Okolice duńskiej Fionii słyną z sielankowych krajobrazów, miasteczek z szachulcowymi domami oraz urokliwych zamków, a jej najbardziej znanym mieszkańcem do dziś pozostaje Hans Christian Andersen. Jeżdżąc po okolicy rowerem, mijam rybackie osady i kolorowe wsie. Wciąż mam poczucie, że wszystko jest jakby znajome, a równocześnie zupełnie inne niż po drugiej stronie Bałtyku. Niewielka wyspa Tåsinge, położona pomiędzy Małym a Wielkim Bełtem skrywa niezwykłą historię zamku Valdemars Slot. Prowadzi do niego wąska droga biegnąca między polami żyta. O tej porze roku dojrzałe kłosy falują na wietrze, tworząc niemal filmowy krajobraz.
Na zamku wita mnie jego właścicielka baronessa Louise Juel-Brockdorff Albinus. Ubrana w niebieską sukienkę haftowaną w różowe kwiaty, z gładko spiętymi blond włosami uśmiecha się szeroko, wspominając na wstępie, że zamek należy do jej rodziny od 11 pokoleń, choć jego historia zaczęła się nieco wcześniej - od wizji króla Christiana IV, który w połowie XVII wieku wzniósł okazałą renesansową budowlę dla swojego syna, hrabiego Valdemara Christiana. Los bywa jednak przewrotny, królewicz nigdy tutaj nie zamieszkał; ranny w 1656 roku na polu bitwy toczonej w Polsce, zmarł w Lublinie, mając zaledwie 34 lata. Zamek zniszczony podczas wojen ze Szwecją, niemal popadł w ruinę, a wierzyciele planowali jego rozbiórkę.


Ratunek przyszedł w 1677 roku wraz z admirałem Nielsem Juelem, narodowym bohaterem Danii. Za zwycięstwo w bitwie w zatoce Køge, gdzie rozgromił szwedzką flotę, król nadał mu szlachectwo i darował Valdemars Slot. To od niego wywodzi się ród, który władał posiadłością przez kolejne stulecia. Zamek, jaki znamy dzisiaj, to w dużej mierze zasługa wnuka admirała, Nielsa Juela Młodszego, który w 1754 roku przebudował go w modnym stylu rokoko. To również on zmienił krajobraz Tåsinge, rozdając dzierżawcom sadzonki jabłoni i czyniąc wyspę centrum produkcji owoców. W cieniu posiadłości, pod wiekowym dębem, nazwanym później jego imieniem, poematy pisał nadworny tutor i poeta Ambrosius Stub.


Walka o spadek i rodowe dziedzictwo
O tym wszystkim Louise opowiada, zanim wejdziemy do zamku, w którym mieszka razem z mężem i dwoma córkami. Jedna z nich razem z koleżanką wita nas zresztą przy potężnych drzwiach prowadzących do zamkowych wnętrz. - Za mojego prapradziadka była tu prawie setka służby - mówi baronessa - dziś latem w ramach dorywczej wakacyjnej pracy zatrudniamy kilku znajomych naszych córek do obsługi gości, mamy na stałe ogrodnika, konserwatora i koordynatorkę zajmującą się kwestiami organizacyjnymi, do tego ja i mój mąż i to właściwie tyle… Można nas policzyć na palcach dwóch dłoni - podsumowuje.
Niewiele jednak brakowało, a rodowe dziedzictwo przepadłoby z kretesem. O tej historii rozpisywały się duńskie brukowce, a sama Louise niechętnie wspomina ostatnią dekadę. Współczesna historia Valdemars Slot przypomina bowiem scenariusz filmu opartego o historię znaną z ludowych baśni. To także opowieść o bolesnym rodzinnym dramacie, który niemal doprowadził do definitywnego upadku wielowiekowego dziedzictwa.
Po śmierci barona Nielsa Krabbe Juel-Brockdorffa w 2017 roku posiadłość odziedziczyły jego córki: Louise Juel-Brockdorff Albinus oraz Caroline Fleming. Między siostrami wybuchł jednak długotrwały i nagłośniony medialnie spór o sposób zarządzania i przyszłość majątku, którego nie udało się rozwiązać polubownie.
