Hollywoodzkie filmy o F1 to murowane hity. Czas na produkcję o Kubicy?
Piotr Białczyk
Nie tylko męska przygoda. Pitt wraca z rolą życiaEast News
Pół miliarda dolarów zysków, seria pozytywnych recenzji i błyskawiczna zapowiedź potencjalnego sequela - żaden film o sporcie motorowym nie miał do tej pory takich sukcesów, a sama Formuła 1 nie cieszyła się taką popularnością. Kasowy sukces “F1:Film" zbiega się z ostatnim wyczynem Roberta Kubicy w ikonicznym Le Mans 24h, którego historia jest osobnym materiałem na film. Prędkość, adrenalina, pasja - być może to właśnie w tym zawiera się największa tajemnica wyścigów motorowych. Tym samym zasadnie stawiane jest pytanie płynące z produkcji Josepha Kosinskiego - "po co to robimy?".
"F1: Film" od początku skazany był na sukces, choć jego skala wyraźnie zaskoczyła samych filmowców. Brad Pitt - "badboy" z Hollywood, dodatkowo świeżo upieczony rozwodnik wraca z - być może - rolą życia. Charyzma 61-latka bijąca z ekranu jest tak samo przyciągająca, jak tak w "Mr and Mrs Smith".
Tytułowy Sonny Hayes to poobijany życiowo, podstarzały playboy/hulaka, kiedyś z ambicjami na mistrza świata królowej motorsportu. W F1 ścigał się z największymi, jednak feralny wypadek na hiszpańskim torze Jerez wykluczył jego dalsze starty. Nie przeszkodziło to Amerykaninowi szukać wrażeń poza torem w innych seriach, z których nieraz wychodził poobijany.
Po 30 latach od andaluzyjskiego wypadku dawny przyjaciel Ruben Cervantes (odgrywany przez przeuroczego Javiera Bardema) wyciąga do niego rękę, niespodziewanie proponując dołączenie do nierokującego zespołu z końca stawki. Na ekranie ekscentryczny miliarder topi swoją reputację oraz majątek, angażując się finansowo w projekt, który już na papierze nie ma szans powodzenia. To właśnie Hayes ma być kluczem do sukcesu.
"F1: Film" - idealna weekendowa rozrywka dla każdego
Już na początku filmowego spotkania dawnych przyjaciół pada najważniejsze pytanie "po co to robimy". Hayes - dwukrotny rozwodnik, hazardzista oraz bankrut - wreszcie ma szansę odpowiedzieć sobie na to nurtujące pytanie. Odpowiadają sobie na nie także inne postaci z "F1:Film:".
Hayesowi pomagać albo przeszkadzać w tym będzie kompan po drugiej stronie garażu. Młody, ciemnoskóry oraz przybierający maskę pewniaka Joshua Pearce (Damon Idris) - podlotek / rooki również mierzy się ze swoimi wątpliwościami: czy jest wystarczająco dobry, czy team z końca stawki jest dla niego dobrym miejscem? I po co w zasadzie to robi?
Produkcja Apple wtrąca także wątek kobiecy - w rolę dyrektor technicznej teamu Apex GP Kate McKenna wciela się Kerry Condon. Pokazuje, że nawet w tak zmaskulinizowanym środowisku jest miejsce dla płci przeciwnej, choć - podobnie jak w rzeczywistości - na każdym kroku musi udowadniać swoją przydatność i mierzy się z przerostem męskiego ego.
Fani motorsportu (do których też się zaliczam) na początku filmu mogą być nieco rozczarowani, choć stopień tego uczucia w dalszej części projekcji przeradza się w zainteresowanie, a żeby w ostatnich sekwencjach - przede wszystkim ujęciach wyścigowych - zrobić wielkie WOW. Bez nadmiernego wchodzenia w szczegóły:
poziom kadrowania poszczególnych pojedynków na torze jest naprawdę na niespotykanym poziomie, w kinie wręcz wytycza nowe szlaki i niesamowicie wysoko zamieszcza poprzeczkę dla ewentualnej konkurencji.
Tempo projekcji wyznacza także energiczny miks muzyki filmowej Hansa Zimmera ze współczesnymi artystami popu oraz rapu,m.in. Dojy Cat. Zimmer zresztą nie po raz pierwszy angażuje się w projekt motorsportowy - ponad dekadę temu Amerykanin skomponował soundtrack do "Rusha" - fabularnej wersji historii walki między mistrzami F1 Nikiego Laudy oraz Jamesa Hunta. Co poniektórzy melomani wyłapią podobnie brzmiące linie melodyczne w obu tych produkcjach.
