Reklama

Piętnastego marca Sean Penn dołączył do elitarnego grona artystów, mających na koncie trzy aktorskie Oscary za rolę męską. Ten zacny klub tworzą: Jack Nicholson, Daniel Day-Lewis, nieco zapomniany Walter Brennan i właśnie Penn. Uhonorowany za brawurową kreację pułkownika Stevena J. Lockjawa w "Jednej bitwie po drugiej" aktor, nie pojawił się jednak, by odebrać złotą statuetkę na oscarowej gali.

Tę nieobecność fani Seana Penna na całym świecie uznali za usprawiedliwioną. Już następnego dnia okazało się bowiem, że w tym czasie był z wizytą w Ukrainie. W chwili gdy w Los Angeles, na scenie Dolby Theatre przyznawano Oscara za "Najlepszą rolę drugoplanową", jej zdobywca znajdował się na linii frontu, w obwodzie donieckim. Stamtąd udał się na spotkanie z prezydentem Ukrainy,  Wołodymyrem Zełenskim.

Reklama

- Wstydzę się za mój kraj, który nie zapewnił wam wsparcia, na jakie zasługujecie - powiedział podczas spotkania z żołnierzami ukraińskiej armii. Krytykując politykę obecnej administracji amerykańskiej, podziękował im "za postawę wobec rosyjskiej agresji", zaznaczając, że walka toczona przez nich "nie jest jedynie sprawą Ukrainy, lecz całego świata".

To był starannie przemyślany ruch. W momencie szczytowego zainteresowania Pennem on postanowił przypomnieć Amerykańskiej Akademii Filmowej o sytuacji w Ukrainie. Akademii, która miesiąc po agresji Rosji na Ukrainę, (a także rok później), odmówiła prośbie Zełenskiego o możliwość wystąpienia (wirtualnego) podczas gali. Oburzony Penn - od początku aktywnie wspierający Ukrainę, zapowiedział wówczas, że przetopi swoje Oscary na broń dla ich żołnierzy. I podarował statuetkę Zełenskiemu.

Tym razem pojawienie się aktora obok prezydenta i zignorowanie gali oraz samego Oscara, przyniosło efekt. Media poświęciły zdarzeniu więcej materiałów niż analizom wyborów akademików. Sam gest artysty, nikogo kto śledzi jego poczynania, nie powinien dziwić. Penn od dawna znany jest z działalności społecznej, politycznej oraz humanitarnej. Ostatnimi laty poświęca im nawet więcej czasu niż aktorstwu, które przestało zaspokajać jego ambicje. Większość scenariuszy, jakie otrzymywał, nie była bowiem w stanie, jak mówi "wykrzesać z niego cienia emocji".

Do czasu, gdy Paul Thomas Anderson nie przysłał mu scenopisu "Jednej bitwy za drugą". - To pierwszy scenariusz od bardzo dawna, który zachwycił mnie już po kilku stronach. Śmiałem się jak szalony, a później śmiech przeszedł w przerażenie - dotarło do mnie, że to opowieść o współczesnej Ameryce - opowiada.

Jak wiadomo, a ukoronowaniem tej współpracy był trzeci Oscar.

Odrażający, brudny, zły?

O "Jednej bitwie po drugiej", która rozbiła oscarowy bank, zgarniając 6 statuetek - w tym dla najlepszego filmu, napisano już chyba wszystko. Ta luźna adaptacja powieści Thomasa Pynchona, której akcję Anderson przeniósł z lat 80. do współczesności, to satyryczny thriller i zarazem ostrzeżenie przed autorytaryzmem.

Najkrócej: w alternatywnej współczesności Ameryka jest faszystowskim państwem policyjnym, w którym panuje systemowy rasizm. Imigranci są masowo łapani i umieszczani w ośrodkach zamkniętych, gdzie rządzi policja. Ten reżim próbują  zdestabilizować napadami partyzanci, którymi dowodzi niejaki Bob Ferguson (DiCaprio).

Sean Pean zagrał tu głównego antagonistę - chorego na władzę pułkownika Stevena J. Lockjawa, skorumpowanego paranoika, który ściga bohaterów. Ferguson działa wraz z ukochaną - czarnoskórą Perfidią, na punkcie której pułkownik ma obsesję. Przedziwna więź między Lockjawem a kobietą odbija się na całym filmie, i 16 lat później wywraca do góry nogami opowieść. W centrum wydarzeń znajduje się tym razem córka Perfidii, której istnienie wciąga Lockjawa w przeszłość, choć uważał ją za zamkniętą.

