Krew na ścianach, martwe szczury, kolacje z hollywoodzkimi gwiazdami i modlitwy egzorcystów pod murami galerii. Kobieta jednych zachwyca jako geniusz, a innych przeraża jako "czarownica" z paktem z diabłem w kieszeni. Marina Abramović od pół wieku udowadnia, że w świecie sztuki nie ma granic, których nie dałoby się przekroczyć. Jedni widzą w niej mistyczkę, która za pomocą bólu oczyszcza ludzkość, inni - groźną okultystkę. Wszystko zaczęło się w Neapolu.
Horror w Neapolu. Marina przestała być człowiekiem - stała się gwiazdą
Abramović nie tworzy dla piękna. Jej sztuka to brutalne, fizyczne doświadczenie. Już w 1974 roku w Neapolu przedstawiła "Rytm 0" - performans, który na zawsze zmienił postrzeganie relacji artysta-publiczność.
Wszystko zaczęło się od siedemdziesięciu dwóch przedmiotów. W 1974 roku, w dusznych salach neapolitańskiej galerii Studio Morra, dwudziestoośmioletnia Marina Abramović rzuciła światu wyzwanie, które do dziś uważa się za najbardziej przerażający eksperyment socjologiczny w historii sztuki. Na stole leżały róże, miód i wino, ale obok nich spoczywały noże, żyletki, bicz i - co najbardziej makabryczne - naładowany pistolet.
Instrukcja była krótka: "Jestem przedmiotem. Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co zrobicie mi w ciągu sześciu godzin".
To, co działo się przez pierwsze minuty, było niewinnym badaniem granic. Ktoś ją pocałował, ktoś inny przypiął kwiatek do sukienki. Jednak gdy tłum poczuł, że "przedmiot" nie reaguje, w galerii obudziły się pierwotne instynkty. Ludzie zaczęli ciąć jej ubrania. Ktoś naciął jej skórę na szyi i pił krew. Inny uczestnik wbijał jej kolce róży w brzuch.
W finale jeden z mężczyzn przystawił jej pistolet do gardła, kładąc jej palec na spuście. Wybuchła bójka między tymi, którzy chcieli "dokończyć dzieła", a tymi, którzy próbowali ją ratować.
Kiedy zegar wybił koniec performans, a zakrwawiona Marina ruszyła w stronę publiczności, tłum rzucił się do panicznej ucieczki. Nie potrafili znieść widoku osoby, którą przed chwilą traktowali jak kawałek mięsa, a która nagle odzyskała ludzką podmiotowość.
"Nóż jest prawdziwy, krew jest prawdziwa i emocje są prawdziwe" - to zdanie stało się jej artystycznym credo.
Marina urodziła się 30 listopada 1946 roku w Belgradzie, w sercu powojennej Jugosławii. Jej rodzice, Danica i Vojin, byli bohaterami partyzantki, oddanymi komunistami, którzy po wojnie zajmowali wysokie stanowiska w rządzie marszałka Tito. Dom Abramovićów przypominał jednak bardziej koszary niż ognisko domowe. Matka Mariny, dyrektorka Muzeum Sztuki i Rewolucji, wprowadziła w domu rządy żelaznej ręki. Marina wspominała po latach, że bicie i surowa dyscyplina były na porządku dziennym.
To właśnie traumatyczne, pełne emocjonalnego chłodu dzieciństwo stało się fundamentem jej sztuki. Marina uciekała w malarstwo, ale szybko zrozumiała, że płótno to dla niej za mało. Zaczęła postrzegać własne ciało jako jedyne narzędzie, nad którym może mieć pełną kontrolę, a jednocześnie jako pole walki z bólem, który towarzyszył jej od najmłodszych lat.
W 1974 roku w Centrum Kultury w Belgradzie w performansie postanowiła skonfrontować się z przeszłością. W "Rytm 5" krążyła wokół płonącej pięcioramiennej gwiazdy, obcinała włosy i paznokcie, wrzucając je w płomień jako ofiarę.
Następnie położyła się wewnątrz płonącej gwiazdy. Dla niej był to symbol komunizmu, który ją więził, ale dla widzów wyglądało to jak rytuał. Artystka o mało nie spłonęła i nie udusiła się z braku tlenu - uratowali ją widzowie, gdy zauważyli, że nie reaguje na smagające ją języki ognia i przestała oddychać.
Marina Abramović uznała swój występ za porażkę, ale odkryła nową artystyczną ścieżkę.
"Miałam tam zostać, aż [gwiazda] spłonie, ale kiedy tam leżałam, ogień pochłonął cały tlen i zemdlałam. Nikt nie wiedział, co się dzieje, dopóki lekarz na widowni nie zauważył tego i mnie nie wyciągnął. Wtedy zdałam sobie sprawę, że tematem mojej pracy powinny być ograniczenia ciała" - wyznała w jednym z dokumentów.
