Dzisiejsza odsłona tego zjawiska jest jednak znacznie groźniejsza. O ile w latach 90. "heroin chic" był estetycznym buntem artystów, dziś stał się on zglobalizowanym produktem, napędzanym przez algorytmy mediów społecznościowych i niebezpieczne wsparcie farmakologiczne w postaci "magicznych" zastrzyków odchudzających. W tym samym czasie, na drugim biegunie, ruch body positivity, który miał nas ratować, sam zaczął wpadać we własne sidła radykalizmu. Znaleźliśmy się w kleszczach dwóch skrajności: między destrukcyjnym dążeniem do bycia "motylkiem" a toksyczną akceptacją, która czasem zabrania nam dbać o zdrowie.
Aby zrozumieć, dlaczego widok wystających kości u dzisiejszych ikon popkultury budzi taki lęk, musimy cofnąć się do punktu zero.
Na początku lat 90. świat mody zmęczony był przesadnym przepychem poprzedniej dekady. Kim Kardashian i jej siostry nie istniały jeszcze w przestrzeni publicznej, a wzorem piękna były Cindy Crawford czy Claudia Schiffer, które prezentowały zdrową, wysportowaną sylwetkę. I właśnie ta "zdrowotność" stała się dla młodego pokolenia twórców czymś, przeciw czemu chcieli się zbuntować.
Jest rok 1993. Światło dzienne widzi kampania zapachu "Obsession" Calvina Kleina. Na zdjęciach pojawia się 19-letnia Kate Moss. Nie przypomina ona w niczym tryskających zdrowiem, wysportowanych i promiennych supermodelek tamtej ery. Moss jest blada, ma sińce pod oczami, jej ciało wydaje się łamać pod ciężarem spojrzenia fotografa. Jest ucieleśnieniem kruchości, która graniczy z chorobą.
Tak narodził się "heroin chic". Termin ten nie był metaforą - stylizacje, oświetlenie i sama sylwetka modelek miały naśladować wygląd osoby uzależnionej od twardych narkotyków. Paradoks polegał na tym, że to, co w rzeczywistości było objawem tragicznego wyniszczenia organizmu, w świecie wysokiej mody zdefiniowano jako szczyt elegancji i wyrafinowania.
To wtedy Kate Moss wypowiedziała słowa, które przez kolejne trzy dekady stały się mantrą dla milionów dziewcząt cierpiących na zaburzenia odżywiania: "Nothing tastes as good as skinny feels" (Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudą). Choć modelka później wielokrotnie odżegnywała się od tego hasła, ziarno zostało zasiane.
W 1994 roku w Wielkiej Brytanii pojawiła się kampania reklamowa marki Calvin Klein, której twarzą była modelka Kate Moss. Jednym z elementów kampanii były ogromne plakaty umieszczane na autobusach i przystankach.
Na jednym z nich Moss pozowała w minimalistycznej stylizacji. Bardzo szczupła, blada, z wyraźnie wystającymi kośćmi. Zdjęcie było charakterystyczne dla estetyki tamtych lat: surowe, naturalne, pozbawione glamouru.
Reklama wzbudziła ogromne emocje. Dla części odbiorców była symbolem nowoczesnej mody, ale dla innych, promowaniem niezdrowej, wręcz chorobliwej szczupłości.
Według relacji medialnych jeden z autobusów z taką reklamą został zniszczony przez przechodnia, który uznał plakat za niebezpieczny przekaz społeczny. Mężczyzna miał pociąć lub zerwać fragmenty reklamy, protestując przeciwko promowaniu wizerunku skrajnie wychudzonej modelki. Nie brakowało też dodawania napisów "Feed me" (Nakarm mnie) na reklamach w przestrzeni publicznej.
Jak wspominała sama Corinne Day w 1997 roku, ich intencją nie było promowanie narkotyków, ale raczej "wyśmiewanie się z mody" i pokazanie prawdy zamiast lukrowanego obrazka . Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. W latach 90. heroina rzeczywiście przeżywała swój renesans wśród artystycznej bohemy - jej cena spadła, a czystość wzrosła, co sprawiło, że można było ją zażywać poprzez inhalację, bez ryzyka związanego z igłami w czasach epidemii AIDS.
