W maju 2013 roku Harrison Okene miał 29 lat. Nie był zawodowym marynarzem, poszukiwaczem przygód ani wyszkolonym nurkiem głębinowym. Był młodym człowiekiem z Nigerii, który potrafił dobrze gotować. Na pokładzie holownika Jascon-4 właśnie taką pełnił funkcję - był kucharzem okrętowym. Dbał o to, by zmęczeni ciężką pracą członkowie załogi zawsze mieli ciepły posiłek.
Jascon-4 był nowoczesnym, silnym holownikiem redowym i kotwicowym o tonażu 471 ton brutto, należącym do firmy West African Ventures. Jednostka ta stacjonowała u wybrzeży Nigerii i wykonywała zlecenia dla gigantów naftowych, głównie dla koncernu Chevron.
Praca na tego typu statkach u była trudna i niebezpieczna, ale dla Okene stanowiła stabilne źródło utrzymania dla niego i jego żony. Pod koniec maja holownik otrzymał zadanie wsparcia operacji stabilizacji tankowca przy punkcie załadunkowym SBM 3 (Single Buoy Mooring), około 30 kilometrów od wybrzeża Escravos w Nigerii. Na pokładzie znajdowało się 12 osób - 11 doświadczonych marynarzy oraz jeden kucharz.
Holownik, taki jak Jascon-4, nigdy nie stabilizował tankowca samodzielnie - zawsze towarzyszyły mu inne holowniki, które na czas załadunku, miały sprawić, że tankowiec nie będzie dryfował, co zmniejszy ryzyko uszkodzeń.
Katastrofa w ułamku sekundy. Rogue wave wywróciła holownik
Niedziela, 26 maja 2013 roku, rozpoczęła się wyjątkowo niespokojnie. Warunki pogodowe w Zatoce Gwinejskiej gwałtownie się pogorszyły, a wodami oceanu targał silny sztorm. Wysokie fale raz po raz uderzały w burtę małego holownika.
Około godziny 4:50 rano Harrison Okene obudził się i udał do toalety. Był w samej bieliźnie. Właśnie wtedy doszło do tragedii. Podczas próby ustabilizowania tankowca na wzburzonym morzu, gigantyczna fala uderzyła w Jascon-4 z niszczycielską siłą. Statek stracił stabilność, gwałtownie przechylił się na burtę, a następnie, dosłownie w ułamku sekundy, wywrócił się dnem do góry i zaczął błyskawicznie nabierać wody.
"Wszystko działo się tak szybko. Usłyszałem potworny huk, a w następnej sekundzie stałem na suficie. Światła zgasły, a woda zaczęła wdzierać się do środka z ogromną prędkością" - wspominał później Okene.
Za tragedię, jaka wydarzyła się na Jascon-4 odpowiada tzw. rogue wave - nazywana przez marynarzy potworną falą, która za jednym uderzeniem sprawiła, że holownik znalazł się pod wodą. Większość załogi w tym momencie znajdowała się w swoich kabinach - zamknięci na cztery spusty.
Zgodnie z procedurami bezpieczeństwa na wypadek ataku piratów (które w tamtym regionie były codziennością), drzwi do kajut były przez marynarzy ryglowane od wewnątrz. Piractwo uprawiane na tamtejszych wodach nie miało na celu plądrowania statków z ich dóbr, a z ludzi. Marynarzy porywano dla okupu, dlatego pracujące w tamtych rejonach załogi wiedziały, że należy się zabezpieczać.
To, co miało chronić marynarzy przed bandytami, stało się dla załogi Jascon-4 śmiertelną pułapką.
Okene słyszał krzyki swoich kolegów, a kiedy udało mu się wydostać na korytarz, zauważył trzy ciała swoich kolegów, które bezwładnie dryfowały na wodzie wdzierającej się na pokład holownika.
Okene sam został popchnięty przez nurt lodowatej wody i przepłynął korytarzami w głąb tonącego statku, zatrzymując się w innej łazience.
Jascon-4 zatonął błyskawicznie, osiadając na dnie oceanu na głębokości dokładnie 30 metrów (98 stóp). Holownik spoczął na dnie obrócony do góry dnem.
Ci, którzy pozostali na lądzie w innych holownikach byli pewni, że wszyscy zginęli. Wywrócenie holownika nastąpiło tak szybko, że nikt z załogi nie zdążył nadać sygnału mayday. Na kanale 16., który zazwyczaj służył do przekazywania pilnych komunikatów, panowała głucha cisza.