Kryzys osiągnął apogeum w 2022 roku, gdy rodzinny konflikt zmusił właścicielki do wystawienia zamku na sprzedaż na otwartym rynku. Skutki tej decyzji były opłakane - po raz pierwszy od czasu powstania rezydencji komnaty opustoszały, a większość oryginalnego wyposażenia, antyków i pamiątek została sprzedana. Ostatecznie pod koniec 2022 roku Louise zdołała odkupić zamek, ratując go przed przejściem w obce ręce, jednak zastała go jako, jak to sama określa, "czystą kartę". Paradoksalnie właśnie dzięki temu może na nowo zacząć pisać jego najnowszą historię i dziś puste ściany, zamiast rodowych pamiątek, wypełnia międzynarodowa sztuka współczesna.
Żywe centrum sztuki współczesnej
Gdy Louise zaczyna opowiadać o ostatnich dwóch latach, jej twarz się rozpromienia. Chodzimy po pustych salach, które stały się przestrzenią dla ekspozycji dzieł współczesnych artystów. Co sezon baronessa zaprasza do współpracy innych twórców. Tego lata w galerii zamkowej i sali balowej podziwiać można między innymi prace Giuseppe Penone'a - włoskiego artysty wykorzystującego organiczne materiały, takie jak drewno, liście czy kamienie. - Namówienie Giuseppe na wystawę nie było łatwe - mówi Louise - nigdy nie miał wystawy w Danii i chyba jakoś szczególnie mu na tym nie zależało. Powiedziałam wtedy: "Niech on tu przyjedzie, zobaczy tę przestrzeń i powie mi w oczy, że nie chce, aby jego sztuka była prezentowana w takich wnętrzach" - wspomina ze śmiechem.
Zamysłem Louisy było oddanie zamku w ręce artystów w taki sposób, aby twórczo przekształcali przestrzeń, wykorzystując zabytkowy obiekt jako miejsce dialogu ze sztuką. W ramach rezydencji artystycznej powołana przez baronessę fundacja zaprosiła założone w 2016 The Center for the Less Good Idea z Johanesburga do współpracy przy odbywających się tu przez całe lato performansach i instalacjach. W pawilonie herbacianym można z kolei oglądać pierwszą indywidualną wystawę londyńskiej artystki Sary Lucas. - Pięć rzeźb zakłócających zastany tu klasyczny porządek oparty na konwenansach i rytuałach łączy materiały codziennego użytku i odniesienia do historii sztuki w taki sposób, aby poddawać w wątpliwość wyobrażenia na temat płci i seksualności - podkreśla Louise, gdy wchodzimy do sterylnie białego wnętrza, gdzie eksponowane są kobiece akty brytyjskiej artystki.
Na terenie obiektu, w dawnym budynku dla służby powstał też niewielki pensjonat, gdzie zaproszeni artyści i goście prywatni mogą spędzać czas na pracy twórczej. - Marzy mi się, aby ludzie myśleli o tym miejscu jak o przestrzeni, do której można przyjechać, aby pisać książkę, malować obrazy, albo działać w inny sposób. Sprzyjają temu wszelkie okoliczności - podkreśla właścicielka zamku, przekonując równocześnie, że traktuje siebie jedynie jako opiekunkę dziedzictwa, które należy do wszystkich i wszystkim ma służyć.
Transformacja Valdemars Slot budzi w Danii skrajne emocje. Część odwiedzających jest zachwycona odwagą połączenia dziedzictwa z awangardą, chwaląc spokój i świeżość miejsca. Inni jednak nie kryją rozczarowania. Krytycy wskazują na wysoką cenę biletu (około 100 zł) oraz "pustkę" pokoi pozbawionych dawnych mebli. Dla niektórych instalacje dźwiękowe, jak na przykład ta emitująca odgłosy czkawki w tunelu prowadzącym do pałacu, są niezrozumiałe i nieadekwatne do powagi zabytku. Mimo to, Valdemars Slot pozostaje żywym dowodem na to, że historia nie musi być statyczna, a dawne mury mogą na nowo obudzić się do życia dzięki nowoczesnym formom wyrazu.
