Tego porównania nie da się uniknąć. Pozornie odpowiedź jest jasna. "Troja" Petersena jest osadzona w klimacie "Iliady", ale czerpie z niej raczej pewne pomysły fabularne niż całą historię od A do Z. Prawdziwa "Iliada" obejmuje niecałe dwa miesiące dziesiątego roku wojny i kończy się nie upadkiem Troi, a pogrzebem Hektora. Film z kolei kompresuje dekadę oblężenia do kilku tygodni i zawiera oczywiście koronną scenę z koniem trojańskim, która w "Iliadzie" w ogóle nie występuje, a w homeryckiej "Odysei" pojawia się jako wspomnienie. Ten wątek rozwinięto dopiero później, między innymi w "Eneidzie" Wergiliusza i "Posthomerice" Kwintusa ze Smyrny.
Bez litości dla faktów i mitów
Nie dość tego, Petersen "poprawił" Homera, a także ogólnie cały epos będący mieszanką mitologii i historycznego prawdopodobieństwa o bliżej nieokreślonej prawdziwości. U Homera król Sparty Menelaos przeżywa wojnę i wraca do domu wraz z Heleną. Zobaczymy go w "Odysei" jako groźnego, łysego faceta z brodą, z którym zaprzyjaźnia się syn Odysa, Telemach. W "Troi" Menelaos ginie z rąk Hektora, co jest najbardziej dobitnym dowodem na to, że filmów tych nie wolno traktować jako ciągłości, części, nawiązania czy sequela i prequela.
Podobnie jest z Agamemnonem, który w filmie Nolana ginie tak, jak starożytni przykazali - zabity przez własną żonę Klitajmestrę. W "Troi" zabija go odebrana Achillesowi niewolnica Bryzejda podczas upadku miasta. To tylko dwa najbardziej spektakularne przykłady działalności scenarzysty Davida Benioffa - tego samego faceta, który kilka lat później masakrował historię średniowiecza i średniowieczne realia w "Grze o tron". Człowieka, który nie ma litości ani dla mitów, ani dla faktów.
Na tym tle podróż Odyseusza z filmu Nolana jest całkiem zgodna z literackim pierwowzorem. Znika, owszem, kilka ważnych wątków-toposów, jak choćby spotkanie z Eolem, władcą wiatrów, ale - szczególnie na tle "Troi" - wszystko wydawałoby się względnie wiernie podane. Tylko pojawia się jedno "ale". Czy to na pewno ten sam Odyseusz?


Kozetka pana Nolana
Odyseusz był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa. Zapoznałem się z nim początkowo oczywiście nie z heksametrów Homera, a z jakiegoś przedwojennego bodajże bryku dla leniwych uczniów, który był w moim domu. Wszystko było ujęte w skrajnie prosty sposób, ale biegło po kolei, tak jak w oryginale, który przeczytałem dopiero w liceum. Ale Odyseusz tu i tu był taki sam. Cwaniak nad cwaniaki. I wcale nie zawsze taki szlachetny - dość próżny, egoistyczny, momentami okrutny. Bardzo ludzki. Sprawdziłby się w polskiej polityce.
Ale przede wszystkim: sprytny. Pan Zagłoba, Tomek Sawyer i MacGyver w jednym. Taki, którego nie ogra żaden inny przechera, a któremu nawet bogowie i ich rozmaite, z reguły dość straszne potomstwo o nieustalonym statusie ontologicznym, nie są w stanie sprostać. Tylko on zna swój plan, inni znają go na tyle, na ile potrzeba. Iluż ludzi polityki, biznesu, podróżników, awanturników, a może i co bardziej obrotnych świętych musiała uformować ta postać przez ostatnie trzy tysiące lat! Uwzględnijmy w końcu, że historia ta była opowiadana prawdopodobnie długo przed tym, zanim Homer (o ile istniał) ją spisał. Ale zdecydowanie nie uformowała ona Odysa Nolana.
