferę. Przez lata droga wypełniła się tyle rekordowymi, co osobliwymi atrakcjami. Największa na świecie butelka keczupu w Illinois, gigantyczny betonowy totem w Oklahomie czy słynne Cadillac Ranch w Teksasie, gdzie klasyczne auta zostały dosłownie wbite w ziemię, to kilka przykładów szalonych pomysłów mających przyciągać potencjalnych klientów.
Upadek legendy rozpoczął się od fascynacji prezydenta Eisenhowera niemieckimi autostradami, co doprowadziło do podpisania w 1956 roku ustawy o budowie międzystanowego systemu autostrad. Nowe, wielopasmowe drogi, miały być szybsze i bezpieczniejsze, ale budowano je tak, by przebiegały poza centrami miast.
Wtedy właśnie nastąpił upadek małych miasteczek. Proces ten był powolny, ale nieubłagany. Łącznie, budując nowe drogi, ominięto 213 miejscowości, co doprowadziło do zamknięcia ponad 2 400 biznesów. Miasteczka, które żyły z ruchu przy Route 66, zaczęły pustoszeć, aż w końcu po prostu przestały mieć powód, by istnieć, tworząc smutny krajobraz z opuszczonymi stacjami i barami w tle.
Ostatnim przyczółkiem broniącym tradycji było miasteczko Williams w Arizonie, które autostrada I-40 omijała aż do 13 października 1984 roku. Rok później, w 1985 roku, Route 66 oficjalnie skreślono z rejestru autostrad federalnych.
Choć droga zniknęła z map, nie zniknęła z ludzkiej pamięci. Bunt golibrody z Seligman, Angela Delgadillo, który w 1987 roku zorganizował spotkanie lokalnych przedsiębiorców, zapoczątkował walkę o uznanie historycznego statusu trasy. Dzięki jego determinacji Arizona jako pierwsza wyznaczyła odcinek "Historic Route 66". Dziś wciąż można się po niej przemieszczać i robić pamiątkowe zdjęcia w wyznaczonych miejscach. Niby zwykły stary asfalt z wyblakłymi, żółtymi pasami, a wciąż budzi tyle emocji. Gdy tylko podniesiesz rękę do góry, jadący po krajowej "40" kierowcy długonosych trucków pozdrawiają cię przeciągłym buczeniem klaksonu.
Nową falę popularności kultowej drodze przyniósł Michael Wallis swoją książką "Route 66: The Mother Road" oraz studio Pixar filmem "Auta", który opowiedział historię miasteczek ominiętych przez autostradę. W 1999 roku federalny program ochrony korytarza Route 66 zaczął wspierać finansowo renowację neonów i zabytkowych budynków, pozwalając dawnym stacjom benzynowym i motelom znów cieszyć oczy turystów.
Tyle historii. Przemieszczając się z Arizony do Los Angeles, gdzie kończy się historyczna trasa, trafiam nie tylko do Seligman, gdzie zaczęło się symboliczne odrodzenie, ale także do innych miasteczek, które lata świetności mają już dawno za sobą. Smutnego widoku dopełniają znudzeni właściciele sklepików z pamiątkami, którzy, gdy zagląda się do środka, nie podnoszą nawet wzroku znad smartfona. Widok porzuconych, zardzewiałych samochodów, wyblakłych tablic z drogowskazami i znakiem z dwoma szóstkami, pokrytych kurzem magnesów i spłowiałych koszulek, które od lat wiszą na słońcu, jest cokolwiek przygnębiający. Jednak to właśnie tutaj można też spróbować prawdziwie amerykańskiej domowej kuchni, choć przyznam szczerze, że deser w postaci tarty cytrynowej, który zamówiłam gdzieś między Wiliams a Ash Fork, pokonał mnie tak rozmiarem, jak i konsystencją, zjadłam też jedne z lepszych burgerów w życiu.
W Santa Monica wita mnie słońce, szum Pacyfiku i błękitne niebo. To symboliczny koniec drogi, a także mojej podróży. Znak wbity w drewniane belki pomiędzy rachityczną palmą a diabelskim młynem gubi się pomiędzy kolorowym tłem. Wszystko, co wydarzyło się w trasie, zostaje gdzieś za mną, rozproszone pomiędzy legendami i opowieściami o drodze, na której wolność najlepiej wygląda dziś już tylko na pocztówkach.