Magnifica humanitas (wspaniałe człowieczeństwo). O trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji - taki tytuł nosi pierwsza, debiutancka encyklika Leona XIV. Encyklika to dokument najwyższej rangi, w którym papież przedstawia pogląd Kościoła (i swój) na sprawy wiary, społeczeństwa, ekonomii i polityki. Wyżej stoją tylko dokumenty Soborowe i konstytucje apostolskie.
Premiery encyklik rozgrzewają debatę publiczną. Widać to była zwłaszcza w trakcie poprzedniego pontyfikatu - epoki papieża Franciszka. Liberalna część debaty publicznej wyczekiwała, czy papież powie coś, co zmieni "konserwatywne" oblicze Kościoła na bardziej "postępowe".
Konserwatywna strona z kolei drżała o to, czy papież przypadkiem nie powie czegoś "lewackiego", nie zmieni nauki Kościoła etc. Tym bardziej że papież w swoich dokumentach poruszał kwestie światopoglądowo polaryzujące - migrację czy też ekologię.
Pierwsza encyklika Leona zapowiadana była - i w dużej mierze rzeczywiście o tym traktuje - jako poświęcona stosunkowi Kościoła Katolickiego wobec rewolucji AI. Temat, który "grzeje". Jednak sama nośność tematu, nie jest w stanie wyjaśnić faktu, że wypowiedź "zastępcy Głowy Kościoła na ziemi" komentuje i traktuje poważnie, chociażby zadeklarowana ateistka Sylwia Czubkowska, autorka skądinąd znakomitej książki Bógtechy.
Zachód więc pomimo walca sekularyzacji, jaki przetoczył się ze szczególnym nasileniem w II połowie XX wieku, pomimo kompromitacji autorytetu duchowieństwa w związku z skandalami pedofilskimi, wciąż traktuje Ojca świętego jako autorytet. Dlaczego tak się dzieje - to pewnie pytanie do psychoanalityków, socjologów czy antropologów.
Ja w tym tekście chciałbym skupić się na czymś innym - na pokazaniu, że sięganie do nauki Kościoła pozwoli nam lepiej zrozumieć samych siebie. Nie mamy bowiem świadomości, jak bardzo wiele nasza kultura i polityka zawdzięcza chrześcijaństwu.
Dlaczego Kościół wtrąca się do polityki
Nim jednak odpowiem na powyższe pytania, postawię inne: dlaczego Kościół wtrąca się do polityki? Dlaczego komentuje sprawy społeczne i przemiany cywilizacyjne? Jest to pytanie, które może niektórym się narzucać.
Wszakże Kościół jest organizacją religijną. Jego działalność ogniskuje się wokół konkretnej wiary, praktyk duchowo-religijnych, które - jak się wydaje - nie muszą mieć wiele wspólnego z polityką czy sprawami publicznymi. Kościół - powiedzą niektórzy - powinien ograniczyć się do zarządzania praktykami duchowymi swoich wiernych.
To jednak z perspektywy Kościoła jest niemożliwe. Kościół od początku jest organizacją misyjną. "Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!" - do tego wzywał swoich uczniów Jezus z Nazaretu, założyciel Kościoła.
Celem Kościoła katolickiego jest doprowadzenie ludzi do zbawienia. Zbawienie nie jest zaś - jak myśli się o tym powszechnie - nagrodą, którą po śmierci mają otrzymać Ci, którzy byli dobrzy. Zbawienie jest wewnętrznym stanem człowieka, jego moralną przemianą.
Na to zaś warunki społeczne mają jak najbardziej wpływ. Bieda, uwłaczające godności warunki pracy, zarobki poniżej możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, system ekonomiczny nastawiony na zysk i promujący egoizm - to wszystko może degradować człowieka, a więc w skutek tego narażać zbawienie na szwank.