Kontrowersje wynikające z tego trendu były tak ogromne, że w 1997 roku ówczesny prezydent USA, Bill Clinton, publicznie potępił ten trend. Nazwał go niebezpiecznym wzorcem, który romantyzuje narkomanię i niszczy poczucie wartości młodych ludzi. Wydawało się, że po tej interwencji i serii tragicznych zgonów w świecie mody (m.in. fotografa Davide Sorrentiego, czy modelki Gii Carangi), branża zrozumiała błąd. Jak pokazuje rok 2026 - nic bardziej mylnego.
Gdy media głównego nurtu, pod naciskiem opinii publicznej, zaczęły promować zdrowsze sylwetki, kult chudości nie zniknął. On po prostu zszedł do podziemia. Wraz z rozwojem internetu narodził się ruch Pro-Ana (od pro-anorexia). Jego członkinie zaczęły nazywać siebie "motylkami" lub "porcelanowymi motylami" - symbolami lekkości, kruchości i transformacji.
Społeczność pro-ana (od pro-anorexia) po prostu zeszła do podziemia i wypracowała nowy język. Dziś, by znaleźć treści promujące głodzenie się, trzeba znać odpowiednie kody. W miejsce haseł "anorexia", "thinspiration" pojawiły się nowe. Do tego dochodzą kaomoji, czyli japońskie emotikony, które również są wykorzystywane przy oznaczeniach postów promujących chorobliwie szczupłą sylwetkę.
Współczesne "motylki" to już nie tylko czytelniczki "Vogue'a". To użytkowniczki TikToka i Instagrama, które mimo teoretycznej cenzury, potrafią przechytrzyć algorytmy. Gdy platformy zaczęły blokować hasztagi takie jak #anorexia czy #thinspiration, społeczność stworzyła własny, kodowany język. Zamiast pełnych nazw, używają skrótów i wykorzystują emotikony.
To cyfrowe podziemie to miejsce, w którym anoreksja jest czczona jako religia. Dziewczęta dzielą się tam "poradami", które mrożą krew w żyłach: jak pić litry lodowatej wody, by spalić kalorie na jej ogrzanie; jak oszukać lekarza podczas ważenia, pijąc litry płynów przed wejściem do gabinetu; jak uciszyć skurcze głodu, żując watę nasączoną sokiem. To współczesna, cyfrowa mutacja "heroin chic", która uderza w coraz młodsze pokolenia. Za każdym "estetycznym" zdjęciem wystających żeber kryje się niewidoczny dramat: wypadające garściami włosy, zanik miesiączki, osteoporoza w wieku 20 lat i wyniszczająca depresja.
Paradoks społeczności pro-ana polega na tym, że z pozoru oferują one to, czego pragną młode osoby zmagające się z zaburzeniami - wsparcie, zrozumienie, poczucie przynależności. Polskie badania opublikowane przez Iwonę Startek w "Current Problems of Psychiatry" pokazują, że podstawową potrzebą emocjonalną zaspokajaną przez blogi pro-ana jest właśnie potrzeba relacji międzyludzkich, zrozumienia i wsparcia. Tylko że to wsparcie doprowadza do destrukcji.
Jak wynika z analizy 30 polskich blogów pro-ana prowadzonych przez kobiety w wieku 15-23 lata, autorki tych wpisów wierzą, że rygorystyczne przestrzeganie diety to nie tylko sposób na szczupłą sylwetkę, ale droga do osiągnięcia perfekcji, zdobycia podziwu, ucieczki od trudnej sytuacji w domu i kontrolowania własnego życia. Około 87% z nich postrzega siebie jako otyłe, a 70% boi się przytyć. Ich masa ciała jest głównym wyznacznikiem nastroju i samooceny.
Co jeszcze bardziej niepokojące, ponad jedna trzecia tych młodych kobiet miała myśli samobójcze, podejmowała próby samobójcze, okaleczała się lub sięgała po alkohol. To pokazuje, że społeczności pro-ana nie są niewinnymi grupami wsparcia - to środowiska, w których choroby psychiczne się nakładają i wzajemnie napędzają.
W odpowiedzi na te wszystkie okrucieństwa narodził się ruch body positivity. Jego pierwotne założenia były szlachetne i niezwykle potrzebne: każde ciało zasługuje na szacunek, nikt nie powinien być dyskryminowany ze względu na rozmiar, niepełnosprawność czy blizny. Przez lata ciałopozytywność uczyła nas, że nasze ciało to mapa naszej historii, a nie produkt, który ma zadowolić oko przechodnia.
Niestety, od kilku lat widzimy, że ten ruch również potrafi być toksyczny. Radykalne odłamy body positivity zaczęły stosować mechanizmy znane z grup pro-ana: wykluczenie i zero-jedynkowe podejście.
