​"Dzieci są słodkie, ale nieekologiczne". Depopulacja, czyli eutanazja cywilizacji

Mariusz Staniszewski

PixabayINTERIA.PL

Wieszczą głód, śmierć, zniszczenie, wyczerpanie zasobów naturalnych i katastrofę klimatyczną. Krzyczą, że na świecie jest zbyt wielu ludzi, których Ziemia nie jest w stanie wykarmić. To już nie jest tylko grupka ekologów, to poważny nurt społeczny, który chciałby ograniczenia populacji ludzkiej na Ziemi.

Głodujący a kultura i gospodarka

Malthus mylił się równie mocno, jeśli chodzi o kwestie produkcji żywności, co Ehrlich [Paul], w kwestii światowych zasobów naturalnych, o których zapewniał nas, że są na wyczerpaniu. Sześć miliardów ludzi żyjących obecnie na Ziemi żyje w warunkach dużo większej wolności i prosperity niż trzy miliardy w 1960 roku, dwa miliardy w 1927 roku czy jeden miliard w 1830 roku.
Sama gęstość zaludnienia nie mówi nic o szansach ekonomicznych danego regionu. Wystarczy zastanowić się nad gospodarką Holandii i Bangladeszu, Syberii i Kanady. W pierwszej parze wysokiej gęstości zaludnienia towarzyszy albo wysoki, albo niski stopień rozwoju gospodarczego. Podobnie jest w drugiej parze o niskiej gęstości zaludnienia. (...) Trzeba by dopiero wziąć pod uwagę wskaźnik gęstości zaludniania o określonym poziomie dochodu i przeanalizować drogi dojścia do tego poziomu.

Konieczne zmiany

Człowiek to coś więcej

Gdy nasza populacja rozrasta się, żywność produkowana jest na mniej urodzajnych glebach. Wodę transportuje się na większe odległości lub oczyszcza. Energię wytwarza się ze źródeł o coraz mniejszym potencjale. A zatem każdy nowy mieszkaniec Ziemi stanowi nieproporcjonalne obciążenie naszej planety i jej ekosystemów - przyczynia więcej strat środowisku naturalnemu i powoduje śmiertelne zagrożenie dla większej liczby gatunków niż przedstawiciele poprzednich pokoleń.

Zmierzch Zachodu?