Koldinghus - ostatni zamek Jutlandii
Na zamku Koldinghus, dumnie górujący na wzgórzu nad miastem Kolding i jeziorem Slotssøen spotykam dla odmiany kolorowy tłum - uczniowie miasteczka z rozmachem świętują koniec roku szkolnego. - To lokalna tradycja, gdy kończyłam liceum, też celebrowałam ten dzień z moimi przyjaciółmi właśnie tutaj - mówi mi na powitanie przewodniczka Mille Winther, z którą zwiedzam zamek. Dziś stare mury stały się tylko tłem dla wiwatującej młodzieży, choć na co dzień są jednym z najważniejszych zabytków Jutlandii.
- To ostatni i jedyny ocalały zamek królewski na Półwyspie Jutlandzkim, pełniący przez ponad 750 lat funkcje twierdzy granicznej, rezydencji królewskiej oraz siedziby lokalnej administracji, położony strategicznie u wejścia do fiordu Kolding - tłumaczy Mille, gdy przeciskamy się między nastolatkami wystylizowanymi na policjantów, kowbojki, rusałki, marynarzy i superbohaterów.
Historia zamku pełna jest dramatycznych zwrotów akcji, w tym katastrofalnego w skutkach pożaru z marca 1808 roku. W tamtym czasie, w trakcie wojen napoleońskich, Dania była sprzymierzona z Francją i Hiszpanią. Stacjonowały tu hiszpańskie posiłki pod dowództwem francuskiego marszałka Bernadotte. Żołnierze, nieprzyzwyczajeni do surowego duńskiego klimatu, rozpalali w kominkach i piecach ogromne ogniska. Płomienie rozprzestrzeniły się błyskawicznie, a strażnicy nie zdołali opanować żywiołu. Zamek spłonął niemal doszczętnie, stając się przez kolejne dziesięciolecia malowniczą, romantyczną ruiną często odwiedzaną także przez jednego z najsławniejszych Duńczyków, Hansa Christiana Andersena.
Dialog tradycji z nowoczesną wizją
Współczesny charakter Koldinghus zawdzięcza unikalnej renowacji przeprowadzonej przez architektów Inger i Johannesa Exnerów w latach 1972-1993. Ich wizja nie zakładała tradycyjnej rekonstrukcji, lecz ochronę ruiny jako dokumentu historycznego. - Zastosowano tu nowoczesne połączenie drewna i stali, które podtrzymują konstrukcję dachu i podłóg, nie naruszając zabytkowych ścian. Projekt zakładający m.in. zamknięcie wyrwy w południowo-wschodnim narożniku ruin gigantyczną konstrukcją ze szkła i stali, wzbudził ogromne kontrowersje. Opinii publicznej nie podobało się potraktowanie zabytku w tak nowoczesny sposób, a krytycy domagali się albo pełnej rekonstrukcji zamku, albo pozostawienia go w formie nienaruszonej. Choć początkowo ów zamysł budził kontrowersje i był nazywany przez prasę "Osteklokke", co w wolnym tłumaczeniu można określić "szklanym kloszem na ser", przyniósł twórcom prestiżową nagrodę Europa Nostra w 1993 roku - mówi moja przewodniczka, gdy wchodzimy na kolejne kondygnację po stalowych, bordowych schodach i trafiamy na unikalną wystawę arrasów.
- W 2018 roku Koldinghus obchodził 750. rocznicę istnienia, z tej okazji zrealizowano jeden z największych projektów dekoracyjnych w historii Danii. Zamówiono 16 nowych gobelinów, które zostały stworzone przez współczesnych artystów, każdy z nich oparł swoją pracę na tematach związanych z zamkiem - tłumaczy Mille.


Botaniczna porcelana
Największym skarbem przechowywanym w tych niezwykłych murach pozostaje jednak słynna wystawa porcelany Flora Danica, uważana za jeden z najbardziej niezwykłych serwisów obiadowych na świecie. Wyprodukowany przez Królewską Fabrykę Porcelany w latach 1790-1802 serwis pierwotnie miał być darem dla carycy Katarzyny Wielkiej. Jednak po jej śmierci duńska rodzina królewska zatrzymała go na własny użytek. Nazwa serwisu pochodzi od motywów dekoracyjnych, ręcznie malowanych i precyzyjnie odwzorowanych roślin występujących na ziemiach korony duńskiej, od Szlezwiku po Grenlandię. Inspiracją były ryciny z naukowego atlasu botanicznego "Flora Danica", którego pierwszy tom ukazał się w 1761 roku z inicjatywy profesora Georga Christiana Oedera.
