- Właściwie około 70 proc. stacji wodowskazowych w kraju wskazuje, że poziom wody znajduje się w strefie stanów niskich lub średnich. To pokazuje skalę problemu, z jakim mierzymy się już na początku okresu wiosennego - mówi Interii dr hab. Edyta Kiedrzyńska, Profesor z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk (PAN) oraz z Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego.
W ostatnich dniach Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (dalej IMGW) regularnie wydaje ostrzeżenia hydrologiczne.
- Niestety, kolejne dni przyniosą kolejne ostrzeżenia - zapowiada Dariusz Witkowski, hydrolog z IMGW.
Gdzie obecnie jest najgorzej? - Aktualnie w województwie wielkopolskim i na pograniczu województwa śląskiego, opolskiego oraz łódzkiego. Ostrzeżeniami objęta jest także cała rzeka Warta i Noteć - odpowiada.
Eksperci są zgodni, w Polsce mierzymy się właśnie z problemem suszy hydrologicznej. Co oznacza, że jesteśmy na trzecim etapie suszy jako takiej.
Susza meteorologiczna i glebowa
Zaczęło się od suszy meteorologicznej czyli braku opadów. Jak mówi Interii ekspert IMGW, od grudnia ubiegłego roku kolejne miesiące były "bardzo suche" lub "skrajnie suche".
- Choć zima w tym roku była śnieżna, to wystarczająca ilość białego puchu występowała obszarowo, głównie na północnym wschodzie. Im dalej na zachód, tym śniegu było mniej. Wydawało się, że przynajmniej w rejonie Podlasia czy Mazowsza nie będzie problemu z suszą hydrologiczną. Niestety. Luty, marzec i kwiecień okazały się bardzo suche. Normy opadowe były realizowane w zakresie od 5 proc. do 65 proc. miesięcznie. Deficyty opadów się kumulowały - mówi.
Śniegi stopniały, a deszczu było jak na lekarstwo. I tak zaczęły się problemy z retencją wody - czyli niewystarczającą ilością wody w glebie.
Po suszy meteorologicznej nastała susza glebowa. To stan, kiedy w strefie korzeniowej roślin brakuje wilgoci, co skutkuje zahamowaniem wzrostu i spadkiem planów. O jednym i drugim alarmowali już rolnicy, a także pszczelarze.
Ci drudzy twierdzą, że nocne przymrozki w połączeniu z suszą ograniczyły pszczołom dostęp do pokarmu. Aktywność owadów spadła, co oznacza, że zbiory miodu w tym roku mogą wypaść: "poniżej średniej".
Pożar w Puszczy Solskiej, rok wcześniej w Parku Biebrzańskim
- Wraz z kolejnymi ciepłymi dniami ściółka leśna ulega coraz silniejszemu przesuszeniu. W takich warunkach niewielki bodziec, na przykład iskra lub nieostrożne obchodzenie się z ogniem, może doprowadzić do rozwoju wielkopowierzchniowych pożarów - mówi Interii dr hab. Edyta Kiedrzyńska.
Kiedy w maju w Puszcza Solska zajęła się ogniem, niemal cały kraj objęty był alertami mówiącymi o zagrożeniu pożarowym. Dramatyczna walka z ogniem, który zasięgiem objął ponad tysiąc hektarów lasów trwała tydzień. Był to największy pożar lasów w Polsce od 34 lat.
Najpoważniejsze zniszczenia odnotowano na obszarze około 400 ha. Większe zwierzęta zdołały uciec, jednak w ogniu zginęły lęgi ptaków oraz liczne populacje mniejszych gatunków roślin i zwierząt.
Choć ustalanie dokładnych przyczyn wciąż trwa, nie ma dowodów, że doszło do podpalenia. Wiadomo za to jedno: w puszczy panowała susza, las i torfowiska były bardzo wyschnięte. Dodatkowo występował silny wiatr.
