Reklama

To nie była jego pierwsza wyprawa w tak wysokie góry. Nie był to pierwszy raz, kiedy próbował zdobyć szczyt Nanga Parbat i na dodatek nie pierwszy raz z Elisabeth Revol. Tym razem jednak góra zatrzymała go na zawsze, a Revol w swojej książce napisze: "przepadły wszystkie nasze zasady, reguły, których zawsze przestrzegaliśmy: wsłuchiwać się w siebie, zachować jasność umysłu, rozsądek, szanować własne ograniczenia i zawracać, gdy pojawiają się pierwsze znaki ostrzegawcze".

Od narkomana do himalaisty. Kim był Tomasz Mackiewicz?

Tomasz Mackiewicz urodził się w styczniu 1975 roku i całe dzieciństwo spędził w Działoszynie. Opiekę nad nim sprawowali dziadkowie, bo rodzice mężczyzny na co dzień pracowali w Częstochowie, a do Działoszyna przyjeżdżali raz na kilka dni.

Reklama

Lata temu Mackiewicz wspominał, że dzieciństwo spędzał bardzo aktywnie - nad rzeką, wśród natury, bez większych ograniczeń. Kiedy wyjechał do szkoły średniej, do Częstochowy - zmierzył się z całkiem innym światem. Miastem pełnym ludzi, którym trudno było zaufać. To właśnie wtedy - jak sam mówił - stoczył się na samo dno, uzależniając się od kompotu, czyli polskiej heroiny.

"Różnie przedstawia się dzisiaj w mediach wizerunek ćpuna, ale prawda jest taka, że to są bardzo często wyjątkowo wrażliwi ludzie. Tacy swojscy - poznajesz ich, rozmawiasz, próbujesz tego, co ci oferują i wsiąkasz od razu. Wydaje ci się, że jesteś szczęśliwy" - w jednym z wywiadów wyznał przed laty Mackiewicz.

Był uzależniony przez trzy lata, a cztery kolejne spędził w ośrodku na Mazurach. Choć było to trudne, to we współpracy z Monarem, Mackiewiczowi udało się wyjść z nałogu. Wtedy też zaczął podróżować po świecie.

Trafił do Indii, gdzie w ośrodku misyjnym Heleny Pyz organizował zajęcia dla trędowatych dzieci i pomagał w codziennych obowiązkach na terenie placówki. 

Na szczycie jednej z nich pochował syna

Mackiewicz ukończył studia, ożenił się i zamieszkał w Irlandii, gdzie poznał Marka Klonowskiego. To właśnie przez niego zaczęła się miłość Mackiewicza do gór i wspinaczki.

Razem z Markiem Klonowskim wyruszyli do Kanady, by wejść na Mount Logan - najwyższy szczyt w kraju. 

"Spodobało mi się od razu. Cieszyłem się jak dziecko już wtedy, gdy lądowaliśmy na Alasce. Gdy zobaczyłem te przestrzenie, lodowce po horyzont... Jezu, jaki byłem szczęśliwy. A im dalej w góry, tym było lepiej. Okazało się, że człowiek zaczyna odkrywać coś nowego, budzi się w nim jakiś pierwotny instynkt. No i ta samotność. Szwędaliśmy się tam 24 dni, nikogo w tym czasie nie spotkaliśmy. Jakbyśmy byli we dwóch na obcej planecie" - wspominał po latach Mackiewicz w rozmowie dla Gazety Krakowskiej.

Za tę podróż otrzymali nagrodę Kolosa w kategorii "Wyczyn Roku 2008".

Rok później Mackiewicz stanął na szczycie góry Chan Tengri (7010 m.n.p.m.) - to właśnie tam pozostawił prochy jednego ze swoich synów, Xawerego, który był bratem bliźniakiem żyjącego syna Maksa. Chłopcy - oraz Antonina - to dzieci z pierwszego małżeństwa Mackiewicza z Joanną Mackiewicz.

