To może być elegancki pan w wyprasowanym garniturze - mówi Dorota Kastelnik, której firma Kastelnik - Czas na sprzątanie zajmuje się profesjonalnym utrzymywaniem czystości. Szacuje, że około 20 proc. jej miesięcznych zleceń dotyczy mieszkań tzw. zbieraczy. Mowa o osobach cierpiących na syndrom patologicznego zbieractwa.
W fachowej literaturze opisuje się go jako proces, który w odróżnieniu od kolekcjonowania, nie ma określonego etapu zamknięcia. Przedmioty gromadzone przez osoby dotknięte syndromem najczęściej nie stanowią logicznej całości, a sam proces może sięgać trudnej do wyobrażenia skali. Jadąc na zlecenie, Dorota i je pracownicy nigdy nie wiedzą, co zastaną na miejscu.
Przez wiele mieszkań pracownicy przedzierają się tunelami. - Był pan, który zbierał gazety. Układał je w stosy, które z czasem tworzyły wieże. Niektórzy zbierają książki, płyty winylowe, ale w wielu przypadkach, to po prostu śmierci składowane w totalnym chaosie - wymienia Dorota Kastelnik. Zdarzało się, że w sprzątanych mieszkaniach znajdywali pokój, o którym istnieniu zleceniodawca zapomniał. - Jedno pomieszczenie było tak zasypane, że prześwit między sufitem a składowiskiem wynosił około 10 cm - opisuje.
Dorota sprząta mieszkania zbieraczy. Na widok ekipy szlochają
Zleceniodawcami bywa rodzina, spółdzielnie mieszkaniowe lub opieka społeczna. Firma wkracza najczęściej, gdy zgromadzone rzeczy zaczynają stwarzać zagrożenie epidemiologiczne lub pożarowe. Pozbywanie się ich nawet przez profesjonalistów zajmuje nie godziny, lecz całe dni.


Jeśli to możliwe, Dorota prosi, by lokatorzy czyszczonych mieszkań nie byli obecni przy sprzątaniu. Każda z zalegających w środku rzeczy ma dla nich trudną do zrozumienia wartość. Widząc, jak znikają, reagują emocjonalnie: szlochają lub chcą temu zapobiec. - Kiedyś wynosząc "skarby", mijaliśmy właściciela mieszkania, który wnosił do środka nowe worki - opisuje.
Skalę zbieractwa najłatwiej zwizualizować w metrach sześciennych. Jak tłumaczy właścicielka firmy sprzątającej, przecięty kontener budowlany ma około 7 metrów sześciennych pojemności. - Z pojedynczego, dwupokojowego mieszkania jesteśmy w stanie usunąć siedem, nawet osiem kontenerów rzeczy - szacuje.
To trudne do wyobrażenia nawet dla zleceniodawców, którzy widzą mieszkanie przed wejściem ekipy. - Te rzeczy, składowane przez długi czas, są poniekąd skompresowane. Ruszając je, zmieniamy ich objętość. Nie da się ułożyć ich ponownie w ten sam sposób - tłumaczy Kastelnik. Podczas usuwania rzeczy muszą być ponadto poddane wstępnej selekcji. - Inaczej nie dałoby się ich zutylizować zgodnie z przepisami - dodaje.
Selekcja ogranicza się jednak tylko do rodzaju odpadu. Pracownicy firmy sprzątającej nie przeglądają tego, co przechodzi przez ich ręce. - Czy wyrzucamy białe kruki? Być może, np. wśród książek - przyznaje właścicielka firmy. Warunki ich pracy i skala zadania nie pozostawiają im jednak innej opcji.
Co kryje mieszkanie zbieracza? Efekt błędnego koła
Oprócz śmieci, właściciele sprzątanych mieszkań często gromadzą także żywność. To w wielu przypadkach starsze osoby, które zdaniem Doroty mogły doświadczyć czasów, w których jedzenia po prostu brakowało. - Słoiki z przetworami, kabanosy z 1997 roku, przeterminowana żywność z molami. Wszystko w ogromnych ilościach: 50 kilogramów mąki, 50 tabliczek czekolady. Całe stosy jedzenia przysypywane nowymi, wciąż donoszonymi produktami - opisuje.
W mieszkaniach zbieraczy można znaleźć też drobny sprzęt RTV, układany w skrzynkach lub kartonach. A także sprzęt AGD. - Na przykład kilkanaście lodówek. A w nich stare jedzenie - dodaje Kastelnik.