Nie oznacza to jednak, że Kościół zamierza używać polityki jako narzędzia promocji swojej wizji człowieczeństwa. Jak pisze sam papież w najnowszej encyklice: "Kościół uznaje wartość rzeczywistości społecznych i politycznych oraz szanuje ich własną odpowiedzialność, wspierając wszystko to, co chroni życie osób i umacnia fundamenty tkanki społecznej.
Nie rości sobie on pretensji do przejmowania funkcji należnych państwu; przeciwnie, ceni jego służbę dobru wspólnemu i z przekonaniem uznaje odpowiedzialność, którą instytucje cywilne sprawują w społeczeństwie.
Zarazem jednak misja powierzona Kościołowi nie pozwala mu pozostawać z dala od konkretnych cierpień mężczyzn i kobiet naszych czasów. Jego bliskość nie rodzi się z zamiaru wyręczania instytucji ani tym bardziej z ukrytej krytyki ich działania, lecz z ewangelicznej miłości, która przynagla go, by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością.
Kiedy Kościół interweniuje, czyni to na wzór miłosiernego Samarytanina - z dyskrecją i bliskością - świadom, że to, co rodzi się z bezpośredniej konieczności, nie może stać się normą ani zastąpić instytucjonalnej odpowiedzialności właściwej wspólnocie obywatelskiej".
Zatem nie chodzi tu o narzucanie jakiejś konkretnej wizji religijnej czy też obrony materialno-politycznych interesów instytucji jaką jest Kościół. Chodzi o obronę człowieka - o to, żeby warunki materialne, kulturowe i społeczne dawały mu możliwość do jego integralnego rozwoju.
Kościół wzywa, by człowiek nie był traktowany jako środek do celu, narzędzie zysku etc. To jest bowiem fundament, by człowiek się rozwijał, a więc także - z perspektywy duchowej już - mógł duchowo wzrastać dążąc do celu, jakim jest zbawienie.
Nasza wizja człowieka ma swe źródło w chrześcijaństwie
Wizja człowieka, którą ramach cywilizacji zachodniej podzielamy - koncepcja równej godności wszystkich niezależnie od płci, rasy, statusu majątkowego, konieczność troski o słabszych; wolność sumienia; zniesienie niewolnictwa - ma swoje źródło w chrześcijaństwie.
Papież Leon, upominając się w encyklice o godność osoby i odwołując się do wartości, które podziela zarówno chrześcijanin jak i ateistyczny mieszkaniec Zachodu, mówi o wartościach, które do naszej cywilizacji wniósł właśnie Kościół.
Ktoś jednak mógłby w tym momencie powiedzieć: "Hola, hola. Przecież idee demokracji czy prawa otrzymaliśmy w spadku kultury starożytnego Rzymu i starożytnej Grecji. Te zaś kraje były przez większość swej historii pogańskie. Czy więc nie większości wartości, na których budujemy naszą demokrację, nie wzięliśmy właśnie od Greków i Rzymian?"
Otóż nie. Jak zwraca uwagę brytyjski historyk Tom Holland w swej znakomitej książce Boże władztwo. Jak chrześcijański przewrót zmienił oblicze świata, ustroje polityczne Grecji i Rzymu były silnie zhierarchizowane i zupełnie nieegalitarne. Obywatelami w znaczeniu antycznym byli wolni mężczyźni - a więc tacy, którzy posiadali majątek. System ten sankcjonował niewolnictwo i wykluczał z życia publicznego kobiety.
Kultura ta nie znała również pojęcia osoby z jej niezbywalną godnością. Nie znała także imperatywu troski o słabszych. Urodziłeś się mocny i bogaty - los dany przez bogów. Urodziłeś się kaleką, biedakiem i niewolnikiem - los dany przez bogów. Nie zasługujesz na litość.
To dopiero wejście w ten świat chrześcijaństwa zrewolucjonizowało myślenie o człowieku i społeczeństwie. Koncept osoby jako niepowtarzalnego indywiduum ma swoje korzenie w biblijnej koncepcji stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boże z jednej strony, z drugiej zaś - w sporach teologicznych wokół rozumienia Trójcy Świętej (to w kontekście tego drugiego właśnie udało się wypracować pojęcie osoby, które stało się fundamentem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ z 1948 jak i absolutną podstawą współczesnych systemów politycznych).