Bez kursów i bez szacunku

Razem z Markiem Klonowskim postanowili zdobywać wyższe góry. Padło na Himalaje. Ale nie chodziło im tylko o odhaczanie kolejnych szczytów, a o przecieranie szlaków, dlatego chcieli wspinać się w warunkach zimowych. Chodziło też o koszt: pozwolenia na wspinaczkę w Himalajach w warunkach zimowych były tańsze, a mężczyźni finansowali swoje górskie eskapady z własnych pieniędzy. No i o wiele mniej osób wspina się zimą, a jak mówił Mackiewicz - nie lubią tłumów.

Przed pierwszą wyprawą na Nanga Parbat Mackiewicz i Klonowski poprosili o koleżeńskie wskazówki, kierując zapytanie do Polskiego Związku Alpinistów, ale - ku ich zaskoczeniu - spadła na nich ogromna fala krytyki i brak pomocy ze strony kolegów starszych doświadczeniem.

O doświadczenie chodziło najbardziej. Ani Mackiewicz, ani Klonowski nie mieli przeszkolenia ani odpowiednich kwalifikacji, by wspinać się w Himalajach. Tomasz był zdumiony reakcją związku, bo miał już na koncie chociażby samodzielne wejście wejście na Chan Tengri. Po odmowie Klonowski i Mackiewicz nazwali swoją wyprawę “Justice for all", czyli sprawiedliwość dla wszystkich. Wspięli się na wysokość 7400 metrów, po czym musieli zawrócić. Nanga Parbat pozostała wciąż jedną z dwóch - obok K2 - niezdobytych gór w warunkach zimowych.

Brak doświadczenia, szkoleń i przychylności Polskiego Związku Himalaistów nie zniechęciły Mackiewicza do wspinaczki. Wręcz przeciwnie - przez kolejne lata wciąż wracał i stawał u stóp niezdobytej Nangi, która wołała go nie tylko po to, by ją zdobyć, ale po to, by po prostu z nią być.

Podczas jednej z wypraw Tomasz Mackiewicz wspiął się na wysokość około 7000 metrów i był zmuszony spędzić na zboczu góry ponad tydzień. Wszystko przez złe warunki pogodowe, które zmusiły go do założenia obozu na tej wysokości i przeczekaniu wichury. Jak nikt dotąd oswoił tę górę i się z nią zaprzyjaźnił, co w środowisku himalaistów, było godne pozazdroszczenia. I kpiny, bo Mackiewicz stale spotykał się z głosami ostrej krytyki. Spływała na niego nawet wtedy, gdy już nie żył.

W książce Mariusza Sepioły pt. “Nanga Dream", tak o Tomaszu wypowiedział się Wojciech Kurtyka (polski taternik, alpinista i himalaista):

“Tomek był totalnym zaprzeczeniem tandety, w jaką przeistoczył się himalaizm. Dziś nie szuka się wyzwań, szuka się komercyjnych celów, które przyciągną uwagę mediów, a ze wspinacza zrobią gwiazdora, celebrytę (...) Tomek czegoś takiego nie chciał, był w nim silny, wewnętrzny przymus, który siedem razy pchał go na jedną górę (...) Mackiewicz dokonuje kilku fascynujących, samotnych prób zdobycia Nangi zimą, dochodzi do sporych wysokości, po czym zdobycie szczytu uniemożliwiają mu tylko trudne warunki pogodowe".

"Byliśmy znużeni wracaniem na tę górę"

Tomasz Mackiewicz i Elisabeth Revol już kilka razy wspólnie wybierali się na Nangę. Revol na 2018 rok miała ambitne plany - wiosną chciała wejść na Mount Everest, najwyższy, ale też najdroższy szczyt świata. Jej budżet był mocno napięty, bo od dwóch lat przebywała na bezpłatnym urlopie w szkole, w której uczyła wychowania fizycznego. Żyła ze sponsoringu - miała kilka kontraktów z firmami, które wspierały ją w wyprawach górskich. A z górami Revol związana była od dziecka. W niezwykłej formie fizycznej, bardzo zdyscyplinowana i wysportowana, skupiona na swoich celach.