Kreacja Penna jest elektryzująca - pełna grozy, wściekłości, a jednocześnie humoru. Widać, że rozumie groteskowość własnego bohatera. To odrażająca postać, a jednak Penn sprawia, że chwilami jest nam go żal. Aktor zatraca się w tej roli - gra na granicy szarży, ale ani na moment nie przekracza cienkiej linii. Sprawnie balansuje między prawdą a karykaturą. Bez jego brawurowej roli film Andersona nie byłby tym, czym jest. Sam Penn przyznaje, że za sprawą "Jednej bitwy..." wróciła mu "utracona miłość do zawodu". 

- Ostatni raz czerpałem taką przyjemność z pracy 18 lat temu, kiedy grałem w filmie "Obywatel Milk" . Ale chcesz brać udział w czymś, co aktualnie cię interesuje, i pracować z ludźmi, którzy cię zaskakują. Paul jest w tym mistrzem - mówi w rozmowie z "Variety".

"Jedna bitwa..." jest drugim wspólnym filmem Andersona i Penna. W pierwszym, "Licorice Pizza", będącym pełną czułości opowieścią o dorastaniu zagrał postać wzorowaną na legendarnym aktorze Williamie Holdenie. Ale to opowieść, którą Anderson pisał "na wydechu". Dla przyjemności. "Jedna bitwa po drugiej" ma zaś ciężar gatunkowy uniwersalnego dzieła. Redaktor naczelny "Variety", Owen Gleiberman, pisał: "Anderson ukończył film przed ponownym objęciem urzędu przez Donalda Trumpa, a jest on świadomą projekcją tego, do czego może doprowadzić autokracja, z jaką mamy dziś do czynienia".

I tak właśnie został odczytany. Kto nie widział, jak Penn pręży muskuły, zaciska zęby i warczy swoje kwestie w "Jednej bitwie..." niech szybko nadrabia zaległości. Prawdziwa uczta.

"Hollywoodzka Dziesiątka" a Sean Penn

Bez wątpienia należy do najwybitniejszych i najciekawszych aktorów naszych czasów. Nosi w sobie gen buntu, który w przeciwieństwie do większości rówieśników, nie ulotnił się z wiekiem. Wciąż też pozostaje - mniej lub bardziej świadomym prowokatorem, gotowym rozpalać emocje. I spontanicznie działać.

Sean Penn urodził się w 1960 roku w Santa Monica, jako syn aktora i reżysera Leo Penna oraz aktorki Eileen Ryan. Jego starszym bratem jest znany muzyk Michael Penn, zmarły już młodszy brat Chris, także był aktorem.

Oboje rodzice zaczynali jako aktorzy, z czasem jednak ojciec z sukcesem zaczął reżyserować. Obiecującą karierę przerwało zdarzenie, które później miało okazać się przełomowym dla dorosłego Seana. Za poparcie postawy tzw. "Hollywoodzkiej Dziesiątki" w dobie "polowania na czarownice", trafił na czarną listę Hollywood. Oznaczało to dożywotni zakaz zatrudniania przez główne studia filmowe. (Dziesiątkę wezwano przed Komisję ds. Badania Działalności Antyamerykańskiej, oskarżając o rzekome przemycanie komunistycznej propagandy w filmach. Po odmowie zeznań trafili na ową czarną listę.).

Leo Penn pogodził się z krzywdą, jaką mu wyrządzono - został czołowym reżyserem filmów telewizyjnym swojego pokolenia. Takie nieśmiertelne hity jak "Bonanza", "Domek na prerii", "The Missisipi", a także "Columbo" zawdzięczamy właśnie jemu. Jego średni syn nigdy jednak nie zaakceptował tego, co mu zrobiono. Przez z dekady Sean powtarzał w wywiadach, że na miejscu zbyt łagodnego ojca - weterana I wojny światowej, nie wybaczyłby własnemu krajowi, który nie szanuje swoich bohaterów.

To naznaczyło na zawsze jego krytyczne spojrzenie na Amerykę, zwłaszcza że ojciec pozostał dla niego niedoścignionym wzorcem. Od niego też przejął liberalno-lewicową wrażliwość.

Skazany na aktorstwo?

Wszyscy trzej chłopcy od najmłodszych lat  spędzali dużo czasu na planach filmowych. Sean zagrał jako małe dziecko epizod w "Domku z prerii" i najwcześniej zaczął myśleć o aktorstwie. Mimo to jako nastolatek z zapałem kręcił filmy krótkometrażowe, a ojciec liczył, że zajmie się reżyserią.

Tuż przed egzaminami postanowił, że... chce iść na studia prawnicze. I nawet je zaczął. Szybko jednak zrezygnował, by rzucić się w wir aktorstwa. Przeprowadził się do Nowego Jorku w poszukiwaniu pracy na scenie. Dość szybko zagrał główną rolę w produkcji teatralnej, która trafiła na Broadway i okazała się sukcesem. Jej pokłosiem był pierwszy film Penna "Szkoła kadetów" (1981), w którym wystąpił również Tom Cruise.

