Współczesny świat przypomina niekończący się wyprzedażowy chaos, w którym wartość jednostki mierzy się liczbą posiadanych przedmiotów, a status wyznacza tempo ich wymiany na nowsze modele. W tej sytuacji wzorowanie się na Stanisławie Wokulskim, który podczas obiadu u Łęckich postanowił ostentacyjnie zignorować sztućcowy reżim, urasta do rangi obyczajowej rewolucji.
Od wspólnego dobra do prywatnej kabzy
Gdy poszukać "momentu zero", w którym przedmioty zaczęły nas pożerać, okazuje się, że status, wyznaczany stanem posiadania, wcale nie towarzyszy ludzkości od wieków. W Republice Rzymskiej, tym "Świętym Graalu" politologów, mechanizm społeczny działał dokładnie na odwrót niż współcześnie. Majątek był skutkiem ubocznym pozycji, a nie jej źródłem. Status wyznaczał etos, (obyczaj przodków), autorytet i bezwzględna gotowość do działania dla wspólnego dobra. Posiadanie ziemi i pieniędzy uważano zaledwie za gwarancję, że osoba wybrana na wysokie stanowisko będzie sprawowała je bezinteresownie.
Średniowiecze poszło jeszcze dalej, całkowicie unieważniając ziemskie dobra w imię ascezy i zbawienia, przynajmniej deklaratywnie. Renesans i barok, choć przywróciły zachwyt nad piękną materią, wciąż traktowały ją jako element estetycznego mecenatu. Kiedy ówcześni bogacze obstalowywali wielkie płótna u Tycjana czy Rubensa, rzadko robili to, by zamknąć je w prywatnych, niedostępnych dla nikogo komnatach. Sztuka miała wymiar wspólnotowy: fundowano kościoły, ołtarze i malowidła, które stawały się elementem tkanki miejskiej, a nie wyłącznie manifestacją własnego ego.
Oczywiście, nie ma co popadać w przesadny idealizm. Z przekazów historycznych jasno wynika, że średniowieczna asceza szła w parze z napychaniem instytucjonalnej kabzy, a rzymska utonęła w końcu w bizantyjskim przepychu. To swoją drogą paradoksalne, jak współczesny filtr nakazuje nam w każdym geście upatrywać wyłącznie strategii PR-owej, budowania zasięgów, grubej optymalizacji podatkowej lub próby uniknięcia zarzutów karnych. Jesteśmy tak przesiąknięci materializmem, że dawny stosunek do majątku zwyczajnie nie mieści nam się w głowie.
Prawie jak królowa
Kiedy konkretnie ten tradycyjny, choćby i przeidealizowany, porządek runął na dobre? Maszyna masowego obłędu ruszyła w osiemnastowiecznej Anglii. To właśnie tam, na fali raczkującej rewolucji przemysłowej, narodziła się ambitna klasa średnia. Rzemieślnicy, drobni kupcy i fabrykanci po raz pierwszy w historii uzyskali realne nadwyżki finansowe. Nie dysponując herbami i genealogią sięgającą Wilhelma Zdobywcy, rozpaczliwie potrzebowali nowego, uniwersalnego języka, który zakomunikowałby światu ich sukces. Tym językiem stały się przedmioty.


W 1759 roku pewien angielski ceramik doskonale wyczuł bolączki ludzkiej natury, dokładnie te same, które 250 lat później doprowadziły do powstania Instagrama. Josiah Wedgwood jako pierwszy wpadł na to, że ludziom nie sprzedaje się rzeczy, lecz marzenie. Gdy stworzył autorską serię porcelany, przemyślnie podarował ją królowej Charlotcie, żonie Jerzego III, co ośmieliło go do stosowania etykiety "Ceramika Jej Królewskiej Mości". Sprzedał klasie średniej wiarę w to, że pije herbatę z dokładnie tych samych filiżanek, co monarchini.