I on, mechanik samochodowy pracujący dla dużej irlandzkiej firmy, który - jak wspominała Elisabeth Revol - nie przykładał się specjalnie do treningów przed wyprawami w góry. Mimo to był mężczyzną o dużej sile, ale przede wszystkim wytrwałości. Stanowili duet, który w 2018 roku postanowił po raz kolejny (tym razem już ostatni, jak sobie obiecywali) wrócić do Pakistanu, by zdobyć Nagą Górę.

Tomasz Mackiewicz był zmęczony Nangą, a mimo to powtarzał, że czuje więź z Fairy - bóstwem góry. Słyszał jej głos i uważał, że to dzięki niej wiele razy udało mu się zarówno wejść, jak i zejść z Nangi. Mieszkańcy dolin w okół Nanga Parbat twierdzili, że jeśli zobaczy się oblicze Fairy we śnie, to umrze się na górze. W 2015 roku Tomasz był na Nandze sam, wchodząc od strony Rupalu. Gdy stał za głazem, usłyszał głos: “Chcę ciebie, chcę!", a chwilę później, tuż obok Mackiewicza, przetoczyła się lawina śnieżna. Niezmiennie wierzył, że jeśli stanie w obliczu zagrożenia, Fairy mu pomoże.

Jedni widzieli przywiązanie Tomka, inni twierdzili, że Mackiewicz ma na punkcie góry obsesję. Obsesję, która nasiliła się po tym, jak w 2016 roku Simone Moro, Alex Txikon i  Muhammad Ali dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt Nanga Parbat. Do samego końca Mackiewicz nie wierzył w ten wyczyn, uważając, że przedstawione przez Moro zdjęcia ze szczytu nie są prawdziwe.

Revol w swojej książce napisała, że oboje byli znużeni wchodzeniem na Nanga Parbat, ale wrócili. Tomek po raz siódmy, a Elisabeth - po raz czwarty.

To było ich trzecie wspólne wejście. Pierwsze było zimą 2015 roku, kiedy weszli na wysokość 7800 metrów. W 2016 roku dotarli na wysokość 7500 metrów. Za każdym razem zawracali przez złą pogodę. Tym razem - w 2018 roku - miało się udać. Tym razem mieli wejść na sam szczyt. Nanga Parbat ma 8126 metrów.

Tomasz Mackiewicz nie zobaczył szczytu

Do ataku szczytowego Mackiewicz i Revol podeszli 25 stycznia 2018 roku, wyruszając o 7:30 rano, z lekkim poślizgiem, bo Mackiewicz nie potrafił zagrzać stóp. Wyruszyli z IV obozu, założonego w szczelinie na wysokości 7300 metrów. Tego dnia łamią jedną z najważniejszych zasad. Brzmi ona: “nigdy nie próbuj niczego nowego, gdy atakujesz szczyt". Revol owija sobie stopy folią aluminiową, która ma działać izolacyjnie. Mackiewicz robi to samo. Od samego początku Elisabeth jest zła na siebie za ten pomysł, bo ma wrażenie, że jest jej jeszcze zimniej. Tomasz nie narzeka, więc u niego chyba się sprawdza.

“Nie rozmawiamy, oszczędzamy powietrze. Ciszę zakłócają tylko nasze oddechy, nasze ruchy i lekki świst wiatru, który słyszymy przez puchowy kaptur i wiele warstw pod nim" - tak wspomina wejście na szczyt Elisabeth Revol w swojej książce.

Mieli wypracowany styl komunikacji, rozmawiali mało. Wspinali się na lekko, stylem alpejskim - bez dodatkowego sprzętu i bez butli z tlenem. 

“Włącza mi się wewnętrzny metronom, łapię rytm, przyspieszam, biegnę. Taki mamy w górach zwyczaj. Tomek jest jak traktor, diesel, ja raczej jak nerwowy, szybki motor. Ja mogę rano ruszyć prędko, bez rozgrzewki; on lubi chodzić sam, rozmawiać z Fairy (...)".