Status gwiazdy zyskał już rok później, gdy pojawił się jako blond surfer w "Beztroskich latach w Ridgemont High".  Legendarny występ Penna jako surfera Jeffa Spicoliego, którego powiedzonka natychmiast stały się częścią slangu popkultury, sprawił, że stał się popularny z dnia na dzień. Trudne je dosłownie tłumaczyć z angielskiego, ale film wprowadził do obiegu choćby nieznane wcześniej określenie "dude"(koleś).

Z czasem z uwagi na swój "szorstkie wygląd" zaczął być obsadzany w rolach cynicznych, antypatycznych antybohaterów. W dramacie "Niegrzeczni chłopcy" Rick Rosenthala (1983) wcielił się w szesnastoletniego złodziejaszka, który po nieumyślnym morderstwie trafia do poprawczaka. Zbieg wydarzeń sprawia, że mimo chęci odpokutowania zła, stacza się na samo dno. Rola ta dała początek jego karierze "poważnego aktora".

W mniej znanych u nas, świetnych "Ofiarach wojny" Briana De Palmy znów był trudnym do polubienia sierżantem. Akceptował pomysł podwładnych, by po stracie kumpla w odwecie porwać i torturować młodą Wietnamkę. Dziś okrucieństwo scen wykluczyłoby pewnie powstanie filmu.

Ale "nie ma tego złego...", itd. Te role doprowadziły przecież do obsadzenia go potem w przejmującym obrazie "Przed egzekucją" Tima Robinsa, jednym z najciekawszych obok filmu Kieślowskiego, pokazujących potworność kary śmierci.

Cudowne lata 90.

Lata 90. były szczególnym dla jego kariery, choć Oscary przyszły w kolejnej dekadzie. Już "odkryty" i uznany, a wciąż młody aktor mógł przebierać w scenariuszach.

W 1993 roku zagrał drugoplanową rolę u boku legendy - Ala Pacino, w kolejnym filmie Briana De Palmy "Życie Carlita". Penn jest w tej roli nie do poznania. Wciela się w Davida Kleinfelda, podejrzanego prawnika bossa mafii Carlito Brigante (Pacino), który wpada w kłopoty przez interesy z gangsterami. Jako nieprzewidywalny, naćpany kokainą prawnik, z odlotową, trwałą ondulacją zdobył nominację do Złotego Globu. I uznanie za "mocne zaistnienie obok mistrza". Chemia między tymi dwoma aktorami wymusza ponowne obejrzenie filmu.

Rok 1995 przyniósł kolejną wielką rolę Penna w osławionym "Przed egzekucją". To powinien być Oscar, ale skończyło się na nominacji, statuetkę zgarnęła Susan Sarandon. Film jest adaptacją wspomnień siostry Helen Prejean o tym samym tytule. Penn wciela się tu w mężczyznę skazanego za morderstwo i gwałt, pokazując swoje człowieczeństwo. Z jego aparycją, zuchwałością i onieśmielającym spojrzeniem pasuje do stereotypu przestępcy. Patrzymy jak ten przepełniony agresją człowiek, pod wpływem rozmów z siostrą Helen, zmienia się w poszukującego duchowego przewodnictwa więźnia. Pennowi udaje się idealnie zrównoważyć połączenie mroku i światła w tej fascynującej roli.

W 1998 roku aktor zagrał w głośnym filmie "Cienka czerwona linia" Terrence’a Malicka. W tej adaptacji prozy Jamesa Jonesa  wcielił się w starszego sierżanta Edwarda Welsha. Jego postać to znowu cyniczny, choć dbający o ludzi podoficer, jeden z wielu bohaterów opowieści o bitwie o Guadalcanal, w 1942 roku. Film w gwiazdorskiej obsadzie nie ma głównego bohatera. Przedstawia losy pojedynczych żołnierzy od szeregowców do generałów i ich skrajnie różne reakcje na okrucieństwo wojny.

Oscar za Oscarem

Wraz z upływem czasu Penn robił się coraz bardziej wybredny. Odrzucał mnóstwo scenariuszy i wierząc w wielość swoich talentów, stanął po drugiej kamery. Z różnym skutkiem. Jego pierwsze reżyserskie produkcje były lepsze niż ostatni, rażąco grafomański "Dzień flagi". Trochę tak, jakby grając w filmach Malicka, zapatrzył się w najgorsze. Warto za to obejrzeć choćby "Obietnicę" z 2001 roku, z niezawodnym Jackiem Nicholsonem w głównej roli. Nie miejmy jednak złudzeń: między Pennem - aktorem i reżyserem jest przepaść.

