Dworzec w Nawoi znacząco różni się od tego w Samarkandzie, na którym godzinę wcześniej wsiadałem do pociągu. Tam - gwar, pełno turystów, kawiarnie, cukiernie, sklepy z magnesami. Tutaj - spokój. Tylko kilku taksówkarzy kręci się przy wyjściu z budynku, proponując swoje usługi. Są jednak cichsi i mniej zdecydowani od kolegów po fachu 150 kilometrów dalej.
To, co zwraca moją uwagę, to żar lejący się z nieba. Jest gorąco, grubo ponad 35 stopni Celsjusza, pewnie bliżej 40. Wokół Nawoi przeważają tereny półpustynne, a ja czuję, jak moje ciało z ogromnym trudem próbuje zaadaptować się do tych warunków.
Szczęśliwie pierwszy punkt mojej wyprawy znajduje się blisko dworca. Jakieś 15 minut piechotą. Tak przynajmniej twierdzi nawigacja w moim telefonie.
"Tu spoczywają Polacy"
Na ulicach jest pusto, nie mam kogo zapytać, czy faktycznie idę w dobrym kierunku. Pejzaż wokół nie daje żadnych podpowiedzi - tu sklep z saunami, tu jakaś budowa, tu wieża ciśnień.
Muszę więc zaufać technologii. Skręcam w lewo.
Znalazłem się na szutrowej drodze, ułożonej równolegle do torów. W oddali dostrzegam niziutki murek, a za nim kilka betonowych bloczków. To chyba tutaj.
Po chwili widzę wyraźnie. Betonowe bloczki to nagrobki. Oto polski cmentarz. Nekropolia nazywa się Karmana-Stacja. Do 1958 roku miasto, w którym jestem, nosiło bowiem nazwę Karmana. Dopiero później przemianowano je na Nawoi.
Cmentarz jest ogrodzony, a pośrodku znajduje się furtka. Nikt nie zamyka jej na klucz - wystarczy ją lekko pchnąć, aby wejść do środka. Na niewielkiej przestrzeni pochowano 444 osoby, o czym informuje napis na cokole. Sporządzono go w dwóch językach - po polsku i po uzbecku.
"Tu spoczywają Polacy. 444 żołnierzy Armii Polskiej na Wschodzie gen. Wł. Andersa" - czytam.
W miejscu, w którym jestem, ponad 80 lat temu formowała się 7. Dywizja Piechoty, a także zlokalizowano tu stację Szpitala Epidemicznego numer 2.
Aby w pełni zrozumieć kontekst, wsiądźmy wspólnie do wehikułu czasu.


Sowieci potrzebowali pomocy Polaków
Wysiadamy w 1939 roku, kiedy Polska została niemalże jednocześnie zaatakowana z dwóch stron - z zachodu przez III Rzeszę, a ze wschodu przez Związek Radziecki. Nasi rodacy byli represjonowani i wywożeni przez obydwu okupantów. Sowieci organizowali zsyłki przede wszystkim na Syberię i do Kazachstanu.
22 czerwca 1941 roku sytuacja międzynarodowa została wywrócona do góry nogami. Naziści zaatakowali ZSRR, zrywając tym samym pakt Ribbentrop-Mołotow. Sowieci ponosili dotkliwe straty i postanowili w związku z tym zmienić swoją politykę wobec Polski. 30 lipca doszło do podpisania układu Sikorski-Majski, w którym radziecki rząd zapowiedział amnestię polskich obywateli więzionych na terenie Związku Sowieckiego.
Ten gest miał swoją cenę. Jednocześnie bowiem ustalono utworzenie polskiej armii w ZSRR, która miała pomóc w walce z Niemcami. Sowietom zależało na czasie, więc już w sierpniu tego samego roku wybrano dowódcę tej formacji. Został nim generał Władysław Anders, który ledwie kilka dni wcześniej, po 22 miesiącach, opuścił więzienie na moskiewskiej Łubiance.
We wrześniu rozpoczęło się formowanie jednostek. Sztab polskiej armii ulokowano w Buzułuku, do którego przybywali wojskowi zwalniani z łagrów we wszystkich stronach Związku Radzieckiego.
I wtedy pojawił się problem.