Po przekroczeniu symbolicznej wysokości 7500 metrów, Elisabeth i Tomasz weszli w strefę śmierci. To strefa, w której ciało człowieka zaczyna powoli umierać, bo powyżej tej wysokości zaczyna brakować tlenu. To właśnie wtedy istnieje największe ryzyko rozwinięcia choroby wysokościowej, której powikłaniem jest obrzęk płuc i obrzęk mózgu. Oczywiście - nie dzieje się to błyskawicznie, jednak jest to strefa, którą trzeba opuścić jak najszybciej.

Elisabeth wspomina, że zarówno ona jak i Tomasz czuli się dobrze. Ona odczuwała silny głód, co jej zdaniem było prawidłowym objawem. O tym, jak zadziała na nią ta wysokość, przekona się dopiero później...

O godzinie 17:15 Elisabeth i Tomasz byli na wysokości 8036 metrów. Po dziesięciu godzinach marszu od szczytu dzieliło ich zaledwie dziewięćdziesiąt metrów. W międzyczasie byli widziani przez pakistańskiego żołnierza, który dostrzegł ich z bazy tuż przy szczycie.  Powiadomił o tym ich agenta Alego Saltoro.

To właśnie wtedy, tuż pod szczytem, skonsultowali się, co robić - iść dalej czy zawracać? Było bardzo późno. A trzeba było jeszcze zejść do obozu. Nie odpuścili.

“Serce wali mi jak szalone. Zalewa potężna fala uczuć. Chciałabym krzyczeć z radości, ale w tym przeraźliwym mrozie głos więźnie mi w gardle. Chciałabym płakać, ale łzy natychmiast zamarzają. Ostatnie metry. Czuję, że wiązka światła idącego za mną Tomka oddala się. Noc między nami gęstnieje (...)".

Elisabeth Revol dociera na szczyt jako pierwsza. Pada na kolana i wali się rękami w ramiona, uda i łydki, próbując się rozgrzać. Nie wyciąga inReacha (komunikator satelitarny, który gwarantował im kontakt ze światem) ani GoPro. Czeka na Tomka.

Tomek dociera na szczyt po Elisabeth, która wita go głośnym: “Tomek, yes!". W odpowiedzi słyszy coś, co od tej pory na zawsze zmieni tę wyprawę:

- Eli, co się dzieje z moimi oczami? Eli, nie widzę twojej czołówki, obraz jest rozmyty!

Dryfowanie we śnie zamienia się dla Francuzki w czarną otchłań, w którą spada w ułamku sekundy. Słowa jej towarzysza dudnią jej w uszach, a uczucie radości zamienia się w rozpacz. Elisabeth już wie, co oznaczają słowa Mackiewicza i wie, że zejście z Nanga Parbat, która była ich wspólnym marzeniem, przerodzi się w najtrudniejszą wyprawę jej życia.

"Jakby ukradziono mu Świętego Graala"

"Weź mnie pod ramię i schodzimy". Elisabeth Revol od tego momentu spróbuje dokonać niemożliwego.

Kobieta wiedziała, że nie ma czasu do stracenia, dlatego wzięła Mackiewicza pod ramię i zaczęła go sprowadzać. Od bazy dzieliło ich 4200 metrów. “Nie martw się, będzie dobrze" - tylko tyle i aż tyle udało jej się powiedzieć do Tomka, a potem zaczęli schodzić w dół.

"Stanowimy teraz jedno. Staję się jego oczami, moje nogi są jego nogami, moje ramiona jego ramionami, prowadzi nas mój głos. Nie wiem, ile mój organizm jeszcze zniesie".

Plan był oczywisty - musieli dotrzeć do obozu IV, skąd wyruszyli tego ranka. W namiocie mieli potrzebny sprzęt.