Odyseusz Nolana to postać "pogłębiona". Zgodnie z trendem - pogłębiona w duchu naszych czasów. W duchu choćby niedawnej "Diuny" Denisa Villeneuve'a zupełnie innej niż książka Franka Herberta i dawny film Davida Lyncha. Tamten świat był tak dziwny i nierealny, że trudno go było pojąć. Tu główny bohater w swoim alternatywnym, dalekim kosmicznym świecie dociera do czegoś w rodzaju muzułmańskiej wspólnoty pasztuńskiej, w której brakuje tylko kałasznikowów i sierżanta Nicholasa Brody'ego z pierwszych sezonów serialu "Homeland".
Marsjanin byłby lepszy
W przypadku Odyseusza Nolana dzielnego cwaniaka i króla forteli też zastąpił weteran wojenny z ewidentnym PTSD. Facet zachowuje się, jakby właśnie wrócił z Iraku lub Afganistanu - niby słuszna wojna, obowiązek wypełniony, ale pełno traum i ponurych refleksji. To wisi nad całym filmem. Nawet genialny trik Odyseusza, który w książce służył bezczelnej próżności (chciał być pierwszym śmiertelnikiem, który bezkarnie posłucha syreniego śpiewu), tutaj zamienia się w kozetkę ponurego psychoterapeuty.
Matt Damon gra postać ciekawą, dramatyczną, niezapomnianą i tragiczną. Ale z homeryckim Odyseuszem miał więcej wspólnego w roli zaradnego "Marsjanina" w filmie Ridleya Scotta.
Śmiem twierdzić, że to najważniejsza różnica przemawiająca na korzyść "Troi" Wolfganga Petersena i tamtejszego głównego bohatera, czyli Achillesa granego przez Brada Pitta. Trudnego gościa, dzielnego i rycerskiego, ale też porywczego i mającego świadomość swojej półboskiej inności oraz ciążącego na nim przekleństwa. Równocześnie Petersen i Pitt potrafili pokazać to obrazami, czynami i emocjami, a nie voice-overami czy myślami bohatera, relacjonującymi jego nieustanne intelektualno-moralne "rozkminy". To jest właśnie domena wielkiej literatury i wielkiego kina. Kiedy Ferdek Kiepski rozwala się w fotelu, to ani Walduś, ani Halinka nie muszą mówić: "aleś się ojciec rozwalił w tym fotelu". Ferdek robi to tak, że wiadomo, o co chodzi.
Mówiąc krótko: Achilles w "Troi" jest bardziej achillesowy niż Odyseusz w "Odysei" - odyseuszowy.
Testosteron zamiast diagnozy
Dynamika Achillesa i całego filmu. Tempo i jakość walk. Chaos wojny i straszność morza, w której ukazywaniu Petersen był niedościgłym mistrzem. Testosteron, męstwo, a nie diagnoza męstwa. To wielkie przewagi "Troi", które sprawiają, że jest to do dziś genialne widowisko, które można by zaliczyć do nurtu "historical fantasy". Nolan zrobił film głębszy, ale czy na pewno jego psychologiczno-pacyfistyczne przesłanie jest bliższe oryginałowi? Zdecydowanie nie. I to pomimo faktu, że "Odyseja" zawiera mniejszą liczbę drastycznych niezgodności z pierwowzorem niż "Troja".
Bo twórcy "Troi" nie pieścili się nie tylko z mitologią. W ostatnią podróż Hektor wyrusza z monetami na oczach. Pierwsze pieniądze w Europie pojawiły się najprawdopodobniej w Lidii, państwie słynnego króla Krezusa i jego ojca, wiek, dwa po Homerze. Grecy zaczęli je kłaść na oczach zmarłych po kolejnym wieku, dwóch. Powszechne żelazne zbroje i miecze w epoce brązu, strzemiona przy koniach... złośliwcy wypatrzyli nawet południowoamerykańskich lam (film kręcono m.in. w Meksyku). Pełno tego.