Negacjonizm medyczny: W najbardziej ekstremalnych kręgach ruch ten zaczął odrzucać fakty naukowe. Diagnozowanie otyłości olbrzymiej bywa nazywane "fatfobią" lub "przemocą medyczną". Prowadzi to do sytuacji, w których osoby realnie zagrożone zawałem, cukrzycą typu 2 czy niewydolnością krążenia, są zachęcane do ignorowania zaleceń lekarskich w imię "akceptacji".
Terror "kochania siebie": Współczesne body positivity często narzuca obowiązek nieustannego zachwytu nad sobą. Jeśli czujesz się źle w swoim ciele, jeśli chcesz schudnąć, by móc łatwiej zawiązać buty lub wejść na drugie piętro bez zadyszki - w radykalnych grupach możesz zostać uznana za "zdrajczynię idei". To stwarza nową presję psychiczną: nie dość, że czujesz się źle fizycznie, to jeszcze czujesz winę, że nie potrafisz "pokochać swoich fałdek".
Destrukcja przez przyzwolenie: Tak jak pro-ana promuje powolną śmierć głodową, tak skrajne body positivity może promować powolną śmierć przez zaniedbanie. Uciszanie instynktu samozachowawczego pod hasłem "mój rozmiar to moja sprawa" sprawia, że pacjenci trafiają do lekarzy zbyt późno, gdy zmiany metaboliczne są już nieodwracalne.
Choć "motylki" i radykalne aktywistki body positivity wydają się być na wojennej ścieżce, paradoksalnie łączy ich bardzo wiele. Oba te nurty budują całą tożsamość człowieka wyłącznie wokół jego powłoki cielesnej i wagi. W obu przypadkach człowiek przestaje być sumą talentów, pasji i charakteru - staje się jedynie cyfrą na wadze lub rozmiarem na metce.
W obu grupach działa silny mechanizm wyparcia.
Osoba w ruchu pro-ana patrzy w lustro i widzi "tłuszcz" tam, gdzie są już tylko skóra i kości. Wypiera fakt, że jej serce może przestać bić w każdej chwili.
Z kolei radykalny aktywista body positivity wypiera fakt, że trudności z oddychaniem czy bóle stawów nie są wynikiem "uprzedzeń społeczeństwa", ale fizycznym obciążeniem, któremu organizm nie jest w stanie sprostać.
Obie te wizje izolują jednostkę od racjonalnej pomocy. Jedna grupa ucieka przed lekarzem, bo boi się "tuczenia", druga ucieka, bo boi się "oceniania". W efekcie obie skrajności zostawiają człowieka samego w obliczu choroby.
To, co czyni rok 2026 wyjątkowo mrocznym, to fakt, że powrót "heroin chic" zyskał paliwo, którego nie było w latach 90. Mowa o lekach nowej generacji, pierwotnie przeznaczonych dla diabetyków, które stały się "świętym Graalem" odchudzania dla celebrytek i influencerek.
Zjawisko to dopełniło destrukcji. Teraz "idealną" chudość można kupić w aptece. To spowodowało, że empatia wobec własnego organizmu praktycznie zanikła. Ciało stało się projektem, który należy "zhakować". Widzimy powrót do estetyki wyniszczenia, ale tym razem jest ona sterylnie zapakowana w luksusowe strzykawki.
Media społecznościowe, zalane obrazami nagłych, drastycznych przemian, sprawiają, że przeciętna młoda osoba czuje się "wadliwa", bo jej proces dbania o siebie trwa miesiące, a nie dwa tygodnie.
Powrót mody na bycie chorobliwie chudym to sygnał, że jako społeczeństwo ponieśliśmy porażkę w nauce szacunku do samych siebie. Dekada walki o ciałopozytywność nie wystarczyła, by wykorzenić nienawiść do ciała - ona ją tylko przefarbowała.
Rozwiązaniem nie jest ani głodzenie się w imię "lekkości motyla", ani negowanie nauki w imię "akceptacji bez granic". Prawdziwy ratunek leży w koncepcji Body Neutrality (Ciałoneutralności). To podejście, które mówi: "Moje ciało nie musi być piękne, nie musi być idealne, nie muszę go kochać każdego dnia. Moje ciało ma być sprawne, ma mi pozwalać oddychać, chodzić, przytulać bliskich i realizować marzenia".