Jego nazwisko zdradza korzenie. Choć dziadkowie Maxa pochodzili z Polski, dopiero on zdecydował się podążać ich śladami. - W naszym domu nie mówiono po polsku, więc w kwestii języka jestem w pełni samoukiem - podkreśla. Nie obyło się tu jednak bez wpadek.
- Jestem dziewicą - mówił dawniej, mając na myśli zodiakalną pannę. Kiedy indziej przyjaciel zapytał go, czy wie, że używa zwrotu sugerującego, że jest gejem. Nie wiedział. Dzisiaj mówi po polsku swobodnie, a gdy trudno mu wyrazić jakąś myśl, tłumaczy z uśmiechem, że "mózg nie mózguje".
W Polsce mieszka od czterech lat, choć jak przyznaje, nigdy nie planował zostać tu tak długo. Internet pokochał go za instagramowe rolki poświęcone właśnie życiu nad Wisłą. - Jestem prosty chłopak i kocham pierogi - można w nich usłyszeć. Jest też sekcja dedykowana innym obcokrajowcom, a w niej garść praktycznych rad: Jak przeżyć tradycyjne polskie wesele? Na co być gotowym, poznając rodzinę polskich przyjaciół? - Nie przychodź z pustą ręką. Zdejmij buty i bądź pewny, że nie wyjdziesz głodny - opisuje Max.
W drodze po niemożliwe
Od pewnego czasu na profilu Maxa o przewrotnej nazwie yourfavdogsname (twoje ulubione imię dla psa) można śledzić także jego przygotowania do próby pobicia rekordu: 30-latek chce zostać pierwszym człowiekiem na świecie ze zesztywniającym zapaleniem stawów kręgosłupa i chorobą Leśniowskiego-Crohna, który ukończy maraton w czasie krótszym niż 2.30 h. Skąd ten pomysł? - Zawsze kochałem sport i to się nigdy nie zmieniło - mówi. Nawet wówczas, gdy ból przykuł go do łóżka.
Jako dzieciak grał w rugby, bo piłka nożna była dla niego "zbyt wolna". Czas dzielił między boisko a basen, by z czasem w pełni oddać się pływaniu. Odbywał 7-9 sesji treningowych tygodniowo, napędzała go rywalizacja. Mimo to nie ciągnęło go do triathlonu. Powód był prosty. - Nienawidziłem biegać - przyznaje. Wszystko zmieniło się, gdy miał 16 lat.
Diagnoza
Po rodzinnym wyjeździe na narty jego nogi zwyczajnie odmówiły posłuszeństwa. Początkowo badania i fizjoterapia nie dawały ani pełnej ulgi, ani odpowiedzi na pytanie, co właściwie mu dolega. Był moment, w którym niemal przestał chodzić - nosił go tata. Treningi zastąpiły bolesne spacery do łazienki. Nawet siedzenie oznaczało cierpienie.
Kolejny rok życia Maxa sprowadzał się do badań, szpitali, bólu, łez, złości i bezradności. Schudł 15 kilogramów. W końcu nastała wyczekiwana diagnoza: zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa (ZZSK) w połączeniu z chorobą Leśniowskiego-Crohna. Choć zrozumienie, co mu dolega, przyniosło pewnego rodzaju ulgę, w głowie zaczęły mnożyć się kolejne pytanie. A wśród nich to, które zdawało się wówczas kluczowe: Co dalej ze sportem?
Ten wyczynowy miał być poza jego zasięgiem. Słysząc to, Max uznał, że się na to nie godzi. - To nie tak, że robię coś wbrew mojemu lekarzowi. Zna mnie, odkąd byłem nastolatkiem, ufa, że znam granicę między bólem, który towarzyszy mi na co dzień, a tym, który sygnalizuje, że dzieje się coś złego. Rozumie moje potrzeby i wspiera w tych różnych dziwnych pomysłach - tłumaczy. Powrót do sprawności przebiegał etapami. Gdzieś między nimi zapadła decyzja o wyjeździe na studia do Holandii: By nauczyć się samodzielnie żyć z chorobą, "zarządzać nią" i nie pozwolić, by przejmowała kontrolę nad młodością. Pierwsze lata były balansowaniem na granicy. - Wystarczyło posunąć się o krok za daleko i musiałem czekać: 3-4-5 nawet 6 tygodni, by wrócić do sprawności - wspomina.


Holandia była zaledwie przystankiem. Pomieszkiwanie krócej lub dłużej w kolejnych krajach - m.in. w Niemczech, USA, Dubaju - pozwoliło mu odkrywać sport na nowo. Zakochał się we wspinaczce. W piłce wodnej. Było też podnoszenie ciężarów, jazda na rowerze i - co jeszcze jakiś czas temu wydawałoby się niemożliwe - bieganie. To otworzyło przed nim drzwi do świata triathlonu. I w końcu to, co początkowo miało być zabawą nową formą, stało się główną sportową ambicją. Poprzeczka zawisła wysoko - Max został zawodowym triathlonistą. Jakiś czas później, gdy był już z powrotem w Wielkiej Brytanii, choroba znów powiedziała "stop". Ból przekroczył akceptowalną granicę.
Kolejny raz spakował walizki.