Elisabeth sprowadza Tomka coraz niżej, choć rośnie w niej poczucie niesprawiedliwości, a nawet złości.

"Co ja robię w tym piekle? Dlaczego Tomek jest w takim stanie? Nie mógł bardziej na siebie uważać? Czuję, że ta sytuacja jest niesprawiedliwa. Dlaczego mój partner od liny zawsze nawala podczas wyprawy? Dlaczego ciągle kończę w takim bajzlu? Gdzie się podziały wszystkie nasze zasady, reguły, których zawsze przestrzegaliśmy?"

Francuzka nie wie, na jakiej są wysokości, ale wie, że każe Tomkowi założyć z powrotem komin na twarz, bo zsiniał mu cały nos.

- Eli, nie mogę oddychać. Duszę się!

To właśnie wtedy Elisabeth postanawia dać Tomkowi dawkę deksametazonu (sterydu, który jest zalecany w przypadku objawów choroby wysokościowej), ale w trakcie robienia zastrzyku, łamie się igła. Nie ma więcej, bo cała apteczka ratunkowa pozostała w obozie IV. Kobieta wyciąga tabletki i podaje Tomaszowi cztery pastylki. Zrywa się wichura. Revol szacuje, że jest około minus 60 stopni Celsjusza. Zimno jest przeraźliwe. Z ust Tomka Mackiewicza płynie krew.

O godzinie 23:10 Elisabeth wysyła wiadomość do swojego męża i do Ludovica (przyjaciela, który był w kontakcie z ich agentem): "Tomek pilnie potrzebuje pomocy, ma odmrożenia, nic nie widzi, proszę, zorganizujcie coś z Alim jak najszybciej". Są na wysokości 7522 metrów. Francuzka szybko otrzymuje potwierdzenie, że ma schodzić niżej, a pomoc jest organizowana. Ludovic daje znać Revol, że pomoc będzie gotowa następnego dnia i pyta, czy może zacząć schodzić sama. "Nie zostawię Tomka" - odpisuje krótko przy użyciu inReacha.

O czwartej rano, nadludzką siłą, Elisabeth sprowadza Tomka do wysokości 7282 metrów. Jest wykończona, głodna, zmarznięta, a z Tomkiem nie ma prawie żadnego kontaktu, choć mężczyzna jest przytomny i schodził na własnych nogach przy pomocy Elisabeth. Kobieta wie jednak, że na więcej go nie stać. Że wykorzystał swoje ostatnie siły i dalej nie pójdzie - jego ręce są odmrożone, a twarz zastygła, zmieniając się w upiorną maskę.

Revol znajduje szczelinę, w której postanawia ulokować Tomka i sama musi odpocząć. W międzyczasie odczyta kolejne wiadomości: "Śmigłowiec gotowy, wyląduje między 10. a 11."

Zaznacza szczelinę, w której skryła Tomka, a sama rusza szukać obozu, który dwa dni wcześniej wspólnie założyli z Mackiewiczem. Są na odpowiedniej wysokości, a znalezienie obozu to szansa na pozyskanie kuchenki, materaca, śpiwora, apteczki - wszystkiego, co pozwoli im wytrwać, dopóki nie nadejdzie pomoc. Ale Revol nie potrafi znaleźć obozu. Popełnili kolejny duży błąd - nie oznaczyli go, kiedy ruszyli na atak szczytowy.

Revol wróciła do szczeliny, w której zostawiła Tomka.

"Ciągle krwawi. Twarz mu się zmieniła, spierzchnięta skóra zamarzła jeszcze mocniej. Jest oszpecony, oczy ma szkliste (...) dłoń jest biała jak śnieg. Wszędzie: na brodzie, na ubraniach ma krew".

Helikopter nie może z tej wysokości podjąć dwóch osób, dlatego Elisabeth decyduje się zabezpieczyć Tomka i zejść samodzielnie. By mieć pewność, że go uratują. By dopilnować, żeby ta pomoc dla Tomka nadeszła. Na spokojnie mówi mu o swoim planie, a on odpowiada jej: “To jest rozwiązanie. Jest mi zimno, chcę odpocząć". To ostatnie słowa, jakie Mackiewicz  wypowiedział do Revol. I to najtrudniejsza decyzja, jaką podejmuje kobieta.

