Artykuł tworzy cykl rozmów autora pokazujący sytuacje na Bliskim Wschodzie z różnych perspektyw.Wojciech Albert Łobodziński: Jak to się stało, że Islamska Republika Iranu po dwóch miesiącach wojny funkcjonuje normalnie? Ma rząd, a po zabójstwie poprzedniego lidera sprawnie wyłoniono następcę. Stabilność reżimu wydaje się znacznie większa, niż zakładano na początku konfliktu czy w kontekście niedawnych protestów. Skąd bierze się ta wytrzymałość?
Julia Sochacka: Wynika to przede wszystkim z samej konstrukcji systemu zaprojektowanego 47 lat temu. Koncepcja państwa opartego na modelu velayat-e faqih, czyli rządach uczonego prawnika muzułmańskiego, łączy zręby instytucji quasi-demokratycznych z autokratycznym przywództwem. Choć najwyższy przywódca nie jest wyłaniany w wyborach powszechnych, formalnie jest to urząd obieralny, a nie dziedziczny - mimo że obecnie syn zastąpił ojca.
Gdzie w takim razie powinniśmy doszukiwać się tego demokratycznego komponentu?
Konstytucja z 1979 roku precyzyjnie rozdziela kompetencje. Część urzędów, jak prezydent, pochodzi z wyborów bezpośrednich, inne mają charakter kolegialny, co utrudnia nagłą eliminację całego ośrodka władzy. Mamy odrębne gałęzie: parlament, władzę wykonawczą z rządem oraz rozbudowane ramię zbrojne. Obok regularnej armii kluczową rolę odgrywa Korpus Strażników Rewolucji z własnymi siłami specjalnymi oraz milicja Basidż. Ta ostatnia odpowiada za porządek wewnętrzny i tłumienie protestów, co pozwala siłom zbrojnym skupić się na zagrożeniach zewnętrznych. Do tego dochodzi odrębne sądownictwo, które - choć podległe liderowi - sprawnie realizuje politykę represji wobec opozycji. Tak zaawansowana struktura sprawia, że likwidacja jednej osoby nie jest w stanie załamać państwa.
Próby podjęte prawdopodobnie przez Amerykanów i Izraelczyków na początku wojny nie przyniosły skutku.
Owszem, jednocześnie argumenty niektórych z polityków, czy komentatorów o zmianie charakteru reżimu są chybione - u sterów wciąż pozostają ludzie uformowani przez ten system. Choć o stanie zdrowia Modżtaby Chameneiego wiemy mało, to postacie takie jak prezydent Pezeszkian czy przewodniczący parlamentu Ghalibaf - mający za sobą kariery w wojsku i strukturach władzy - gwarantują ciągłość.
Jedyną realną zmianą jest to, że wraz z eliminacją kolejnych liderów ubywa kadr mniej radykalnych lub posiadających doświadczenie w negocjacjach z Zachodem. Niemniej o przetrwaniu reżimu decyduje jego złożoność oraz specyficzna decentralizacja. Dotyczy to zarówno usług publicznych i reagowania kryzysowego, jak i - według doniesień - produkcji militariów. Nawet jeśli informacje o rozproszonych fabrykach dronów traktować z dystansem jako element irańskiej dezinformacji, to ich skuteczność operacyjna pozostaje faktem.
W prasie pojawiają się teorie, że obecny przywódca Iranu, Modżtaba Chamenei, od lat funkcjonuje w strukturach władzy, zwłaszcza blisko Korpusu Strażników Rewolucji, będąc kimś w rodzaju szarej eminencji za rządów swojego ojca. Ile w tym prawdy?
To, że był aktywny w polityce, znajdując się blisko centrum decyzyjnego, nie ulega wątpliwości. Potwierdzają się też doniesienia, że jest on kandydatem popieranym przede wszystkim przez Strażników Rewolucji. Musimy jednak pamiętać o obecnej blokadzie informacyjnej w Iranie - docierają do nas głównie oficjalne komunikaty lub kontrolowane przecieki, a nie rzetelne wieści opozycyjne.