60 godzin w ciemnej otchłani. Brakowało tlenu, ale nie zabrakło wiary
Gdy opadła pierwsza fala chaosu, Harrison Okene zdał sobie sprawę, że wciąż oddycha. Mężczyzna znajdował się 30 metrów pod wodą i przeżył tylko dlatego, że w pomieszczeniu w którym utknął, wytworzyła się bańka powietrza o wysokości około 1,2 metra.
Okene szybko zrozumiał, że jego największymi wrogami są hipotermia i brak tlenu. Woda na głębokości 30 metrów miała około 18 stopni Celsjusza. Choć wydaje się, że nie jest to niska temperatura, to należy pamiętać, że Okene był w niej zanurzony cały czas - do wysokości klatki piersiowej.
Z otaczających go przedmiotów zrobił dla siebie prowizoryczną tratwę, by móc na niej usiąść i odizolować się od zimnej wody.
Oprócz hipotermii, która mu zagrażała, Okene nie miał także nic do jedzenia ani picia, a jedyna woda, jaka była dostępna, to ta słona, której picie mogło pogorszyć stan mężczyzny.
To, co stanowiło jednak największe zagrożenie dla Harrisona, to brak tlenu. W wytworzonej bańce zaczynało go brakować, a zaczął ją wypełniać wydychany przez mężczyznę dwutlenek węgla. Wraz ze wzrostem stężenia tego gazu w powietrzu, pojawiają się objawy zatrucia. Gdy stężenie wynosi 10 proc., dochodzi do śmierci człowieka.
U Harrisona Okene wraz z upływem czasu zaczęły pojawiać się bóle głowy, zawroty a także senność i halucynacje. Godziny mijały, ale mężczyzna - jak przyznał później wielokrotnie - nie tracił nadziei.
To, co pozwoliło mu przetrwać, to wiara. Harrison Okene modlił się i przypominał sobie imiona wszystkich członków swojej rodziny. To właśnie wiara sprawiła, że mężczyzna cały czas był przytomny.
Wyprawa nurków zmieniła się w akcję ratunkową. "Mój Boże, on żyje!"
W tym samym czasie na powierzchni nikt nie łudził się, że ktokolwiek przeżył katastrofę. Rodziny marynarzy zostały poinformowane o śmierci bliskich i zapowiedziano akcję ratunkową, której celem było wydobycie ciał na powierzchnię.
Do wraku holownika wysłano ekipę z międzynarodowej firmy DCN Diving, która stacjonowała na pobliskim statku wsparcia nurkowego, a ich zadanie było jednoznaczne i rutynowe: odnaleźć wrak i wydobyć zwłoki ofiar, a następnie przekazać je rodzinom.
Dnia 28 maja, po ponad 60 godzinach od zatonięcia, trzej nurkowie saturacyjni rozpoczęli penetrację wraku. Jednym z nich był Nico Van Heerden, który na kasku miał zamontowaną kamerę wideo.
Nurkowie saturacyjni to specjalni nurkowie, którzy są przygotowywani w specjalnych komorach do pracy na dużych głębokościach, zazwyczaj powyżej 50 metrów. Wrak holownika spoczywał na mniejszej głębokości, dlatego nurkowie - zanim zeszli do holownika - musieli odpowiednio "przygotować" swoje ciała do pracy na innej głębokości, a następnie zostali spuszczeni w głąb oceanu w specjalnym dzwonie nurkowym.
Harrison Okene usłyszał stukanie w kadłub. Wiedział, że to inne odgłosy niż te, które przez ostatnie godziny mu towarzyszyły. Zaczął rozpaczliwie uderzać w metalowe ściany młotkiem, który znalazł w kabinie, jednak nurkowie, odcięci szumem własnej aparatury oddechowej, początkowo nic nie słyszeli. W pewnym momencie, jak wspomina Okene, mężczyzna dostrzegł w mętnej wodzie snop światła z latarki nurka. Nurek Nico Van Heerden płynął wąskim, zalanym korytarzem. Przekonany, że szuka ciał, nagle zobaczył przed sobą dłoń wystającą z wody. Gdy wyciągnął rękę, by chwycić "zwłoki", ręka mocno uścisnęła jego dłoń.