Świat wstrzymuje oddech

Czwórka mężczyzn przebywała właśnie w obozie pod K2 - szykowali się na zimowy atak szczytu, gdy dotarła do nich wiadomość o tym, że Polak i Francuzka utknęli na Nanga Parbat. Nie wahali się - cała czwórka została przetransportowana śmigłowcem na wysokość 4850 metrów, blisko pierwszego obozu, skąd wyruszyli na pomoc.

Piotr Tomala i Jarosław Botor zabezpieczali dół, szykując wsparcie medyczne, a Denis Urubko i Adam Bielecki ruszyli w górę. Między mężczyznami a Revol było około 1300 metrów - Francuzka, po zabezpieczeniu Tomasza Mackiewicza w szczelinie, zeszła do wysokości 6300 m.n.p.m. Zakładano, że Bielecki i Urubko powinni dotrzeć do Revol po około szesnastu godzinach. Cały świat z zapartym tchem śledził tę akcję ratunkową. Jak się okazało - mężczyźni wspinali się w nieprawdopodobnym tempie. Cała akcja ratunkowa, do momentu dotarcia do kobiety, zajęła im zaledwie osiem godzin.

Jednak zanim dotrą do Elisabeth, przeżyje ona najgorsze godziny tam, na górze.

Oddała but za kubek gorącej herbaty

Elisabeth podjęła decyzję o tym, że zejdzie niżej, by spotkać się z ekipą ratunkową. Jest głodna, odwodniona, przemarznięta. Odczuwa silną potrzebę odpoczynku. Dochodzą do tego ogromne wyrzuty sumienia, że zostawiła Tomka samego. Revol znajduje szczelinę, w której postanawia odpocząć. Mróz nie pozwala jej zasnąć, choć w końcu chyba się to udaje.

Drżenie mięśni ustępuje, kobieta czuje, że powoli się rozluźnia. Elisabeth śni o starszej pani, która przyniosła jej kubek ciepłej herbaty, ale nie za darmo. Poprosiła, by Elisabeth oddała jej swoje buty. Jej twarz przypomina znaną aktorkę z reklamy jogurtu. Elisabeth kilka razy budzi się, by za chwilę znów zapaść w sen. Rankiem 27 stycznia 2018 budzi ją przeraźliwe zimno, które odczuwa w nodze. Tylko jednej. Elisabeth straciła but. W dodatku bardzo chce jej się sikać. Podejmuje próbę zdjęcia kombinezonu i kucnięcia, próbując  utrzymać równowagę i uważać, by nie postawić stopy pozbawionej buta na lodzie. Tylko jakimś cudem Revol dostrzega w czeluści szczeliny swojego buta, którego udaje się jej wyciągnąć. W południe kobieta jest bliska rezygnacji. Nie rozumie, dlaczego helikoptery nie nadlatują. Dlaczego nie ma obiecanej pomocy. Dlaczego została całkiem sama i całkiem sam został Tomek, tylko trochę wyżej, w zimnej szczelinie, zabezpieczony czekanami.

"Z perspektywy czasu żałuję, że w końcu postanowiłam schodzić sama. Powinnam była zostać z Tomkiem, opiekować się nim najlepiej, jak mogłam, do ostatniej chwili jego życia. A potem zejść. Albo czekać z nim na helikopter. Po moim powrocie lekarze mówili, że kiedy zostawiałam Tomka, nie mógł mieć przed sobą więcej, niż kilka godzin życia. Ich zdaniem był w terminalnym stadium obrzęku płuc. Nic nie mogło go uratować, nawet szybki przylot helikoptera".