Ten snobizm po ponad dwóch wiekach twórczo i niezwykle zabawnie rozwinęli Harold Snoad i Roy Clarke w kultowym serialu BBC "Co ludzie powiedzą?". Hiacynta Bucket (która stanowczo woli, by nazywać ją "Bouquet") to podręcznikowe, ekstremalne stadium choroby "mieć". Jej cała tożsamość opiera się na przedmiotach: zestawie wypoczynkowym, będącym "dokładną kopią tego z Sandringham" oraz ręcznie malowanej porcelanie Royal Doulton. Jej słynne kolacje przy świecach stają się narzędziem towarzyskiego terroru, podczas, gdy goście nie mogą powstrzymać pełnych niepokoju pytań, czy zabrakło prądu.
Złota klatka konwenansu
Hiacynta dysponuje tylko jednym kompletem porcelany. W znacznie trudniejszej sytuacji byli ci, którzy status odziedziczyli, a w pakiecie - obowiązek nieustannego cackania się z nim. W filmie Roberta Altmana "Gosford Park" czy serialu Juliana Fellowesa "Downton Abbey" widzimy arystokrację zjeżdżającą na przyjęcie z polowaniem samochodami zapchanymi gigantycznymi kuframi. Domy mody, takie jak Louis Vuitton czy Goyard, słynęły wówczas z produkcji "wardrobe trunks" - podróżnych szaf, wyposażonych w systemy wieszaków, szufladek i przegródek na biżuterię czy kapelusze.
Arystokraci przebierali się tamtych czasach po kilka razy dziennie. Powtórzenie tego samego outfitu mogło mieć straszne konsekwencje, z falą plotek o rychłym bankructwie włącznie. Komfort utożsamiali z możliwością dokładnego odtworzenia w każdym zakątku globu warunków, do jakich przywykli w domu, jak w "Pożegnaniu z Afryką", gdzie kolonialiści pili popołudniową herbatę z cienkiej porcelany i słuchali płyt z gramofonów pośrodku kenijskiego pejzażu.


Życie pod dyktatem przedmiotów stawało się etatową, wycieńczającą pracą. Samych spinek człowiek potrzebował kilku rodzajów: do kołnierzyków, mankietów, krawatów, fryzur i przypinania kapelusza. Przyrządy do układania włosów i ozdabiania fryzury szły w kilogramy, a nakrycie stołu - w dziesiątki kilogramów. Służący prasowali poranną prasę i odmierzali linijką odległość między nożem a widelcem, podczas gdy państwo dusili się w gorsetach konwenansów, bezradni wobec własnego bogactwa. W tamtym świecie człowiek, pozbawiony ceremonialnego obycia, stawał się towarzyskim wyrzutkiem.
I właśnie na to przeładowane panoptikum wjeżdża z impetem Stanisław Wokulski. Jego ostentacyjne łamanie salonowego savoir-vivre'u na obiedzie u Łęckich nie było zwykłą wpadką nieokrzesanego faceta, który nie odróżnia rodzajów sztucców, lecz świadomy akt sabotażu. Na pytanie Izabeli, czy jest nieprzyjacielem etykiety, odpowiada: "Nie chcę być jej niewolnikiem". Wokulski, człowiek czynu doskonale widział, że Łęccy są finansowymi bankrutami, którzy nie mają światu do zaoferowania nic oprócz nabożnego cackania się z resztkami rodowego blichtru. Odrzucając sztućcowy ceremoniał, dokonuje zamachu na tryb "mieć". Jak się dobrze rozpędzić, to można nawet gest Wokulskiego uznać za cegiełkę nowoczesnego nonkonformizmu. Chociaż jednak Bolesław Prus uznał tę scenę za tak istotną, że dokładnie ją opisał, przez kolejne długie lata nikomu nie przyszło do głowy, że z tego zderzenia "mieć" i "być" wyrośnie potężna wojna światopoglądowa.