Jeżeli każda osoba ma niezbywalną godność, to również i ta słaba - niewolnik, kaleka, biedak. "Byłem głodny, a daliście mi jeść [...] Wszystko, co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, mnieście uczynili" - głosił Jezus z Nazaretu.
To jak to przesłanie "przeorało" wyobrażenia starożytnych na temat rzeczywistości, dość dobrze obrazuje przytaczana przez Hollanda w Bożym władztwie opowieść na temat Juliana Apostaty - bratanka słynnego cesarza Konstantyna Wielkiego. Gdy Julian został cesarzem, postanowił - wbrew swoim poprzednikom - zerwać z chrześcijaństwem i powrócić do pogaństwa.
Jako przyczynę tego, dlaczego pogańska religia rzymska traci na znaczeniu, Julian zidentyfikował "złe prowadzenie się" pogańskich kapłanów. Co miał na myśli? Między innymi to, że ci nie troszczyli się o biednych mieszkających w miejscach, w których były położone pogańskie świątynie.
Cesarz napisał więc list do kapłanów zawiadujących jedną z ważniejszych świątyń pogańskiej w Azji Mniejszej, w którym wzywał do zmiany postępowania i zajęcia się sprawą ubogich. Jak opisuje Holland, nie spotkało się to ze zrozumieniem kapłanów.
Troska o słabych była bowiem dla nich czymś obcym i abstrakcyjnym. "Przecież nasi bogowie nie interesują się biednymi!". W greckiej wyobraźni religijnej o położeniu społecznym decydował los - nie było żadnego uzasadnienia dla tego, co dziś określamy jako "sprawiedliwość społeczną", "troskę" i "miłosierdzie". Julian Apostata walcząc z chrześcijaństwem był już więc nieodwołalnie zainfekowany myśleniem chrześcijańskim, choć nie był tego nawet świadomy.
Podobnie stało się z prawami kobiet i niewolnictwem "Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie" - pisał św. Paweł w liście do Galatów.
I choć - jak dobrze wiemy - ten głoszony przez św. Pawła egalitaryzm nie od razu został "przetłumaczony" na język praw i praktykę społeczną, to Holland w nim upatruje źródła współczesnej równości. To z chrześcijaństwa wyprowadzono krytykę ciągle praktykowanej praktyki niewolnictwa - która potępiał radykalnie św. Grzegorz z Nyssy, jeden z wybitniejszych starożytnych teologów. Przesłanie św. Pawła było jak ziarno rzucone w glebę, które kiełkowało aż w końcu wydało swój owoc.
Podobnie jest także z nowożytną nauką. Również ona ma swoje źródło w chrześcijaństwie. Wyznawcy Chrystusa od początku mieli przekonanie, że Bóg jest racjonalny, zaś świat ma wpisane w siebie rozumowo poznawalna prawa nadane mu przez Stwórcę.
Nawet sprawa Galileusza było sporem w rodzinie. Jak czytamy w Bożym władztwie, kardynał Robert Bellarmin - przewodniczący ówczesnej inkwizycji - nie wykluczał prawdziwości tez uczonego. Miał raczej problem z tym, że Galileusz swoją hipotezę głosił jako pewną - choć na tamten moment nie miał na to 100% dowodów naukowych - oraz z dość swobodnym podejściem do autorytetu papieża, co w dobie rewolucji protestanckiej było przez Rzym nie do zaakceptowania.
Spór z Galileuszem należy więc traktować jako spór w rodzinie, a nie jako konflikt pomiędzy irracjonalną organizacją religijną, a nowożytną nauką. "Czerpiąc z tego owocnego dialogu między Ewangelią a ludzką wiedzą, Kościół stopniowo pogłębiał swoją naukę społeczną, kształtując z biegiem czasu dziedzictwo mądrości odznaczające się teologiczną i antropologiczną spójnością, zakorzenioną w chrześcijańskiej wizji osoby" - pisze Leon XIV w Magnifica humanitas.