W zdecydowanej większości przypadków żołnierze nie nadawali się do walki. Ledwo stali na nogach. Głodni, wyczerpani i chorzy. Wielu z nich, choć dokładnych liczb nie poznamy nigdy, zmarło w drodze do punktów zbornych.
Generał Anders, chcąc uratować jak największą liczbę rodaków, przyjmował jednak wszystkich do armii - niezależnie od ich stanu zdrowia. Do jednostek wcielano także kobiety i dzieci, którym znajdowano niemilitarne zajęcia, takie jak obsługa sekretariatu, praca w charakterze szyfrantów, dyżury na dworcu, w kuchni czy magazynach.


Anders spotkał się ze Stalinem
Aż do listopada 1941 roku liczebność polskich jednostek stale rosła. W tym czasie osiągnęła rozmiar mniej więcej 40 tysięcy ludzi. Sowieci nie chcieli pozwolić na dalszy rozwój formacji, więc drastycznie ograniczyli racje żywieniowe. Odmawiali też pomocy humanitarnej i medycznej.
Generał Anders wiedział, że musi działać. Wyruszył do jaskini lwa. Spotkał się z Józefem Stalinem w Moskwie.
Sowiecki dyktator, wciąż będący pod silną presją na niemieckim froncie, poszedł na pewne ustępstwa. Zgodził się mianowicie na wspólne uzbrojenie polskich jednostek przez ZSRR, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, a także na przeniesienie Armii Andersa do Azji Środkowej. Tam łatwiej było utrzymać i wyżywić tysiące ludzi, co miało pomóc w przygotowaniu sił zbrojnych do walki. Termin, który wyznaczył Stalin, to luty 1942 roku.
Na terenie Uzbeckiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej rozlokowano siedem jednostek. Kiedy Sowieci przywrócili zgodę na dalsze formowanie sił zbrojnych, do Armii Andersa dołączały kolejne tysiące Polaków. W Karmanie generał osobiście witał rodaków wysiadających z pociągów. Doskonale zdawał więc sobie sprawę z tego, w jakiej kondycji przybywali oni do Uzbekistanu.
Wraz z nimi do Karmany dotarł tyfus plamisty. Z powodu braku lekarstw i wciąż bardzo złych warunków sanitarnych choroba szybko przeistoczyła się w epidemię. Podjęto więc decyzję o stworzeniu Szpitala Epidemicznego numer 2.


"Jestem strażniczką cmentarza"
Ponad 80 lat później stoję przy tych samych torach, przy których stał generał Anders. Raz jeszcze patrzę na groby, powoli i w skupieniu odczytując kolejne nazwiska wyryte na płycie. Po kilkudziesięciu minutach postanawiam ruszyć dalej, do drugiej polskiej nekropolii mieszczącej się w Karmanie.
Tym razem korzystam z taksówki, do pokonania mam bowiem blisko 10 kilometrów. W takim skwarze spacerować nie zamierzam.
- Skąd pan jest? - pyta mnie kierowca, kiedy wsiadam do samochodu.
Z Polski - odpowiadam. - Przyjechałem tutaj, aby zobaczyć cmentarze, na których spoczęli moi rodacy.
- Naprawdę? Jest u nas coś takiego? - dziwi się mój szofer.
W telegraficznym skrócie opowiadam mu skomplikowaną historię Armii Andersa. Mam wrażenie, że rozumie ją intuicyjnie - wszak jego ojczyzna także doświadczyła radzieckiego epizodu.
Kierowca wysadza mnie przy samym cmentarzu. Ten, w przeciwieństwie do pierwszego przeze mnie odwiedzonego, mieści się wśród domów jednorodzinnych. Jest bardziej zadbany - są ładnie utrzymane krzewy i kwiaty, kilka świeczek z elektrycznymi lampkami. I polska flaga.
Nagle słyszę za sobą ciche "dzień dobry". Odwracam się i widzę uzbecką kobietę, która wyłoniła się z jednego z domostw.
- Mówi pani po polsku? - pytam.
- Nie, umiem się tylko przywitać - odpowiada mi już po rosyjsku. - Jestem strażniczką cmentarza. Znam pana Pawła, jego żonę, a także wiele historii Polaków, którzy przewinęli się przez Uzbekistan - tłumaczy.
