Z jednej strony niewielka Praia Vermelha ukryta w zatoce, z drugiej duża i piękna Ipanema, a pośrodku wielokilometrowa Copacabana - chyba najbardziej znana plaża świata. Na miasto spogląda Chrystus Zbawiciel, którego posąg góruje nad Rio de Janeiro. Niektórzy, twierdzą jednak, że Bóg już dawno opuścił to miejsce.
Gdyby tak nie było, to czy pozwoliłby, aby tylko jednego październikowego dnia brutalnie zabito tu 122 osoby, z czego większość stanowili młodzi chłopcy? Takie pytanie zadaje sobie z pewnością wiele matek, córek, sióstr i żon, które tamtego dnia kogoś straciły, i które tracą bliskich nadal - każdego dnia.
Fawele w Rio
W Rio de Janeiro jest około tysiąca fawel. Szacuje się, że mieszka w nich nawet półtora miliona z niemal 6,5 mln mieszkańców miasta. Szczelnie pokrywają one niemal wszystkie wzgórza w mieście, gęstą zabudową przypominającą mrowisko.
Niektórzy określają je slumsami, dzielnicami biedy. Teza ta ma swoje odzwierciedlenie w statystykach. Mieszkańcy fawel żyją średnio 30 lat krócej niż osoby zamieszkujące bogate dzielnice Rio. Dzieci z fawel średnio spędzają w szkole ok. 6 lat. Ponad połowa mieszkańców zarabia poniżej minimalnej krajowej wynoszącej nieco ponad 1000 zł, a bezrobocie sięga kilkudziesięciu procent.
Fawele nie są zwykłymi dzielnicami. Władze państwowe, ani lokalne nie sprawują nad nimi żadnej kontroli. Nie obowiązuje tu brazylijskie prawo, lecz prawo gangów. Policja się tu nie zapuszcza, chyba że w ramach planowanej akcji zbrojnej wymierzonej w grupy przestępcze.
Do faweli lepiej nie iść samemu. Jednak wcale nie dlatego, że jest tu tak niebezpiecznie. Po prostu panują tu odmienne zasady, a ich nieznajomość łatwo może skończyć się śmiercią. Jeden niewłaściwy ruch, jedno niewłaściwe zdjęcie i problemy gwarantowane. Obcy zwraca tu na siebie uwagę i budzi podejrzenia.
W Rio niemal każdą z fawel zarządza jedna z tutejszych grup przestępczych: Commando Vermelho (Czerwone Komando - pol.), Amigos Dos Amigos (Przyjaciele Przyjaciół - pol.) lub Commando Terceiro Puro (Trzecie Czyste Komando - pol.). Oprócz nich są jeszcze milicje - organizacje mafijne złożone najczęściej z byłych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości.
Do gangów często dołączają kilkunastoletnie dzieci, które mimo młodego wieku muszą wspierać finansowo rodziny, którymi państwo się nie interesuje i nie chce pomóc. Działalność przestępcza to dla nich często jedyny sposób, by zarobić pieniądze.


Największa z nich
Rocinhę, którą odwiedzam, zarządza Commando Vermelho. To największa fawela w Rio. I jedna z najbezpieczniejszych. Do strzelanin dochodzi tutaj stosunkowo rzadko. O tym, kto stanowi tu prawo przypominają czerwone litery CV wypisane na murach wielu budynków.
Tuż przy wejściu do faweli widzę młodego mężczyznę stojącego na dachu jednego z budynków i obserwującego uważnie główną ulicę. W pewnym momencie mężczyzna odwraca się na chwilę i widzę pistolet włożony w jego spodnie. To jeden z członków gangu. Obserwuje wejście do dzielnicy, by w razie pojawienia się policji lub członków wrogiego gangu ostrzec swoich towarzyszy ukrytych w gąszczu wąskich uliczek faweli.