Na nagraniu, które po akcji ratunkowej obiegło cały świat, słychać niedowierzanie w głosie nurka asekuracyjnego, który pozostał na powierzchni i obserwował obraz z kamery. Na filmie słychać krzyk: "On żyje! O mój Boże, on żyje! Znaleźliśmy żywego człowieka!"
Harrison Okene - choć wciąż był przytomny, został uratowany w ostatniej chwili. Wysycenie bańki powietrza dwutlenkiem węgla osiągnęło już krytyczny poziom.
Zagrożenie miało dopiero nadejść. Trudna akcja wydobycia spod wody
Odnalezienie Harrisona żywego było dopiero połową sukcesu, bo najtrudniejsza faza operacji miała dopiero nastąpić. Harrison Okene znajdował się na głębokości 30 metrów przez prawie trzy doby. Gdyby nurkowie po prostu dali mu maskę i wyciągnęli go na powierzchnię, mężczyzna umarłby na miejscu.
Podczas wielogodzinnego pobytu pod wodą na głębokości 30 metrów, ciało Harrisona zostało poddane ciśnieniu około 3 atmosfer. W tych warunkach azot z powietrza, którym oddychał w bańce, zaczął rozpuszczać się w jego krwi i tkankach. Gdyby Okene został gwałtownie wyciągnięty na powierzchnię, spadek ciśnienia spowodowałby, że rozpuszczony we krwi azot błyskawicznie zamieniłby się w pęcherzyki gazu - podobnie jak bąbelki dwutlenku węgla po gwałtownym odkręceniu butelki z gazowanym napojem.
Pęcherzyki te zablokowałyby naczynia krwionośne, prowadząc do zatorów płucnych, udaru mózgu, paraliżu i natychmiastowej śmierci mężczyzny.
Harrison musiał zostać przystosowany do oddychania mieszanką gazów dostarczaną przez nurków. Podano mu specjalny kask nurkowy z ciągłym dopływem gazów, aby powoli oczyścić jego organizm z nadmiaru dwutlenku węgla. Ponadto jego ciało było skrajnie wychłodzone. Każdy gwałtowny ruch mógł wywołać szok termiczny i zatrzymanie akcji serca.
Nurkowie przetransportowali Okene z wraku do specjalnego dzwonu nurkowego, który utrzymywał wysokie ciśnienie panujące na dnie. Dzwon ten został następnie wciągnięty na pokład statku ratowniczego i połączony bezpośrednio z komorą dekompresyjną.
Harrison spędził w komorze dekompresyjnej kolejne 60 godzin, czyli dokładnie tyle samo, ile trwał jego dramat na dnie oceanu Ciśnienie wewnątrz komory było stopniowo i bardzo powoli obniżane do poziomu atmosferycznego, pozwalając uwięzionemu w jego tkankach azotowi na bezpieczne i bezobjawowe opuszczenie organizmu.
Dopiero po tym czasie mógł bezpiecznie wyjść na świeże powietrze.
Miał koszmary i bał się wody. Od kucharza do nurka głębinowego
Przeżycie tak traumatycznego wypadku pozostawia głębokie blizny na psychice. Przez wiele miesięcy po ocaleniu Harrison zmagał się z ciężkim zespołem stresu pourazowego (PTSD). Cierpiał na nawracające nocne koszmary. Budził się z krzykiem, przekonany, że jego łóżko zapada się pod wodę, a on sam znowu tonie. Był pewien, że już nigdy więcej nie zbliży się do oceanu. Zatrudnił się jako kucharz na lądzie, a trauma nie dawała o sobie zapomnieć.
Po pewnym czasie Harrison podjął decyzję, która zszokowała jego rodzinę i przyjaciół. Postanowił stawić czoła swojemu największemu lękowi w bezpośredni sposób. Zamiast uciekać przed oceanem - postanowił wejść w jego głąb.
W 2015 roku Harrison Okene zapisał się na profesjonalny kurs nurkowania. Przeszedł rygorystyczne szkolenie i uzyskał oficjalny certyfikat IMCA Class 2 Commercial Air Diver. Stał się licencjonowanym nurkiem zawodowym i podjął się pracy na otwartych wodach.
Co niezwykle symboliczne, Harrison podjął pracę w tej samej branży, a nawet współpracował z ludźmi powiązanymi z firmą, która go uratowała.
Do dziś bierze udział w podwodnych naprawach i operacjach poszukiwawczo-ratowniczych.