"Są dni, w które oddałbym wszystko, żeby ból po prostu zniknął"
Okres poprzedzający przyjazd do Polski nazywa "zagubieniem". Postanowił wykorzystać go na odnalezienie swoich korzeni. Gdy pojawiła się oferta pracy w Polsce, plan napisał się sam.
- To, co z pewnością łączy Polaków i Brytyjczyków, to narzekanie. Tacy już jesteśmy - stwierdza. Nie dotyczy to jednak bólu. Z nim, jak twierdzi, zdążył się "zaprzyjaźnić". Nie skarży się na swój stan. W Polsce wrócił do biegania i wyznaczył sobie nowy cel. Na pokonanie maratonu poniżej 2 godzin 30 minut daje sobie rok. A co potem? Rekreacja, "sport dla przyjemności".
- Jestem już za stary na bycie profesjonalnym sportowcem. I nie mam zdrowia. Nie wierzę w szczęście, tylko w dyscyplinę i ciężką, systematyczną pracę, ale prawda jest taka, że by być zawodowcem, musisz zdołać trenować przez lata i nie złapać po drodze poważniejszej kontuzji - mówi, właśnie mierząc się z urazem łydki. Czasami zwalnia przez kontuzję, innym razem zmusza go do tego choroba. Schemat jest jednak zawsze taki sam. - Daję sobie dobę na wszystkie związane z tym emocje, a potem po prostu muszę coś z tym zrobić - tłumaczy.


Za każdym razem, gdy staje na linii startu, podejmuje podwójne wyzwanie. - To zawsze rywalizacja z innymi, ale i z samym sobą - mówi. Pytany, czy choroba więcej mu daje, czy zabiera, odpowiada bez wahania: to pierwsze.
- Gdyby ktoś powiedział mi dzisiaj, że może uwolnić mnie od choroby, ale przy tym stracę wszystko, co przeżyłem od czasu diagnozy, nie wiem, co bym odpowiedział. Patrząc wstecz, wiem, że byłem utalentowanym chłopakiem, ale niczego nie robiłem na 100 proc. Było mnie stać na więcej. Po diagnozie wszystko się zmieniło. Bez choroby nie byłbym tak ambitny. Nie oznacza to jednak, że romantyzuje chorobę. Są dni, w których bez wahania oddałbym wszystko, żeby ból po prostu zniknął. Chyba cieszę się, że nie mam takiego wyboru - wyznaje.
Popularność, jaką zdobył na Instagramie, wciąż go zaskakuje. Nie udaje, że go to nie cieszy. Ma jednak świadomość, jak złudne bywa to, co widzimy w internecie. Jego zdaniem "zbytnio normalizujemy pokazywanie tylko dobrych dni". - Wielu osobom może się zdawać, że wstaję rano, robię trening i idę dalej. Nie widzą ceny, jaką płacę - mówi. Dlatego zaczął mówić o niej wprost.
"Wielu z nas ma przekonanie, że wyczerpanie jest czymś normalnym, a zmęczenie psychiczne aż do łez, to oznaka, że jesteśmy na dobrej drodze. To może być prawda, ale może to też być za dużo" - wyznał niedawno, gdy kontuzja zmusiła go do zmiany planów.
"Jeśli coś jest dla ciebie trudne, nie ma nic złego w tym, by to powiedzieć. Przyznanie, że jesteś zmęczony, przestraszony i obolały nie oznacza, że jesteś słaby. Oznacza, że jesteś człowiekiem" - przypomina.
Polsko-brytyjski, brytyjsko-polski. "Nigdzie się stąd nie wybieram"
Skąd jest Max? To skomplikowane. Jak tłumaczy, ma polskie korzenie, ale w pełni brytyjskie dzieciństwo i wychowanie. W Wielkiej Brytanii był "polsko-brytyjski", tu czuje się "brytyjsko-polski", czyli "wszędzie trochę obcy". - Dziadek zmarł, gdy byłem małym chłopcem. Żałuję, że nie zdążyłem świadomie porozmawiać z nim o Polsce i jego historii - mówi dzisiaj.
Przez cztery spędzone w Warszawie lata zdołał zgromadzić sporo informacji o swoich krewnych. - Dziadek został sierotą. Brał udział w Powstaniu Warszawskim jako młody chłopiec. Miał chyba 12 lat. Z tego, co wiem, był kurierem, chodził kanałami i przekazywał informacje. Wciąż staram się ustalić więcej - mówi Max. Rozmawiamy 1 sierpnia, kilka godzin przed godziną "W".
- Dziadek nigdy nie wrócił do Polski na stałe. Jestem bardzo ciekawy, co by powiedział, wiedząc, że jego wnuk, mogąc zamieszkać wszędzie, wybrał właśnie ten kraj. Mam nadzieję, że byłby dumy, że z Polski się nie ucieka. Tu chce się przyjechać - mówi Max.
Polska "daje mu dziś wszystko, czego potrzebuje do życia". Czy stanie się jego domem? - Próbuję ułożyć sobie tu życie, ale czy to będzie na zawsze? Początkowo w ogóle nie planowałem tu być, więc "nigdy nie mów nigdy". Ale tu i teraz nigdzie się stąd nie wybieram - podsumował.