Zawodowcy znajdą sporo nieścisłości zapewne i w "Odysei". Mity mitami, ale to jednak świat końca drugiego tysiąclecia przed naszą erą, kiedy faktycznie którąś z licznych Troi (powstawały jedna po drugiej w dzisiejszej Turcji) zdobyto i zburzono. Niemniej tutaj te sprawy są zdecydowanie lepiej zaopiekowane. Pojawiają się Ludy Morza - autentyczny, główny militarny problem końca epoki brązu. A Odyseusz nawet mruży do nas oko, choć w swoim ponurym stylu, mówiąc: "dobiega końca nasza epoka brązu". Tak naprawdę, by tak powiedzieć, musiałby zapoznać się z dorobkiem o 3 tysiące lat późniejszej systematyki archeologicznej.
Sam Nolan twardo stawia czoła krytykom - aptekarzom, co Petersenowi by się nawet nie śniło: - Nolan, tłumacząc się z zarzutów dotyczących nierealności zbroi Agamemnona, powołuje się na stosowaną w okresie mykeńskim technikę niello (stop siarczków metali - najczęściej srebra, miedzi, ołowiu i cyny), która mogła tworzyć efekt matowej czerni. Reżyser zapomina jednak, że znamy jedynie parę przedmiotów, co do których istnieją tylko przypuszczenia, że zostały wykonane tą metodą - pisze polski historyk Michał Baranowski w kapitalnym eseju "Jak uzbroić bohatera" na temat homeryckiego uzbrojenia towarzyszącym najnowszemu wydaniu "Odysei".
Serce czy rozum?
Przewagą "Odysei" - i to poważną - jest to, że Nolan ostrożnie, ale jednak, nie uciekł przed jednym z głównych elementów eposów homeryckich: obecnością bogów. U Petersena po prostu ich nie ma. Ot, wielka polityka, walka o szlaki handlowe, jak w naszych czasach. Agamemnon to tylko Trump walczący o dostęp do cieśniny Ormuz albo admirał Nelson blokujący Francuzów. Właściwie nie bardzo wiadomo, skąd w sytuacji tego ogólnego materializmu przedstawionego świata Achilles ma wiedzę o swoim błogosławieństwie-przekleństwie. Przecież nie od lekarza rodzinnego.
To zresztą tendencja. Historię powrotu do Itaki całkowicie odarł z wszelkiego co nadprzyrodzone, zamieniając ją w realistyczny dramat psychologiczny, Uberto Pasolini (siostrzeniec Luchina Viscontiego) w europejskim filmie sprzed dwóch lat "Powrót Odyseusza". To film kameralny, ale ciekawy, tylko czy to jeszcze Odyseusz?
Eposy Homera bazuje na mitologii. Bez bóstw mitologia jest jak książka kucharska bez potraw. Świat Homera był światem pełnym bogów. Szwendają się oni między bohaterami, pomagają im lub przeszkadzają, rozmawiają, czasem kłócą się między sobą. To słynne, dawne, cudowne czasy, kiedy bogowie i herosi byli wśród ludzi. Na tym zapewne w dużym stopniu polegała atrakcyjność tego dzieła.
Nolan postarał się tu bardziej. Nie trafiamy na komputerowe bóstwa (i może dobrze, bo zrobiłoby się z tego "Avengers" czy inny Marvel), ale reżyser poszedł podobną drogą, choć nie tak radykalnie. Boskość manifestuje się przez sztormy obrażonego Posejdona, a także przez wszystkie spokrewnione z bóstwami, mało sympatyczne postacie w rodzaju Cyklopa. Atena (w tej roli Zendaya) - do końca nie wiadomo, czy jest boginią, czy fragmentem traumy wojennej. Wszystko to jest, można by rzec, bardzo subtelne, tak jak muzyka Ludwiga Göranssona oparta na surowych, brązowych gongach i lirze. Ale jednak jest.
Wszystko więc u Nolana zostało bardzo mocno dopracowane. A z drugiej strony? W "Troi"? Bezwstydna, ahistoryczna gra naszymi emocjami zamiast psychoanalizy. Achilles krzyczący nad ciałem Patroklosa, Parys strzelający z łuku w piętę wielkiego wojownika, pojedynek Achillesa z Hektorem na równinie przed bramami Troi, Priam błagający o ciało syna. Emocje, których pamięć zostaje z nami na zawsze. Całkiem tak, jak było ze słuchaczami Homera - o ile on i oni w ogóle istnieli.