Dwie wiązki światła z oddali

Dokładnie o 1:50 w nocy 28 stycznia 2018 Revol zobaczyła dwie wiązki światła na zboczu góry. To właśnie wtedy kobieta usłyszy: "Adam, I have her!" - to Denis Urubko zauważył Elisabeth. Ona jeszcze wtedy nie wiedziała, że nie uratują Tomka. Oni wiedzieli to od samego początku.

O tym, jak przebiegały decyzje związane z wysłaniem śmigłowców z Pakistanu, Elisabeth Revol dowie się dużo później. Pomoc nie została uruchomiona od razu, ponieważ władze Pakistanu zażądały zaliczki w wysokości 50 tys. dolarów. Nikt nie chciał jej zapłacić. Dopiero po wielu godzinach ambasady - polska i francuska - zdecydowały się opłacić koszty akcji ratunkowej. W swojej książce Elisabeth Revol przyzna, że ambasada francuska kazała zwrócić jej te pieniądze. Pokryła to z ubezpieczenia.

Podjęcie himalaistów z lotu nie było także możliwe z przyczyn technicznych - nie tylko znajdowali się za wysoko, ale warunki panujące w wyższych partiach gór były zagrażające dla załogi śmigłowca.

Elisabeth została sprowadzona przez Bieleckiego i Urubko do obozu zlokalizowanego na wysokości 4800 m.n.p.m, a stamtąd śmigłowiec pakistańskiej armii przetransportował ją do szpitala w Islamabadzie.

Po zebraniu informacji od Elisabeth Revol oraz przeanalizowaniu pogody, zdecydowano o odstąpieniu od akcji ratunkowej Tomka Mackiewicza. Bielecki i Urubko nie weszli wyżej, by spróbować sprowadzić Polaka na dół.

Fala krytyki

Przez kolejne miesiące Elisabeth Revol mierzyła się z ostrą falą krytyki. Kobiecie zarzucano, że zostawiła polskiego himalaistę na pewną śmierć. Że uratowała swoje życie kosztem jego. Że to nie ona powinna była decydować, czy Tomasz ma szansę na przeżycie.

"Ministerstwo stanęło na wysokości zadania, zleciło alpinistom akcję ratunkową, oczywiście tym którzy się zgodzili. Po dotarciu do Elisabeth polegali oni na tym, co im powiedziała, a przekazała, że Tomek jest w stanie agonalnym, ma obrzęk płuc, obrzęk mózgu i w związku z tym odpuścili dalszą, trudniejszą część. Jestem przekonany, że gdyby Elisabeth została z Tomkiem, to alpiniści poszliby do nich obojga. Elisabeth miała na tyle siły, że schodziła na dół, tym samym spisała Tomka na straty" - mówił w rozmowie z mediami ojciec Tomasza, Witold Mackiewicz.

Elisabeth Revol w swojej książce wyzna, że życie stało się dla niej nieznośną torturą. Pogrążyła się w otchłani wyrzutów sumienia i ogromnego poczucia winy, a komentarze, które ją otaczały, potęgowały te emocje.

"To czego doświadczyłam na górze, nagle wydawało się niczym w porównaniu z przemocą, jaka spotkała mnie po powrocie".

Minęły miesiące, zanim Elisabeth Revol wróciła do codziennych aktywności, względnie spokojnego życia - przy wsparciu męża, najbliższej rodziny i przyjaciół. 23 maja 2019 roku, jako dziewiąta kobieta na całym świecie, stanęła na szczycie Mount Everest bez butli z tlenem.

Anna Solska-Mackiewicz, (choć nieformalnie) druga żona Tomasza, założyła Fundację "Nanga" Pamięci Tomka Mackiewicza i obiecała sobie i innym, że dopóki żyje, pamięć o nim nie umrze. Tomasz Mackiewicz osierocił córki Zoję i Antoninę oraz syna Maksa. Za oficjalną datę śmierci przyjęto 30 stycznia 2018 roku. Tomek miał 43 lata, a jego ciało na zawsze pozostało na Nagiej Górze, która nieustannie wołała go do siebie.