Dokładnie rok wcześniej doszło do innego pożaru. O czym przypomina hydrolog Dariusz Witkowski: W zlewni Narwi i Biebrzy nie było wylewów (zalania terenów w dolinie rzeki -red.). Przez to już w marcu zaczęły palić się torfowiska w Parku Biebrzańskim. W normalnej sytuacji, park powinien być mokradłem w większości zalanym wodą. Tymczasem było tam tak sucho, że wybuchł pożar.
- Na szczęście w tym roku w Parku Biebrzańskim topniejąca pokrywa śnieżna poprawiła warunki, ale niestety nieco niżej na południu, tam gdzie śniegu i opadów było mniej, w ogniu stanęła Puszcza Solska - mówi ekspert z IMGW.
Już jest źle, a będzie... niestety, gorzej
Kiedy nie ma opadów, a gleba jest zbyt sucha, obniżają się wody gruntowe i zmniejsza przepływ w rzekach. I tak znów wróciliśmy do suszy hydrologicznej.
- Kiedy na skutek suszy hydrologicznej poziom wody w rzekach obniża się do stanów krytycznych, może dochodzić do przerwania ciągłości przepływu w korycie rzecznym. To z kolei negatywnie wpływa na bioróżnorodność, ponieważ pogarszają się warunki siedliskowe organizmów wodnych, w tym ryb i bezkręgowców, a w skrajnych przypadkach dochodzi do ich masowego zamierania - mówi Interii Edyta Kiedrzyńska z PAN.
Sytuacja jest trudna, a w kolejnych tygodniach może być jeszcze gorzej. Prognozy nie są bowiem łaskawe i przewidują na ogół opady poniżej normy. Jak długo taki stan będzie się utrzymywał i czy apogeum nadejdzie latem?
Dariusz Witkowski z IMGW podkreśla, że w tym momencie trudno wyrokować.
Instytut przygotował jednak eksperymentalną prognozę długoterminową. - Według niej latem: w czerwcu, lipcu i sierpniu temperatura utrzyma się powyżej normy, a opady w normie. Oznacza to, że te miesiące będą jednymi z cieplejszych miesięcy w porównaniu do tych samych okresów w latach 1991-2020. Jeśli tak rzeczywiście się stanie, będziemy mieć intensywniejsze parowanie i większy ubytek wilgotności z gleby oraz roślin. Jednocześnie opady w normie nie wyrównają braków, więc susza się pogłębi - słyszymy.
- Do tego po tak suchych i upalnych dniach, często nadciągają fronty i dochodzi do gwałtownych zjawisk burzowych - dodaje.
Norma miesięczna spada w pół godziny
Burze mogą być bardzo intensywne, a więc naprawdę niebezpieczne. Nieść ze sobą silne porywy wiatru, nawalne opady deszczu oraz grad, który w ostatnich latach coraz częściej osiąga znaczne rozmiary. Każde z tych zjawisk potrafi narobić szkód, ich zestaw to już pewnik, że strażacy będą mieć pełne ręce roboty.
Jak tłumaczy hydrolog z IMGW, podczas takich deszczowych nawałnic w pół godziny potrafi spaść norma miesięczna opadów dla danej miejscowości.
- Może dochodzić do powodzi błyskawicznych, zwłaszcza na obszarach miejskich, gdzie studzienki nie są w stanie odprowadzać tak ogromnych ilości wody naraz - podkreśla Witkowski.
Co więcej, nawalne deszcze i powodzie błyskawiczne wcale nie rozwiązują problemu suszy. Dlaczego? Po nawalnych opadach, jak mówi ekspert "statystycznie wszystko wygląda dobrze", bo ilość opadów w miesiącu jest wysoka.
W rzeczywistości dobrze nie wygląda nic.
Ziemia powinna być jak gąbka, tymczasem...
Duże ilości gwałtownie spływającej wody niszczą uprawy, a realne braki i tak nie zostają uzupełnione. Ziemia zamiast stać się gąbką, która powoli ale skutecznie nasiąka wodą, będzie raczej jak przysłowiowa kaczka.