Z czasem nagromadzone przedmioty uniemożliwiają mieszkańcom swobodne korzystanie z pomieszczeń. To sprawia, że błędne koło się zamyka. - Gdy nie da się korzystać z kuchni, w mieszkaniu pojawiają się opakowania po jedzeniu na wynos. Tworzą kolejne stery śmieci. Łazienki i toalety też bywają wyłączone z użytku, a że potrzeb fizjologicznych nie da się zatrzymać, często znajdujemy słoiki z fekaliami - opowiada. - Przyznam, że sama zastanawiam się, gdzie oni śpią - dodaje.
Dorota Kastelnik zaznacza, że właściciele sprzątanych przez jej firmę mieszkań są w różnym wieku, często to osoby wykształcone, z pozoru normalnie funkcjonujące w społeczeństwie. Według szacunków przytaczanych przez stacje sanitarno-epidemiologiczne syllogomania, inaczej patologiczne zbieractwo, dotyka od 2 do 5 proc. populacji. Od 2013 roku zbieractwo figuruje w klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM-5 pod numerem 300.03.
Choć, jak podają rządowe strony, syllogomania dotyczy głównie osób po 50 roku życia, jej symptomy mogą pojawiać się już w wieku 11-12 lat i nasilać z wiekiem. W drastycznych formach schorzenie może zagrażać bezpieczeństwu i zdrowiu chorego. Dorota przekonała się o tym na jednym ze zleceń.
Najbardziej skrajny przypadek, z jakim jej firma miała do czynienia, miał tragiczny finał. - Śmieci przysypały i uwięziły osobę, która je zbierała. Pod stertą rzeczy odnaleziono jej ciało - opisuje.


Ile kosztuje fachowe sprzątanie? "Legalna utylizacja nie jest tania"
Gdy mieszkanie zbieracza staje się pułapką, najlepiej oddać jego uprzątnięcie w ręce fachowców. Charakter tych zleceń sprawia jednak, że są one wysoko cenione. Ceny, jak mówi Dorota Kastelnik, zaczynają się od 10 tysięcy złotych. Jeśli ktoś oferuje tego typu usługę za kwotę kilkuset złotych, powinna zapalić się czerwona lampka.
Firmy, które zajmujące się odpadami muszą figurować w Bazie Danych o Odpadach prowadzonej przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Ciąży na nich obowiązek prowadzenia ewidencji odpadów, które z kolei identyfikuje się za pomocą kodów. - Legalna utylizacja odpadów nie jest tania - przyznaje Dorota Kastelnik. Nie ma jednak wątpliwości, że ochrona środowiska jest tego warta.
Właścicielka firmy przestrzega, że powierzanie zadania niezweryfikowanym podmiotom może grozić konsekwencjami. Za przykład daje tu historię kobiety, która chwilę po zatrudnieniu firmy sprzątającej po remoncie otrzymała telefon od obcej osoby. - Usłyszała od mężczyzny, że znalazł w lesie jej śmierci. Wtedy jeszcze z kartonów bez trudu można było odczytać dane, w tym numer telefonu. Oznajmił, że jeśli do rana ich nie usunie, doniesie na nią na straż miejską - opowiada Dorota Kastelnik i przypomina, że klient ma prawo zażądać od firmy przedstawienia karty przekazania odpadu. To dowód na to, że śmieci trafiły tam, gdzie ich miejsce.
Z opracowań naukowych na temat zbieractwa wynika, że posprzątanie mieszkania za chorego nie jest rozwiązaniem. Wkrótce wróci ono do poprzedniego stanu. Jednak z pomocą długotrwałej terapii chorzy mają szansę zerwać z kompulsywnymi zachowaniami.