Pojawiały się informacje, że obecnie bezpośredni dostęp do najwyższego przywódcy ma jedynie wierchuszka Strażników Rewolucji, zwłaszcza generał Ahmad Vahidi. Niemniej Ali Chamenei trzymał władzę bardzo mocno w swoich rękach. Urząd najwyższego przywódcy ma bowiem wymiar nie tylko polityczny, ale i głęboko ideologiczny. W mitologii szyickiej jest on zastępcą imama na ziemi, wyznacznikiem moralności i najwyższym autorytetem. Ali Chamenei skutecznie wypełniał tę rolę, budując realny posłuch wśród polityków i społeczeństwa. Dlatego uważam, że to on zawsze miał ostatnie słowo - dopóki żył, w głównym establishmencie nie było miejsca na żadną szarą eminencję.
Jakim poparciem może cieszyć się obecnie nowy przywódca Iranu? Istnieje popularna diagnoza, że jeśli prowadzi się wojnę totalną przeciwko jakiemuś społeczeństwu, to nawet gdy jego decydenci są niepopularni, w momencie tak szerokiej skali ataków i śmierci liderów państwa dochodzi do efektu "zjednoczenia się wokół flagi". Szczególnie jeśli z perspektywy Iranu atak ten był niesprowokowany. Ile jest w tym prawdy w przypadku Irańczyków? Przecież Izrael i USA, przynajmniej na początku konfliktu, liczyły na wywołanie w kraju rewolucji.
Zachód rzeczywiście na to liczył, ale były to kalkulacje mocno przesadzone. Podstawowy problem z opozycją czy ruchem antyreżimowym w Iranie polega na tym, że jest on bardzo mocno zdecentralizowany i ma charakter wybitnie oddolny. Przez to trudno jest tam wskazać konkretną grupę liderską, która mogłaby taki ruch poprowadzić. Wynika to nie tyle ze słabości opozycji jako takiej, ile przede wszystkim z brutalności samego reżimu i jego skuteczności w zwalczaniu sprzeciwu.
Wewnątrz Iranu takie struktury po prostu nie mogły się wykształcić. Obserwowaliśmy to podczas różnych fal protestów - były one koordynowane spontanicznie, zazwyczaj przez media społecznościowe. W warunkach wojennych stosunkowo łatwo jest taki opór stłumić. Intensywne bombardowania amerykańsko-izraelskie nie dotykały jedynie celów militarnych, a skala zniszczeń jest trudna do oszacowania przez blokadę informacyjną. Reżim surowo karze za przekazywanie informacji o trafieniach, traktując to jako szpiegostwo. Trudno mi sobie wyobrazić, by ruch opozycyjny był w stanie organizować demonstracje w momencie ciągłego zagrożenia z powietrza; to po prostu fizycznie niemożliwe.
A z drugiej strony wydaje się, że zadziałał mechanizm konsolidacji.
Widzieliśmy sporo demonstracji prorządowych i wieców po śmierci Chameneiego oraz innych przywódców. Ostatnie duże zgromadzenie miało miejsce po śmierci Alego Laridżaniego, choć miało ono charakter ogólnie antywojenny. Można oczywiście dyskutować nad organicznością tych wydarzeń - na pewno są one organizowane odgórnie, a ludzie zachęcani do udziału. Obrazy docierające na Zachód są selekcjonowane pod kątem PR-owym: pokazują dużą liczebność i przekrój społeczny, od kobiet w pełnych hidżabach po te z ledwo zasłoniętymi włosami, młodych i starszych.
Mamy jednak sygnały, głównie dziennikarskie, że nawet osoby chłodno nastawione do reżimu lub otwarcie mu przeciwne nie zgadzają się na obcą inwazję. Nie będą one wspierać bombardowań, widząc w nich działanie wymierzone w interes narodowy. Do tego dochodzi kolejna warstwa - ekonomiczna. Iran był w trudnej sytuacji już wcześniej przez piętrzące się sankcje, ale wojna przyniosła prawdziwe załamanie. Dotyczy to dostępu do produktów, utrudnionego przez amerykańską blokadę, oraz kwestii zatrudnienia. Problemy te paraliżują państwo i dostęp do usług publicznych. Choć to jedynie moje spekulacje, brak danych pozwala przypuszczać, że może dojść do odwrotu od trendów urbanizacyjnych. Ludzie mogą zacząć uciekać z dużych ośrodków miejskich, które są głównymi celami ataków, na prowincję w poszukiwaniu bezpieczeństwa i jakichkolwiek perspektyw pracy.