Sala, w której znajdują się elementy zastawy to jedno z najciekawszych miejsc w zamku. Odwiedzający mogą tu podziwiać drogocenne naczynia w unikalnej aranżacji. Stoły są nakryte tak, jak podczas królewskich bankietów, co pozwala poczuć atmosferę dawnych ceremonii dworskich i ich rozmach. Serwis składał się pierwotnie z 1802 elementów, każdy z nich był wybitnym osiągnięciem duńskiej sztuki i nauki okresu Oświecenia. - Flora Danica to nie tylko ceramika, to właściwie żywe archiwum natury uwiecznione na porcelanie - podsumowuje Mille i trudno mi się z nią nie zgodzić.
Po raz ostatni oryginalny serwis został użyty z okazji urodzin królowej Ingrid w 1990 roku. Obecnie porcelanowe naczynia z serii Flora Danica są uznawane za jedne z najbardziej luksusowych na świecie. Na internetowych aukcjach osiągają zawrotne ceny, do kilkunastu tysięcy złotych za sztukę. Oryginalna zachowana kolekcja liczy dziś nieco ponad 1500 sztuk i wciąż zachwyca doskonałym stanem.
Poczuć się jak rodzina królewska można także w Królewskim Warsztacie Krawieckim, gdzie sprawdza się jak powstają koronki, przymierza stroje historyczne albo zasiada na tronie. Na warsztatach uczyć się można tańców renesansowych i szermierki. Być może i te aktywności powstały z myślą o dzieciach, ale ubrana w królewską suknię, usiłując chodzić w taki sposób, by korona nie spadła mi z głowy i obserwując jak szyje się balowe suknie, bawiłam się przednio.


Kronborg - zamek Hamleta i polskiego króla
Położone na największej duńskiej wyspie Zelandii, niespełna godzinę jazdy od Kopenhagi, miasteczko Helsingør nie tylko przez miłośników literatury i teatru kojarzone jest natychmiast z szekspirowskim Hamletem. Monumentalna, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, twierdza skrywa w swoich murach znacznie więcej niż tylko literacką legendę. Renesansowa architektura miesza się tutaj z historią wielkich pieniędzy, polskimi korzeniami największego władcy i mrocznymi legendami, dodając wiekowym murom specyficznego, surowego charakteru i tajemniczego nimbu.
Przewodnik wita mnie, pobrzękując pękiem kluczy. - Zanim ruszymy do komnat przez dziedziniec, muszę ci coś pokazać - mówi, zachęcając do podążania w głąb jednego z korytarzy. Otwiera masywną bramę i ruszamy pod ziemię. Słyszę, że w zimie mieszkają tu setki nietoperzy, ale w dawnych czasach kazamaty mieściły nawet 350 żołnierzy, którzy mogli tu przetrwać nawet 6 tygodni oblężenia. Najważniejszym bohaterem podziemi jest zaklęty w kamień Ogier Duński (Holger Danske). Według legendy ten potężny rycerz i bohater narodowy przebudzi się i ruszy do walki tylko wtedy, gdy jego ojczyzna znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. - Na razie Dania ma się dobrze, więc Holger smacznie śpi i niech tak zostanie - mówi mój przewodnik, gdy stoimy przed wykonanym z betonu posągiem.


Król z Darłowa
- Skoro jesteś z Polski, muszę koniecznie o tym wspomnieć, słyszę, gdy opuszczamy podziemia. - Mało kto wie, że za istnieniem tej potężnej budowli stoi postać o polskich korzeniach. Eryk Pomorski, książę urodzony w Darłowie, został adoptowany przez królową Małgorzatę I i zasiadł na tronach Danii, Szwecji oraz Norwegii. To on w 1429 roku wzniósł pierwszą twierdzę Krogen, która stała się fundamentem dzisiejszego zamku - mówi mój przewodnik.