"F1:Film" broni się także w elektoracie kobiecym - reakcja na projekcję wśród znajomych i bliskich jest naprawdę niezła, a same widzki przyznają, że fabuła jest idealną weekendową rozrywką. Być może panie nie od razu z wypiekami będą śledziły każde Grand Prix, ale przynajmniej łaskawszym okiem - a przede wszystkim uchem - reagować będą na dudnienie silników w weekendy wyścigowe.
Największą siłą "F1: Film" jest też balans pomiędzy scenariuszową fikcyjnością (która dla "ultrasów" sportów motorowych w niektórych momentach aż zgrzyta), a detalizmem w poszczególnych sekwencjach wyścigowych, a także - i chyba przede wszystkim - świetną rozrywką, czym utwierdza widza ponad dwugodzinny seans.
Jak F1 znów wspięła się na szczyt
Jednocześnie w sieci nie brakuje negatywnych opinii zarzucających reżyserowi stworzenie płatnej reklamówki "królowej motorsportu" - choć w zasadzie to jest też siła tego projektu. Po stronie produkcyjnej w kasowy hit włączył się siedmiokrotny mistrz F1 Lewis Hamilton obok którego - jako producent wykonawczy- wymieniony jest Stefano Domenicalii (były szef teamu Scuderia Ferrari prezes i dyrektor generalny Formuły 1), a także Toto Wolff (szef teamu Mercedes z polskimi korzeniami).
Dzięki angażowi tuzów motorsportu filmowcy dostali dostęp do paddocku, a filmowi zawodnicy Apex GP ustawiają się do wyścigów razem z prawdziwymi zawodnikami i z nimi się ścigają. Efekt oceni każdy sam, bo opinie - jak zawsze - są rozbieżne: od tych nieco prześmiewczych (no bo jak można traktorem wyprzedzić bolid mistrza świata?) po te podkreślające walor edukacyjny - będąc żółtodziobem w tej dziedzinie sportu można błyskawicznie poznać reguły ścigania się.
"F1: Film" to film skazany na sukcesApple TVmateriały prasowe
Angaż w hollywoodzki Sama promocja F1 świadczy o długofalowym podejściu nowych właścicieli serii. Sport rokrocznie tracił na znaczeniu - światowa widownia osiągnęła peak w 2008 roku, osiągając poziom 600 mln widzów, którzy na przestrzeni sezonu widzieli choćby jeden wyścig - jednak po niewiele ponad dekadzie widownia spadła o połowę (2017 rok - jedynie 352 milionów widzów).
Po erze kontrowersyjnego Berniego Ecclestona - nazywanego często "cesarzem F1" lub "bossem Formuły 1", ponieważ niemal samodzielnie przekształcił ten sport z mało uporządkowanej serii wyścigowej w globalny, miliardowy biznes - nadeszła amerykańska rewolucja, która najcenniejsze w sporcie prawa telewizyjne przeniosła za ocean. Kwota transakcji? Jak to w F1 - rekordowa. Liberty Media zakupiło pakiet kontrolny w Formula One Group za 4,4 miliarda dolarów (3,3 miliarda funtów), a transakcja została zatwierdzona przez organy regulacyjne i sfinalizowana 23 stycznia 2017 roku.
Amerykanie poszli za ciosem i dopuścili "za kulisy" sportu Netflixa z serią "Drive to Survive" - wtedy popularność F1 w momencie wystrzeliła. Swoje do tego dołożyły media społecznościowe, które napędzały konflikt na gridzie, a także pandemia koronawirusa. Choć COVID-19 utrudniał logistykę organizacji weekendów wyścigowych, ale z dugiej strony ludzie zamknięci w domach częściej i mocniej chłonęli rywalizację. Dokumentalne "Drive to Survive" czy fabularne “F1: Film" nie były jednak pierwszą próbą sfilmowania torowej rywalizacji.
"Wyścigi to życie. Wszystko, co dzieje się przed lub po, to tylko czekanie"
Pierwszą gwiazdorską produkcją był film stworzony w latach 70. "24 godziny w Le Mans"- Steve McQuuen stworzył film dość oszczędny, raczej ubogi w scenariusz, bardzo surowy. Amerykanin postawił na ostrą, męską rywalizację. Tak samo jest zbudowany główny bohater grany przez McQueena. Po nieco zakurzonej projekcji w głowie zostają dwa obrazy - jeden uwieczniony na plakacie - Michaela Delaneyego unoszącego dwa palce w kierunku swojego rywala - oraz główne przesłanie "Wyścigi to życie. Wszystko, co dzieje się przed lub po, to tylko czekanie".
W tym samym czasie Roman Polański zrealizował dokument "Weekend z mistrzem" - polski reżyser spędził weekend wyścigowy w Monaco, towarzysząc mistrzowi F1 Jackiemu Stewartowi oraz jego żonie w wyścigowym chaosie ulicznego toru.