Jak ocenia Pani obecną pozycję negocjacyjną Iranu w rozmowach z Donaldem Trumpem i Izraelem? Wszystko zaczęło się od irańskiej listy postulatów, którą Trump początkowo uznał za obiecującą. Jednak patrząc na te punkty - dotyczące przyszłości baz USA w Zatoce Perskiej czy tranzytu przez cieśninę Ormuz - odnosi się wrażenie, że są one dyktowane z pozycji siły.
Te postulaty są niesamowicie ambitne i stanowią niemal całkowite odrzucenie amerykańskich "czerwonych linii". Iran zaczął negocjacje bardzo ostro, by utrzymać swoje zależności, choć prawdopodobnie jest już gotowy na pewne ustępstwa w kwestiach nuklearnych. Nowym i trudnym elementem jest sprawa cieśniny Ormuz, która wcześniej nie pojawiała się w tak bezpośrednich starciach z USA i Izraelem.
Dotychczas to Irańczycy utrudniają drugą rundę rozmów i nie chcą usiąść do stołu. Powodem jest amerykańska "kontrblokada" u wejścia do cieśniny, wprowadzona między turami negocjacji. Stanowcza postawa Iranu jest kreowana głównie na użytek wewnętrzny - reżim musi pokazać społeczeństwu, że nie kapituluje, co z kolei próbuje sugerować Donald Trump w mediach społecznościowych. Na użytek zewnętrzny jest to natomiast testowanie granic wytrzymałości Amerykanów.
Pierwszym takim testem było wygaśnięcie pierwotnego, 14-dniowego zawieszenia broni. Administracja USA zareagowała przedłużeniem go do o kilka dni. To najwyraźniej przyniosło efekt, bo pojawiają się doniesienia, że Irańczycy zadeklarowali mediatorom z Pakistanu gotowość do przyjazdu do Islamabadu. Coś zaczyna pękać i być może do drugiej rundy jednak dojdzie.
Należy jednak pamiętać, że Amerykanie i Izraelczycy mają zdolności oraz determinację, by wznowić działania wojenne, jeśli w ciągu najbliższych kilku dni nie nastąpi przełom. Powrót do walk oznaczałby prawdopodobnie ponowne ataki z powietrza i irański odwet wymierzony w państwa Zatoki.
A gdzie można się dopatrywać szansy na deeskalację?
W szybkim rozwiązaniu problemu Ormuzu. Choć cieśnina miała być otwarta, ruch nie został wznowiony w pełnym zakresie. Potwierdziły się doniesienia o zaminowaniu akwenu, co wymaga czasochłonnego oczyszczania. Ponadto wznowienie żeglugi to teraz bardziej decyzja biznesowa niż polityczna - koszty ubezpieczenia statków są tak gigantyczne, że firmy nie zaryzykują rejsu bez gwarancji pełnego bezpieczeństwa. Wyjątek stanowiło jedynie kilkanaście jednostek z państw zaprzyjaźnionych z Iranem, które przepuszczano specjalnym korytarzem. Obecnie przeprawa pozostaje niemal niemożliwa, zwłaszcza że Amerykanie siłowo egzekwują swoją blokadę, co widzieliśmy przy przejęciu jednego ze statków 20 kwietnia.
Na koniec chciałbym zapytać o pozycję państw Zatoki Perskiej. Zostały one zaatakowane przez Iran, jednak nie zdecydowały się na odpowiedź zbrojną. Jak pokrótce wygląda historia relacji między tymi państwami a Teheranem?