Eryk miał też genialny w swej prostocie plan na wzbogacenie skarbca: wprowadził tzw. Cła Sundzkie. Każdy statek przepływający przez cieśninę musiał zatrzymać się przy twierdzy i uiścić opłatę w wysokości 1-2 proc. wartości przewożonego towaru. Kto próbował uciekać, ryzykował zatopienie przez armaty skierowane ku wodzie. System ten funkcjonował przez ponad 400 lat (do 1857 roku), czyniąc Helsingør jednym z najbogatszych miast Europy.
Historia nie oszczędzała Kronborga. W 1629 roku potężny pożar strawił niemal całe wnętrza zamku. Ocalała jedynie zamkowa kaplica, którą do dziś można podziwiać w jej dawnym, oryginalnym stylu. Kilka dekad później, w 1658 roku, zamek został zbombardowany i zajęty przez Szwedów. Najeźdźcy nie ograniczyli się do okupacji, wywożąc swoje wojska, zabrali ze sobą liczne skarby sztuki, w tym cenne freski z sali balowej.
Tam, gdzie nie dotarł Szekspir
- Choć Kronborg na całym świecie znany jest jako "Zamek Hamleta", sam William Szekspir najprawdopodobniej nigdy go nie widział - mówi przewodnik, gdy wchodzimy na zalany słońcem dziedziniec i mijamy tabliczkę upamiętniającą dramaturga. Podobno autor najsłynniejszej sztuki świata usłyszał plotki o dekadenckim stylu życia na duńskim dworze od podróżujących aktorów i zainspirowany tymi opowieściami, umieścił akcję tragedii w Elsynorze (angielska nazwa Helsingør - przyp. red.).
Literacka sława zamku jest pielęgnowana do dziś. Od 1816 roku odbywa się tu Festiwal Szekspirowski, a turyści mogą zwiedzać wystawy poświęcone aktorom wcielającym się w rolę duńskiego księcia. Na murach zamku widnieje współczesny street art nawiązujący do słynnego "Być albo nie być", a na zamkowym dziedzińcu można stanąć niczym Hamlet i trzymając w dłoni czaszkę wypowiedzieć słynne: "Być, albo nie być, oto jest pytanie.".
W szekspirowskim dramacie zamek jest przedstawiany jako miejsce mroczne, pełne napięcia i tajemnic. Zwiedzając kolejne komnaty, ma się jednak zgoła odmienne wrażenie - przestronność i światło to dwa słowa oddające klimat twierdzy. Po drodze w renesansowych komnatach znaleźć można nie tylko wiekowe eksponaty, ale też klocki LEGO, miejsca do kreatywnej zabawy, a nawet potańczyć w rytm całkiem współczesnych przebojów. Wielka Sala Balowa zasługuje też na uwagę z jeszcze jednego powodu - jej mury mają ponad dwa metry grubości, a ona sama ponad 60 metrów długości i jest jedną z największych renesansowych sal w Europie Północnej. Na szczyt Wieży Armatniej prowadzi zaś 145 stopni spiralnych schodów. Widok z góry obejmuje nie tylko rozległą panoramę miasta, ale i szwedzkie wybrzeże, od którego miasto oddalone jest o niespełna 4 kilometry.
Dzięki literackiej nieśmiertelności nadanej przez Szekspira Kronborg na zawsze przestał być tylko surową morską twierdzą, stając się globalnym symbolem rozważań nad ludzkim losem, a jego mury co roku są scenografią dla wciąż i wciąż rozgrywającego się dramatu, który mimo upływu lat wciąż nie stracił na aktualności.
Duńskie zamki nie są muzeami zamkniętymi pod kloszem. Żyją dzięki ludziom, którzy próbują znaleźć dla nich miejsce we współczesnym świecie, czasem poprzez odważną architekturę, czasem poprzez sztukę, a czasem pielęgnując siłę legendy. Koldinghus, Valdemars Slot i Kronborg pokazują trzy różne drogi ratowania przeszłości, wszystkie prowadzą jednak do tego samego wniosku - historia i narodowe dziedzictwo przetrwają tylko wtedy, gdy mimo upływu czasu wciąż będą potrafiły wzbudzać emocje.