Po tym doświadczeniu jeszcze w tym samym roku przedstawiła nową formę występu. "Rytm 2" polegał na zbadanie stanów nieświadomości, używając do tego środków farmakologicznych. Abramović najpierw zażyła lek przepisywany osobom cierpiącym na katatonię (stan skrajnego bezruchu). Ponieważ nie miała tego schorzenia, jej ciało zareagowało gwałtownie - doświadczyła ataków drgawek i mimowolnych skurczów mięśni.
Jej umysł pozostawał jednak w pełni przytomny, co pozwoliło jej obserwować reakcje własnego ciała z dystansu. Gdy działanie pierwszej substancji minęło, artystka zażyła lek stosowany w ciężkich stanach depresji i agresji. Efekt był odwrotny: jej ciało pozostało nieruchome, ale umysł stał się "nieobecny". Po performansie nie pamiętała tego, co działo się w tym okresie.
Potem przyszły kolejne tortury: wycinanie żyletką pentagramu na brzuchu ("Thomas Lips"), biczowanie się i leżenie na krzyżu z lodu. Marina Abramović hartowała się w ogniu i krwi, przygotowując się do roli, którą miała odegrać na globalnej scenie.
W 1975 roku w Amsterdamie Marina spotkała swoją "artystyczną kopię" - niemieckiego artystę Ulaya. Ich relacja była tak intensywna, że niemal doprowadziła do ich wzajemnej anihilacji. Przez dwanaście lat żyli w starej furgonetce, podróżując po Europie bez grosza przy duszy.
Ich sztuka była manifestem symbiozy. Związali ze sobą włosy i siedzieli tyłem do siebie przez 17 godzin. W innym performansie całowali się tak długo, wdychając nawzajem swoje wydechy, aż oboje stracili przytomność z powodu nadmiaru dwutlenku węgla. To była miłość, która porywała tłumy, ale w środku która dusiła.
Koniec nadszedł w 1988 roku w sposób najbardziej spektakularny z możliwych. Postanowili przejść Wielki Mur Chiński, idąc z dwóch różnych końców, by spotkać się w połowie i pożegnać. Marina szła od strony morza, Ulay od pustyni. Po trzech miesiącach marszu i pokonaniu tysięcy kilometrów, uścisnęli się po raz ostatni. Oficjalna wersja mówiła o artystycznym dopełnieniu.
Tabloidowa prawda była inna: Ulay zdradził Marinę z tłumaczką, która zaszła z nim w ciążę podczas tej wędrówki.
"Bardzo szybko staliśmy się wspaniałą parą artystów. Kiedy wszyscy prezentowali się jak idealny obraz, w rzeczywistości on nie był zadowolony z tej pozycji. (...) Później jego zainteresowania były inne niż moje. On doświadczał życia, sięgał po alkohol i narkotyki, a potem stał się niewierny, co było dla mnie bardzo trudne" - mówiła Marina w dokumencie "The Artist Is Present" z 2012 roku.
Ulay stwierdził jednak w tym samym dokumencie, że Marina również miała przygodę poza związkiem w tym samym czasie co on. Dla niego monogamia stała się ograniczającą go ideologią. Wyznał, że on przynajmniej nie zrobił tego z kimś, kogo oboje znali. Wegłud niego Marina miała romans z ich wspólnym przyjacielem.
"Po rozstaniu z Ulayem był to najbardziej dramatyczny moment mojego życia. Pamiętam, że napisałam w swoim pamiętniku, że miałam 40 lat, byłam gruba, brzydka i niechciana. Powiedziałam 'Boże, straciłam mężczyznę, którego kocham i straciłam pracę, ponieważ pracowaliśmy razem. Pomyślałam, że to będzie nowy początek, albo całkowicie się załamię" - wyznała.
Marina została sama, gotowa na podbój Nowego Jorku.
Po latach niespodziewanie spotkali się ponownie 14 marca 2010 roku podczas jej przełomowego performansu "The Artist Is Present" w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA).
Abramović godzinami siedziała w milczeniu, nawiązując jedynie kontakt wzrokowy z kolejnymi osobami, które siadały naprzeciwko. Zasady były surowe: brak słów, wyrazów twarzy czy dotyku. Kiedy jednak podniosła wzrok i zobaczyła Ulaya, jej opanowanie pękło.
Ulay pojawił się w kolejce bez zapowiedzi. Kiedy zajął miejsce przy stole, Abramović najpierw z niedowierzaniem podniosła na niego wzrok, a następnie uśmiechnęła się i sięgnęła przez stół, by wziąć go za ręce. Ten gest - dotyk i łzy - były bezprecedensowym odejściem od reguł, które artystka narzuciła sobie i tysiącom innych uczestników. Publiczność nagrodziła ten moment owacjami. Ulay zmarł w 2020 roku w wieku 76 lat.
Lata 90. i początek XXI wieku to czas, w którym Marina Abramović przestała być niszową artystką, a stała się marką. W 1997 roku zdobyła Złotego Lwa w Wenecji za "Bałkański Barok", gdzie przez cztery dni szorowała tysiące zakrwawionych, gnijących kości bydła, płacząc i śpiewając pieśni ze swojej ojczyzny. Odór padliny był tak silny, że ludzie uciekali z pawilonu, ale krytycy byli zachwyceni.