Holland podsumowując wpływ chrześcijaństwa na naszą kulturę stawia dość radykalną tezę, że większość naszych sporów politycznych dziś jest de facto sporem w rodzinie. Konserwatyści i współczesna lewica w sporze o kwestię praw mniejszości, o tzw. politykę tożsamości, o aborcję etc. wychodzą z tego samego korzenia - przekonania o niezbywalnej godności osoby, które przyniosło chrześcijaństwo.
Różnice tkwią w sposobie interpretacji rozumienia tych pojęć. W tym sensie - zdaniem Hollanda - wszyscy jesteśmy chrześcijanami. I to niezależnie czy podzielamy religijną wizję chrześcijaństwa, czy nie.
Czy chrześcijaństwo wróci do gry?
Współczesna kultura Zachodu cierpi na narracyjną pustkę. Polaryzacja polityczna objawia chyba w sposób najbardziej dotkliwy, do czego prowadzi brak wspólnej opowieści o świecie. Nie da się uprawiać wielkiej polityki bez wspólnych fundamentów, bez - przynajmniej na bazowym poziomie - wspólnej wizji tego, co to znaczy dobre życie i dobrze ułożone społeczeństwo.
Gdzie więc dziś szukać takiej opowieści? Czy mamy dziś coś lepszego w zanadrzu niż źródłowa dla naszej kultury wizję chrześcijańską? Jak twierdzi filozof i eseista Tomasz Stawiszyński, na dzień dzisiejszy, nic lepszego nie posiadamy: "Chrześcijaństwo jawi się jako najbardziej kompletna, najbardziej rozbudowana spośród dostępnych dzisiaj odpowiedź na nieodłączny tragizm ludzkiego życia [...], jest odpowiedzią na tragizm, ale odpowiedzią, która tragizmu nie pudruje, nie odkształca, nie obiecuje, że się tu i teraz uda go zniwelować. Jest odpowiedzią, która nie tylko nie unieważnia pytania, lecz przeciwnie - podkreśla jego adekwatność" - pisał Stawiszyński w Powrocie fatum.
Gdzieniegdzie widać pewne przesłanki tego, że sekularyzacja nie jest jednokierunkowa. Richard Dawkins - jeden z najbardziej znanych antyteistów na świecie - złagodził swoje stanowisko. Wyraża teraz publiczny żal z powodu upadku chrześcijaństwa i sam określa siebie jako "kulturowy chrześcijanin".
Mette Frederiksen, premier Danii i ulubienica europejskiej lewicy, mówiła w przemówieniu w zeszłym roku o potrzebie "dozbrojenia", które jest "równie ważne [jak militarne]. To dozbrojenie duchowe." Wspomniała nawet, że Kościół oferuje "naturalną wspólnotę i narodowe zakorzenienie." Jeszcze niedawno taka wypowiedź skandynawskiego socjaldemokraty byłaby nie do pomyślenia.
We Francji z roku na rok obserwujemy coraz większą liczbę osób przyjmujących - jako dorośli chrzest. Oczywiście ciężko mówić tu o jakimś radykalnym powrocie chrześcijaństwa na Zachodzie. Zresztą nie o to chodziło mi w tym tekście, żeby taką tezę udowodnić.
To, na czym mi zależało, to pokazanie, że czytanie encyklik papieskich może nam dawać lepsze zrozumienie nas samych. Zaproponować nieco bardziej afirmatywne podejście do naszych tradycji religijnych, bez których - pomimo wielu zakrętów i moralnie złych momentów - nie byłoby w naszej kulturze, z czego jako Zachód możemy być naprawdę dumni. I co ważniejsze, ciągle możemy z niej bardzo wiele czerpać.