Także w 2001 roku powstał film "Jestem Sam" Jessie Nelson z kolejną, wybitną rolą Penna. To opowieść o opóźnionym umysłowo mężczyźnie, który walczy w sądzie z opieką społeczną. Ta chce mu odebrać prawa do opieki nad siedmioletnią córką. (W tej roli debiutuje świetna Dakota Fanning). Jako sztywna, ale skuteczna prawniczka pojawia się Michelle Pfeiffer. Gdyby nie wielka rola Penna film uznano by pewnie za zbyt łzawy. Przyniósł mu kolejną nominację do Oscara.

Pierwszy aktor trafił do Seana Penna w 2004 roku za rolę w filmie Clinta Eastwooda "Rzeka tajemnic". To historia trzech mężczyzn z mroczną przeszłością, których losy splatają się po latach w związku ze śledztwem w sprawie morderstwa. Choć film jest petardą talentów (Tim Robbins, Kevin Bacon), to rola Penna czyni go tak intensywnym. Po raz kolejny grając byłego skazańca, którego córkę właśnie zamordowano, buduje postać tak złożoną i wielowarstwową, że kibicujesz mu i jednocześnie sprzeciwiasz się - w tej samej scenie. Rzadka umiejętność.

Drugiego Oscara odebrał cztery lata później za rolę w obrazie "Obywatel Milk" Gusa Van Santa. To prawdziwa historia jednego z pierwszych otwarcie homoseksualnych urzędników w USA, wielkiego aktywisty, zamordowanego przez fanatyków. Penn nie wahał się wyrażać swoich poglądów politycznych poza ekranem, dzięki czemu jego osobowość mogła zabłysnąć na ekranie. Od wciągających scen motywacyjnych po intymne chwile między Milkiem a kochankami, aktor pozwala widzowi zobaczyć wszystkie oblicza tego wpływowego polityka. Wielka, poruszająca kreacja.

W 2011 roku powstały "Wszystkie odloty Cheyenne'a" - historia tytułowej gwiazdy rocka. Mężczyzna zamierza pomścić tortury, jakich doświadczył jego ojciec podczas wojny z rąk nazistowskiego strażnika. Dramat Paolo Sorrentino ukazuje kolejną transformację aktora. Ubrany w gotycki makijaż i czarną perukę, mówiący wysokim głosem Penn, gra Cheyenne’a z niesamowitą precyzją i sercem. Wzruszająca historia życia, śmierci i straty stanowi ważne uzupełnienie filmografii aktora.

Nie tylko aktor

Z bogatej i niezwykle różnorodnej filmografii aktora trudno wybrać tę najwybitniejszą kreację. O miejsce pierwsze z powodzeniem może bić się kilka ról Penna. Ich wybór będzie uwarunkowany wrażliwością widza.

Nie sposób jednak mówiąc o Seanie Pennie nie dodać, że na pełen wizerunek człowieka i artysty, składa się także jego aktywność dziennikarska, (nieco chaotyczna), społeczna i humanitarna.

Penn jest założycielem organizacji non-profit Community Organized Relief Effort, która m.in. zajmowała się dystrybucją pomocy na Haiti po trzęsieniu ziemi w 2010 r. i huraganie Matthew, a także oferowała bezpłatne testy diagnostyczne na COVID-19 w USA podczas pandemii. Wspierała też ofiary huraganu Kathrina. Lista jej działań jest bardzo długa.

Aktor zaangażował się mocno w działalność polityczną i społeczną, krytykując administrację George’a W. Busha. W 2009 roku aktor odwiedził Kubę, aby przeprowadzić wywiad z Fidelem Castro dla magazynu "Vanity Fair". Wywiad nigdy się nie ukazał, choć do rozmowy, która miała dotyczyć  relacji Kuba-USA, doszło. Wcześniej spotkał się również z Raulem Castro i z Hugo Chávezem w Wenezueli. Stanął u boku tego ostatniego, gdy Wenezuela wspierała rząd Syrii pod przewodnictwem Baszara al-Assada.

Spotkania te wzbudziły spore kontrowersje. To jednak zupełnie co innego, niż wspieranie walczącej z agresorem Ukrainy. I choć nie ulega wątpliwości, że intencje filmowca były dobre, można odnieść wrażenie, że w przypadku spotkań z Castro i Chávezem, Penn  się nieco pogubił.

 Nie zmienia to faktu, że  większość akcji w jakie się angażuje, bierze się z autentycznej potrzeby czynienia dobra, i jest ogromnym wsparciem dla potrzebujących. Artysta jest także twórcą dokumentu "Moc", pokazującego bohaterstwo ukraińskich żołnierzy i ich przywódcy. W ramach podziękowań za okazywane wsparcie Wolodymyr Zełenski przyznał mu ukraiński Order Zasługi .

Mimo tak wielu aktywności wybitnego artysty, trudno nie zauważyć, że nic nie jest w stanie przebić jego dokonań na ekranie. I kolejnych, wielkich kreacji.