- Po przesuszonym gruncie woda po prostu szybko spłynie do rzek i innych cieków wodnych. Nie dotrze jednak do kolejnych warstw gleby, co jest kluczowe, żeby powstrzymać suszę hydrologiczną i odbudowywać zasoby wód gruntowych. Kiedy nie ma opadów, to jedynym źródłem zasilania rzek są właśnie wody podziemne. Chodzi o to, żeby poziom wód podziemnych był jak najwyższy - mówi Dariusz Witkowski.
Potrzebujemy więc deszczy częstych, spokojnych i długotrwałych. Wtedy wody gruntowe byłyby zasilane w sposób idealny.
Na to się jednak nie zanosi. Bo klimat systematycznie się ociepla.
Ciepło, cieplej. Dwa światowe klimatyzatory nie dają rady
- Wzrost średnich miesięcznych temperatur obserwujemy od lat osiemdziesiątych XX wieku. Początkowo zmiany te miały charakter stopniowy, jednak w ciągu ostatnich 25 lat ich tempo wyraźnie wzrosło. Średnie miesięczne temperatury wykazują systematyczny trend wzrostowy, widoczny zarówno w ujęciu wieloletnim, jak i sezonowym - tłumaczy Ewa Kiedrzyńska z PAN.
Ziemia się przegrzewa, bo jej dwa wielkie klimatyzatory działają słabiej.
- Pokrywy lodowe Arktyki i Antarktydy ulegają intensywnemu topnieniu. Są to dwa kluczowe elementy globalnego systemu klimatycznego. Dwa klimatyzatory, które odpowiadają za chłodzenie ziemskiego ekosystemu i stabilizowanie klimatu - mówi ekspertka.
- Rozległe powierzchnie lodu i śniegu odbijają znaczną część promieniowania słonecznego. Kiedy topnieją, odsłaniają ciemniejsze powierzchnie lądu lub oceanu, które pochłaniają więcej energii cieplnej, wzmacniając proces ocieplania - wyjaśnia Kiedrzyńska.
Jak słyszymy, także scenariusze klimatyczne pokazują, że problem suszy będzie się pogłębiał.
Weszliśmy w fazę zdarzeń ekstremalnych
W latach 60. ubiegłego wieku średnia temperatura w czerwcu wynosiła 15,3 st. C, w lipcu 16,7 st. C, a w sierpniu 16,2 st. C. Prognozy na najbliższe miesiące wskazują, że w czerwcu średnia temperatura w Polsce może wynieść około 17,5-18 st. C, w lipcu 19,5-20,3 st. C, a w sierpniu 19-19,8 st. C.
- Są to bardzo duże różnice, sięgające średnio ponad trzech stopni Celsjusza, które pokazują skalę ocieplenia i rosnącą presję termiczną na środowisko - komentuje specjalistka.
I wyjaśnia: Wzrost temperatur wpływa jednak nie tylko na narastanie suszy. Przyczynia się także do intensyfikacji cyklu hydrologicznego, czyli szybszego obiegu wody pomiędzy powierzchnią Ziemi, atmosferą i ekosystemami. Wyższa temperatura zwiększa parowanie z gleby, wód powierzchniowych i roślinności, co sprzyja przesuszaniu krajobrazu. Jednocześnie cieplejsza atmosfera może zawierać więcej pary wodnej, a więc — przy sprzyjających warunkach meteorologicznych — uwalniać większe ilości wody w krótkim czasie. Dlatego w warunkach ocieplającego się klimatu coraz częściej obserwujemy przeplatanie się okresów suszy z epizodami gwałtownych, nawalnych opadów.
- Można powiedzieć, że system klimatyczny Ziemi wszedł w fazę zwiększonej częstości i intensywności zdarzeń ekstremalnych - kwituje dr hab. Edyta Kiedrzyńska.
Można powiedzieć, że klimat nieco... zwariował.