Wojna plemion: złoty sedes vs szafa kapsułowa
Z czasem neuroza Hiacynty Bucket stała się globalną religią, która na dodatek zyskała zaskakujące, plemienne barwy. Nie chodzi już tylko o prosty sprzeciw wobec producentów, którzy wmawiają nam, że bez najnowszego masażera do stóp nie możemy zaznać pełni człowieczeństwa. Dzisiejsza walka między "mieć" a "być" sięga znacznie głębiej.
Po jednej stronie okopów stanął minimalizm, utożsamiany z szeroko pojętą, nowoczesną wrażliwością. W świecie, udręczonym nadprodukcją i tonącym w plastiku, ostentacyjna odmowa brania udziału w konsumpcyjnym obłędzie urasta do rangi buntu politycznego. Współczesny minimalizm nie ma nic wspólnego z legendą o św. Aleksym śpiącym w pomyjach pod schodami. To nowa, wyrafinowana i często bardzo kosztowna estetyka ludzi, którzy zamiast krzykliwych metek wybierają czyste linie, przestrzeń i etyczną produkcję. Szafa kapsułowa, puste blaty w kuchni i salon wolny od zbędnych gadżetów stają się manifestem,
Po drugiej stronie barykady wznosi się potężne, ociekające złotem Bizancjum, które z ostentacyjnego przepychu uczyniło swój najważniejszy bastion. Dla współczesnych populistów i rekinów drapieżnego biznesu minimalizm to przejaw słabości, piszcząca bieda i ekoterroryzm. W ich świecie złote klamki, kryształowe żyrandole, marmury i stoły uginające się pod ciężarem mięsiwa są najwyższym stopniem suwerenności jednostki, a złoty sedes staje się ostatecznym argumentem.
A jednak, pod bokiem przepychu hołdującego tradycyjnej graciarni, minimalizm paradoksalnie wyrasta na nowy konserwatyzm. Jeszcze kilkanaście lat temu celebrytki przechwalały się w wywiadach setkami posiadanych par butów. Dziś za powód do dumy uchodzi umiejętność stylizowania jednej i tej samej marynarki na pięć różnych okazji. Współcześni minimaliści, bardziej lub mniej skrycie, uważają się za nową "arystokrację ducha", która zamiast herbów na sygnetach nosi wolność od dyktatu posiadania.
Pułapka płynnej nowoczesności
Sytuację ułatwia fakt, że o ile w czasach "Downton Abbey" jeden przedmiot służył pokoleniom, o tyle dziś mamy do czynienia z kultem nietrwałości. Rzecz staje się bezużyteczna i przestarzała w momencie, gdy z taśmy produkcyjnej zjeżdża jej nowa wersja. Minimalista w tej sytuacji jest koszmarem każdego producenta: odrzuca rolę podatnego na reklamę konsumenta na rzecz bycia kustoszem własnej przestrzeni. W ten sposób staje się spadkobiercą dawnego etosu "mniej a lepiej", o który otarł się każdy, kto w szkole musiał trzaskać rozprawki o epikureizmie w twórczości Jana Kochanowskiego.
Zygmunt Bauman, opisując "płynną nowoczesność", zauważył, że w świecie, w którym wszystko jest tymczasowe - od związków po przedmioty - tracimy grunt pod nogami. Kupujemy, by ukoić lęk, poczuć chwilową przynależność, wypełnić egzystencjalną pustkę. Z kolei Fromm w swoim fundamentalnym pytaniu ostrzegał nas przed momentem, w którym nie zdołamy już zapanować na wiecznym głodem nowych rzeczy.
Minimalizm to świadome zawrócenie z tej drogi. Jeśli arystokracja tradycyjna była definiowana przez to, co odziedziczyła, "arystokracja ducha" definiuje się przez to, z czego rezygnuje. Nie chodzi o to, by sobie coś od ust odejmować, lecz o porządne przemyślenie, czy rzeczywiście nowe gadżety są w stanie kogokolwiek uszczęśliwić na dłuższą metę. Minimalizm to danie kosza kulturze nadmiaru, która obiecuje wszystko, a dowozi przebodźcowanie, poczucie pustki, ciągłe ścieranie kurzu i permanentny stres.