To relacje tradycyjnie trudne, zwłaszcza w przypadku najważniejszych graczy, jak Arabia Saudyjska. Wynika to z faktu, że oba kraje aspirują do roli hegemona w świecie muzułmańskim. Ponadto rewolucja irańska ma charakter szyicki i zakłada eksport swojej ideologii na inne państwa, co Rijad postrzega jako egzystencjalne zagrożenie - zwłaszcza że w Arabii Saudyjskiej istnieje spora mniejszość szyicka, często będąca w opozycji do establishmentu. Napięcia potęgowało finansowanie przez Iran szyickich proksy, takich jak Huti w Jemenie, co doprowadziło do krwawej wojny domowej.
Podobna sytuacja ma miejsce w Bahrajnie, gdzie większość obywateli to szyici, podczas gdy rodzina panująca i elity są sunnickie. Iran oskarża Bahrajn o prześladowania współwyznawców, natomiast władze w Manamie tropią irańskie siatki szpiegowskie i surowo karzą za wszelkie przejawy sprzeciwu, interpretując je jako zagrożenie wewnętrzne inspirowane przez Teheran.
Z kolei Zjednoczone Emiraty Arabskie wypracowały z Iranem pewne porozumienie gospodarcze - ulokowano tam sporo irańskich aktywów, a migracja między tymi krajami była widoczna. Niemniej dla Emiratów Iran pozostaje zagrożeniem ustrojowym, gdyż kraj ten bezwzględnie zwalcza islam polityczny, którego emanacją jest właśnie rewolucja szyicka. Dodatkowo ZEA mają najbliższe w regionie relacje z Izraelem (porozumienia abrahamowe), co sprawia, że Iran postrzega je jako "przedłużoną rękę" Tel Awiwu. Reakcja Emiratów na konflikt była najostrzejsza: wydalono ambasadora, zamrożono majątki i zamknięto irańskie instytucje. Państwo to dotkliwie ucierpiało też w wyniku ataków irańskich dronów i rakiet, a odbudowa infrastruktury będzie niezwykle kosztowna.
W przypadku Kuwejtu, bliskiego sojusznika USA, poczucie wzajemnego zagrożenia jest podobne. Inaczej sytuacja wygląda w Katarze i Omanie - te państwa zawsze starały się utrzymać poprawne relacje z Teheranem i pełniły funkcję mediatorów.
Oman wręcz pogratulował Modżtabie Chameneiemu wyboru, co było bezprecedensowe, biorąc pod uwagę, że irańskie pociski dosięgały celów również na jego terytorium. Widać tu silny nacisk na deeskalację. Wynika to z faktu, że ani Katar, ani Oman nie aspirują do roli regionalnego hegemona, więc Iran nie zagraża ich pozycji. Nie są też tak wrogo nastawione do islamu politycznego.
Właśnie na tym tle w 2017 roku doszło do konfliktu Kataru z Arabią Saudyjską i Emiratami, które oskarżyły go o wspieranie ekstremizmu. Katar dzieli też z Iranem gigantyczne pole gazowe, co wymusza delikatny balans. Uderzenie w irańską infrastrukturę energetyczną mogłoby rykoszetem uderzyć w interesy Dohy, co zresztą już się stało po ataku na pole South Pars.
Jednocześnie niedawno w mediach pojawiły się tzw. przecieki mówiąca o tym, że Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska zorganizowały własne ataki wymierzone w cele w Iranie, ile jest w nich prawdy?
Byłabym ostrożna w kwestii przypisywania bezpośredniego zaangażowania państw Zatoki w akcje militarne przeciwko Iranowi. Choć po atakach na kluczową infrastrukturę energetyczną Arabia Saudyjska i Emiraty publicznie zastrzegły sobie prawo do odpowiedzi, taki scenariusz pozostaje niepewny. Obecne przecieki o rzekomych działaniach zbrojnych mogą być raczej próbą storpedowania kruchego zawieszenia broni i powrotu do aktywnych walk niż raportem z rzeczywistych zdarzeń.
Dopuszczam możliwość zbrojnej reakcji ze strony Emiratów, nieco mniej ze strony Arabii Saudyjskiej. Rijad, mimo że zależy mu na osłabieniu Iranu, woli, by odbyło się to rękami Amerykanów - taką postawę widać od początku konfliktu. Zjednoczone Emiraty Arabskie prowadzą natomiast coraz bardziej niezależną politykę zagraniczną, co rzutuje na ich relacje z sąsiadami.