Materiał stoi jednak w kontrze do filmu z McQueenem- raz z racji gatunku, a dwa samego tworzywa. Surowość ustępuje tutaj oldschoolowemu blichtrowi lat 70. - Monako unosi się zapachem benzyny, wszechogarniającego dymu papierosowego, a także olejku do opalania fanek kierowców - które w przeciwieństwie do spoconych uczestników w ciężkich kombinezonach pokrytych azbestem - są roznegliżowane.
Polański daje nam rzadki wgląd w codzienne życie szkockiego mistrza świata - i jest to pierwsza tak udana próba ujawnienia kulisów brutalnego niekiedy sportu. Rywalizacji, której co roku nie przeżywało kilku kierowców.
Roman Polanski i Jackie Stewart, festiwal w Cannes Traverso/L'Oreal/Getty ImagesGetty Images
Co ciekawe materiał nieomal nie został zniszczony. Po premierze na festiwalu w Berlinie (1972) i po niewielkiej dystrybucji kinowej w Europie "Weekend z mistrzem" nie był wyświetlany przez 40 lat. Archiwum posiadające negatyw skontaktowało się z Polańskim, pytając, czy powinni zatrzymać film, czy go wyrzucić.
Polak zdecydował się na odrestaurowanie filmu na podstawie oryginalnej kopii, remiksując go i nieznacznie montując na nowo. Dodało około 15-minutowy epilog, w którym Polańskii Stewart wspominają przeszłość w dzisiejszym Monako, rozmawiając o swojej przyjaźni, ewolucji bezpieczeństwa wyścigów, fryzurach i swoich refleksjach na temat życia.
Torowe zmagania po latach wróciły za sprawą równie hitowego "Le Mans ’66" z Mattem Damonem i Christianem Balem w rolach głównych. W międzyczasie powstał szereg fabularyzowanych o Brucie McLarenie czy Enzo Ferrarim. W Polsce jednak tematem numer 1 w tej dziedzinie był, jest i na zawsze będzie RK - Robert Kubica.
Kubica znów na szczycie: To był jeden z najtrudniejszych wyścigów
Życiorys krakowianina jest w zasadzie gotowym materiałem na film - od sukcesów w F1, konflikcie w teamie Sauber, gdzie jego zespołowy partner Nick Heidfeld odebrał mu szansę na podium rozgrywek, po tragiczny wypadek w WRC i straconą szansę na występy w Ferrari i powrót do zdrowia.
Kiedy kontuzja ręki niemalże wykluczyła Kubicę z zawodowego sportu, ten pokazał hart ducha i po serii operacji oraz żmudnych operacji wrócił do ścigania - najpierw "powoli" do rajdów, przez samochody wyczynowe, aż po... powrót do F1. Niestety "królowa motorsporu" nie okazała się łaskawa i raptem po jednym pełnym sezonie w barwach Williamsa Kubica zakończył na dobre swoją historię z najwyższą klasą wyścigową. Ale nie z samych wyścigów.
Polak wciąż miał i ma pasję do ścigania - a po latach jego sportową karierę dopełnił kolejny rozdział - tym razem w serii World Endurance Championship. Nazwa, faktycznie, mocno skomplikowana - bo chodzi w końcu o wyścigi długodystansowe. W czerwcu 2025 jako pierwszy Polak 40-latek zwyciężył w wyścigu 24h Le Mans. Krakowianin jest drugim kierowcą w XXI wieku, który zwyciężył w wyścigu Formuły 1 i 24h Le Mans.
- Wygranie Le Mans to coś wyjątkowego. To jeden z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Byłem już blisko tego sukcesu, ale zwycięstwo w Hypercar smakuje wyjątkowo. Zrobiliśmy wszystko, by wygrać. Byliśmy skupieni i skoncentrowani. Dbaliśmy o nasze auto, wiedząc, kiedy możemy docisnąć. Jestem dumny z mojej ekipy - mówił tuż po zwycięstwie we Francji.
Robert Kubica po wygranym wyściguJeremias Gonzalez/Associated Press/East NewsEast News
Wygrana Kubicy - podobnie jak losy filmowego Sonnyego Hayesa - wywołuje te same pytania: po co oni to robią? Może to chęć niepoddawania się, walka ze swoimi słabościami/ demonami i odpowiedź na nałożoną przez innych presję? Może to chęć przeżywania prędkości i adrenaliny? A może to po prostu jedna, wielka pasja do pokonywania własnych barier? Jedno jest wiadome: nic lepszego na 75-lecie historii startów F1 nie mogło się przytrafić. I dla "F1:Film", jak i dla Roberta Kubicy.