Pan Paweł, o którym wspomniała, to Paweł Cieślicki. Mężczyzna był odpowiedzialny za renowację polskich cmentarzy, które tego dnia odwiedziłem. Nawiązał liczne kontakty z miejscowymi, którzy - o czym sam się przekonałem - doskonale go pamiętają.
- Proszę się wpisać - mówi strażniczka, pokładając mi pod dłoń długopis i księgę gości.
Dopisuję swoje imię i nazwisko, a także datę wizyty, jednocześnie zerkając na kolumny nade mną. Uśmiecham się sam do siebie, kiedy widzę dane osobowe rodaków naniesione kilka dni wcześniej.
Podchodzę do tablicy z nazwiskami poległych. Lista jest ułożona alfabetycznie.
Wacław Abramowicz. Bolesław Baran. Wiktor Bass. Mikołaj Bazylkiewicz. Jan Burczyński... lat 18.
Zatrzymuję się przy tym nazwisku na dłużej. 18 lat. Dlaczego chłopiec w tak młodym wieku musiał dokonać żywota na uzbeckiej półpustyni, kilka tysięcy kilometrów od domu? Czy był tu sam? Dokąd zmierzał? Kiedy ostatni raz widział Polskę?
Czy był jedną z ofiar epidemii tyfusu, która wybuchła w Armii Andersa?
Ewakuacja z ZSRR
Choroba pochłonęła około 10 tysięcy ludzkich istnień. Tymczasem bezdusznie nastał luty 1942 roku. Stalin przypomniał o zobowiązaniu Polaków do walki u boku Sowietów.
Generał Anders znów sprzeciwił się jednemu z najpotężniejszych ludzi w ówczesnym świecie. Kategorycznie odmówił wysłania swoich wojsk na front, argumentując to fatalnym stanem żołnierzy. Wódz miał obawy graniczące z pewnością, że Armia Czerwona wykorzysta Polaków jako mięso armatnie.
Negocjacje przyniosły skutek. Stalin zgodził się na ewakuację żołnierzy, dla których brakowało racji żywieniowych. Pomiędzy 24 marca a 5 kwietnia 1942 roku Związek Radziecki opuściło 44 tysiące osób, z których sami wojskowi stanowili 33 tysiące.
Generał Anders był usatysfakcjonowany. Ale aby odnieść pełny sukces, musiał wyprowadzić z domu niewoli jeszcze kolejnych 40 tysięcy rodaków.
Czasu było niewiele. Istniało bowiem ryzyko, że w przypadku poprawy sytuacji militarnej Sowietów polscy żołnierze zostaną ponownie zesłani do łagrów. Wódz liczył na wstawiennictwo brytyjskiego premiera Winstona Churchilla.
2 lipca nadeszła długo wyczekiwana wiadomość. Polski rząd w Londynie otrzymał potwierdzenie, że Stalin zdecydował się wyprowadzić wszystkie jednostki Polskich Sił Zbrojnych na Bliski Wschód. Ich celem miał być Iran, okupowany wówczas wspólnie przez Wielką Brytanię i Związek Radziecki.
19 sierpnia rozpoczęła się ewakuacja. W ciągu 13 dni wyprowadzono blisko 70 tysięcy osób, w tym aż 25 tysięcy cywilów. To nawet więcej, niż pierwotnie planowano. Do przerzutu Polaków wykorzystano drogę morską z portu Krasnowodzk do irańskiego Pahlawi.
Na Bliskim Wschodzie pieczę nad naszymi rodakami przejęli Brytyjczycy. Stalin stracił nad nimi kontrolę, czego namacalnym dowodem było utworzenie II Korpusu Polskiego, który wcielono do armii brytyjskiej.
A później? A później było Monte Cassino, była Ankona, była Bolonia...
To jednak tematy na zupełnie inną opowieść.
***
Po całym dniu w Karmanie (Nawoi) wracam na znany mi już dworzec. Siadam na ławce i czekam na pociąg.
Przyjeżdża. Wsiadam. W środku wygodne fotele, klimatyzacja i zasłony na oknach. I cała gama posiłków do wyboru - od naleśników, przez truskawki z lodami, aż po hamburgery.