Symptomem tej niezależności jest sytuacja w OPEC?
Między innymi. Emiraty zdecydowały się na wyjście z organizacji w momencie, który nie przekłada się bezpośrednio na rynek europejski. Cieśnina Ormuz jest zablokowana, a przepustowość rurociągu z Abu Zabi do Fudżajry czy saudyjskiej nitki do portu Janbu jest ograniczona. Emiraty nie mogą więc teraz skokowo zwiększyć podaży, choć taki jest ich cel. Strategia OPEC, polegająca na manipulowaniu cenami poprzez ograniczanie wydobycia, uderza w interesy Abu Zabi. Arabia Saudyjska woli windować ceny, by finansować zyskami zaplecze socjalne i wielkie projekty, podczas gdy Emiraty chcą jak najszybciej sprzedać swoje zasoby, zanim świat odejdzie od ropy. Przyjęły one ambitny cel "net zero" do 2050 roku i dążą do błyskawicznej dywersyfikacji gospodarki.
Decyzja o opuszczeniu OPEC ma też wymiar polityczny i obnaża rywalizację saudyjsko-emiracką. Wspólne zagrożenie ze strony Iranu nie zbliżyło tych państw do siebie. Jeszcze przed wojną doszło między nimi do spięcia w Jemenie, gdy popierani przez Emiraty separatyści z Southern Transitional Council próbowali ogłosić niepodległość, co zostało stłumione przez Arabię Saudyjską. Choć wybuch wojny w Iranie zmusił oba kraje do koordynacji działań w ramach GCC, stare animozje teraz ponownie wychodzą na powierzchnię.
Podsumowując, Emiraty coraz silniej akcentują swoją autonomię. Podczas gdy inne państwa regionu mają trudność z pogodzeniem gwarancji bezpieczeństwa USA z niechęcią do działań Izraela, Abu Zabi nie ma takich oporów. Można się spodziewać, że dalsza normalizacja ich stosunków z Izraelem będzie postępować, nawet w całkowitym oderwaniu od polityki pozostałych sąsiadów z Zatoki.
Skąd bierze się tak duża intensywność ataków na Zjednoczone Emiraty Arabskie? Po Izraelu to właśnie ten kraj jest najczęstszym celem Iranu. Jak można to wytłumaczyć?
W skali całego konfliktu kluczową kwestią jest bliskość relacji ZEA z Izraelem. To główny problem, choć dochodzi do tego również płaszczyzna ideologiczna. Choć narracja o fundamentalnych różnicach w stylu życia i zarządzania jest mocno promowana przez same Emiraty - częściowo jako element własnej propagandy - to konflikt wartości jest faktem. Abu Zabi od lat zwalcza wszelkie przejawy islamu politycznego, niezależnie od jego odłamu. Z perspektywy Teheranu Emiraty są jednak przede wszystkim postrzegane jako najbliższy sojusznik USA i Izraela, który przyjmuje najostrzejszą retorykę i wykazuje najmniejszą chęć do mediacji.
Najświeższe ataki mogą być również bezpośrednią odpowiedzią na ruchy ZEA w OPEC. Iran chce w ten sposób przypomnieć, że nawet po opuszczeniu organizacji Emiraty nie będą mogły swobodnie eksportować ropy, dopóki ich infrastruktura znajduje się w zasięgu dronów i pocisków. Obecne zawieszenie broni jest systematycznie naruszane, co wynika z ogólnej niestabilności sytuacji. Obie strony testują granice wytrzymałości przeciwnika, sprawdzając, jak daleko mogą się posunąć, zanim powrót do impasu - pozwalającego na przegrupowanie i uzupełnienie magazynów - stanie się niemożliwy. Jesteśmy w punkcie, w którym równie prawdopodobne jest przejście do negocjacji, jak i pełny powrót do działań zbrojnych.
A jak wyglądają obecnie negocjacje w kontekście wizyty Donalda Trumpa w Chinach? Czy prezydent USA próbuje tam wypracować jakiś układ dotyczący Zatoki Perskiej?