Jednak prawdziwa kontrowersja, która niemal zniszczyła jej karierę, wybuchła w 2016 roku. Wyciek e-maili Johna Podesty (szefa kampanii Hillary Clinton) ujawnił zaproszenie na kolację. Internet zapłonął.
Dla środowisk alt-right i teoretyków spiskowych stało się to dowodem na istnienie satanistycznego, pedofilskiego seks-kultu wśród demokratycznej elity powiązanej z Demokratami i Hollywood, którzy, piją krew i uprawiają kanibalizm.
"Spirit Cooking" w wydaniu Mariny to performans z lat 90., w którym pisała na ścianach krwią przepisy typu: "Zmieszaj świeże mleko kobiece ze świeżym nasieniem". Dla artystki to poezja i metafora, dla milionów ludzi - dowód na pakt z diabłem. Marina do dziś otrzymuje groźby śmierci.
Gdy Microsoft w 2020 roku wypuścił reklamę z jej udziałem, firma musiała ją usunąć pod presją tysięcy protestów. "Boję się, że jakiś obłąkaniec z pistoletem przyjdzie i mnie zastrzeli, bo myśli, że jestem satanistką" - mówiła.
Czy Marina rzeczywiście czci demony? Ona sama twierdzi, że jest tylko lustrem, w którym odbijają się lęki społeczeństwa.
Mimz (lub dzięki) kontrowersji, Abramović to dziś ikona popkultury. Podczas jej legendarnego performansu "The Artist Is Present" w nowojorskim MoMA (2010) naprzeciw niej zasiadali celebryci tacy jak Sharon Stone, Björk czy Lady Gaga. Ta ostatnia chętnie przyznaje się do inspiracji jej twórczością.
W 2019 roku Marina Abramović przyjechała do Polski z wystawą "The Cleaner". To, co wydarzyło się w Toruniu, przeszło do historii. Pod Centrum Sztuki Współczesnej codziennie gromadziły się tłumy wiernych. Odmawiano "różaniec egzorcyzmujący", a Krucjata Różańcowa za Ojczyznę ogłosiła wystawę "atakiem na chrześcijańskie fundamenty narodu".
Ministerstwo Kultury wstrzymało finansowanie wystawy (mowa o setkach tysięcy złotych), a w mediach katolickich pojawiały się nagłówki o "służebnicy szatana". Marina była zdumiona. Toruń stał się jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie jej sztuka spotkała się z tak potężnym oporem natury religijnej. Paradoksalnie, protesty tylko napędziły frekwencję - każdy chciał zobaczyć kobietę, przed którą ostrzegali księża.
Podczas gdy jedni modlili się na zewnątrz, wewnątrz galerii rozgrywał się inny, bardziej przyziemny protest. Dotyczył on warunków pracy performerów angażowanych do odtwarzania historycznych działań Abramović.
Na kilka tygodni przed otwarciem ponad stu artystów, performerów i naukowców podpisało list otwarty do Abramović. Zarzucali instytucji oferowanie "wynagrodzenia quasi-niewolniczego". Stawki wynosiły 25 euro za godzinę dla krótszych i 40 euro dla dłuższych re-performansów, co było znacząco poniżej średniej rynkowej w Polsce, nawet jak na 2019 rok.
Dziś Marina Abramović ma 79 lat i status niemal religijnej przywódczyni. Nie musi już ciąć swojego ciała. Teraz tnie psychikę innych.
W styczniu 2026 roku artystka była sensacją Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, który skupił się na temacie zakupu Grenlandii przez Stany Zjednoczone.
Jej najnowszy projekt, "THE BUS" (stuningowany amerykański autobus szkolny), stał się miejscem pielgrzymek światowych liderów i miliarderów.
Co działo się w środku? Marina zamknęła tam najpotężniejszych ludzi świata, odebrała im telefony i kazała im przez wiele godzin liczyć ziarna ryżu, patrzeć w oczy nieznajomym lub gapić się w kolorowe ściany. To jej autorska metoda "oczyszczania cyfrowego". Widok prezesów wielkich banków i polityków, którzy posłusznie wykonują polecenia "babci performansu", był uderzający.
Mimo to, nad Mariną wciąż wiszą ciemne chmury. Sprawa jej instytutu MAI, na który zebrała ponad 660 tysięcy dolarów na Kickstarterze, a który nigdy nie powstał w zapowiadanej formie, wciąż budzi pytania o gospodarność i uczciwość wobec darczyńców.
Marina Abramović udowodniła, że sztuka może być aktem przetrwania, terapią, prowokacją i modlitwą jednocześnie. Jej performanse to nie tylko szokujące spektakle, ale głębokie, filozoficzne pytania o to, kim jesteśmy, gdy obedrze się człowieka ze wszystkiego. I choć ma już niemal 80 lat, wciąż nie zamierza zejść ze sceny.