Sprawa ta na pewno znajdzie się w agendzie, gdyż Chinom - podobnie jak USA - bardzo zależy na odblokowaniu cieśniny. Irańczycy przygotowywali grunt pod tę wizytę; ich minister spraw zagranicznych był w Pekinie kilka dni temu, zapewne apelując o naciski na Waszyngton w sprawie zniesienia blokady. Z perspektywy Teheranu amerykańska blokada to główna przeszkoda w otwarciu rozmów.
Mimo to nie spodziewałabym się po tej wizycie przełomu. Wydaje się, że obu stronom zależało jedynie na utrzymaniu zawieszenia broni do czasu powrotu Trumpa z Chin. Po jego przylocie administracja amerykańska może poczuć się albo ośmielona do wznowienia działań kinetycznych, albo - pod wpływem nacisków zewnętrznych - uzna, że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć. Iran niedawno przedstawił własną propozycję ram negocjacyjnych, będącą odpowiedzią na plan amerykański. Choć Waszyngton uznał ją za nieakceptowalną, sam fakt jej pojawienia się świadczy o tym, że Irańczycy wkalkulowali brak poważniejszych ruchów ze strony USA przed zakończeniem rozmów w Pekinie.
Wiele wskazuje na to, że potencjał Iranu - przynajmniej według przekazów medialnych - pozostaje silny. Tego argumentu używa Binjamin Netanjahu, który wzywa do wznowienia ataków, twierdząc, że jeśli nie zrobimy tego teraz, to kolejna konfrontacja będzie nieunikniona. Wydaje się, że zmierzamy ku kolejnej odsłonie tego konfliktu.
To bardzo możliwe. Nawet jeśli na początku zawieszenia broni Iran był mocno osłabiony, to minione tygodnie dały mu bezcenny czas na przegrupowanie, zabezpieczenie arsenału i uzupełnienie magazynów. Teheran wyciągnął lekcje z poprzednich miesięcy i zapewne wdrożył już nowe decyzje strukturalne. Z perspektywy Izraela powrót do działań zbrojnych jest korzystny - osłabienie Iranu pozostaje priorytetem, nawet jeśli destabilizuje to region, w którym Izrael bezpośrednio nie leży.
Widzę tu jednak poważne zagrożenie. Skoro nie udało się przejąć zapasów uranu z terytorium Iranu, a reżim wciąż ma do niego dostęp i nad nim pracuje, pojawia się pytanie o przyszłą strategię USA i Izraela.
Czy nie wrócą oni do taktyki koszenia trawy, czyli regularnych uderzeń co kilka miesięcy, którą znamy z Gazy czy Libanu?
Dokładnie, a taki scenariusz już się realizuje - od poprzedniej wojny minęło zaledwie pół roku i zaczął się obecny konflikt.
Jeśli Izrael i Stany Zjednoczone nie osiągną teraz swoich celów, będą wracać do tematu cyklicznie, o ile nie zmieni się amerykańska strategia. Co prawda Izrael ogłosił niedawno chęć ograniczenia zależności od finansowania z USA, ale zanim to nastąpi, musi ugasić "lokalne pożary": front libański oraz wciąż trwające działania w Strefie Gazy, gdzie proces pokojowy utknął w martwym punkcie. Z perspektywy izraelskiej dokończenie operacji teraz wydaje się mniej ryzykowne niż pozostawienie problemu nierozwiązanego, choć na razie trudno o jednoznaczne deklaracje, czy ta strategia przeważy.
***
Julia Sochacka jest analityczką Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Programie Bliski Wschód i Afryka. Zajmuje się sytuacją polityczną i kwestiami gospodarczymi w regionie Bliskiego Wschodu. Ukończyła prawo i arabistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a obecnie przygotowuje tam rozprawę doktorską dotyczącą ochrony inwestycji zagranicznych w Lidze Państw Arabskich. Dotychczas zdobywała doświadczenie w sektorze prywatnym oraz na uczelni, odbyła też staż badawczy na Hamad Bin Khalifa University w Katarze.