- Teraz schowaj telefon i nie wyciągaj go, dopóki ci nie pozwolę - mówi Brian, mój przewodnik, gdy wchodzimy w jedną z takich uliczek. Po chwili dowiaduję się czemu. Mijamy boca de fumo (usta dymu - pol.) - czyli punkt sprzedaży narkotyków. Młodzi, dwudziestoparoletni chłopcy stoją za dużym drewnianym stołem. Jeden z nich przesypuje kokainę z dużego worka do mniejszych. Pozostali słuchają głośno baile funky - muzyki fawel Rio. Rozmawiają, śmieją się i wymachują pistoletami.
Trafikanci, bo tak nazywa się członków gangów, zajmujących się handlem narkotykami nie można nagrywać, chyba że wyrażą na to wyraźnie zgodę. W Rio za samo zdjęcie z bronią można zostać zabitym lub trafić do więzienia na wiele lat. Wolę więc nie ryzykować. Nagrywanie ich bez zgody, może natomiast jeszcze szybciej skończyć się śmiercią nagrywającego.
- To etykieta z paczki narkotyków sprzedawanych w Rocinhi - mówi mój przewodnik, podnosząc z ziemii niewielki kawałek papieru, przypominający znaczek pocztowy z dużym liściem marihuany na środku. - Widzisz na dole te małe czerwone literki CV? To znaczy, że ten woreczek został sprzedany przez Commando Vermelho - tłumaczy.
- A to co oznacza? - pytam, wskazując na niewielki rysunek w prawym dolnym rogu przedstawiający Johnny'ego Bravo.
- To symbol dona fawelii. Don Rocinhi nosi przydomek Johnny Bravo - odpowiada. Przez chwilę mam ochotę zabrać ze sobą ten kawałeczek papieru. Na pamiątkę. Po chwili namysłu jednak rezygnuję.
Wychodząc z faweli mijamy jeszcze jedno boca de fumo - ustawione tuż przy budynku jednej z tutejszych szkół. Chłopcy wyglądający jakby mieli kilkanaście lat, wszyscy uzbrojeni oraz odurzeni alkoholem i narkotykami. To dzieci, które nie mają alternatyw, ponieważ państwo ma je gdzieś. Dołączają do gangu, bo tylko dzięki pistoletowi za paskiem i pieniądzom z handlu narkotykami mogą liczyć na szacunek.
To ludzie, a nie gangi i bieda
W fawelach Rio żyją miliony mieszkańców. Tylko niewielką część z nich stanowią członkowie tutejszych gangów. Pozostali, to ludzie zarabiający na życie w sposób legalny. Część z nich pracuje w samych fawelach - są tu bowiem sklepy, restauracje serwujące kuchnie z całego świata, szkoły, szpitale, siłownie, salony kosmetyczne i fryzjerskie czy warsztaty samochodowe. Inni codziennie rano opuszczają dzielnicę, by pracować w bogatej i turystycznej Strefie Południowej lub w centrum miasta.
Życie tutaj, mimo obecności uzbrojonych po zęby gangsterów, toczy się swoim normalnym rytmem. Członkowie gangów nie stanowią zagrożenia dla mieszkańców. Wręcz przeciwnie, to oni pilnują porządku i egzekwują prawo, które surowo zabrania popełniania kradzieży, rozbojów, gwałtów czy morderstw w faweli. W wielu przypadkach za ich popełnienie grozi śmierć. Tutaj wszyscy się znają i nic się ukryje. Nikt więc nie kradnie, nie gwałci i nie zabija bez powodu.
W fawelach jest bezpieczniej niż w innych dzielnicach. Możesz zostawić telefon na wierzchu i nikt ci go nie ukradnie. Tutaj nie zostaniesz napadnięty, nic ci nie grozi niezależnie czy jesteś tutejszy czy z zewnątrz - mówi Brian. Niebezpiecznie robi się dopiero gdy w faweli pojawia się policja, lub członkowie wrogiego gangu. W Rocinhi strzelaniny należą jednak do rzadkości.
W faweli panuje poczucie wspólnoty, jakiego nie spotkałem nigdy wcześniej. Ludzie się do siebie uśmiechają, pomagają sobie wzajemnie. Każda fawela to osobna społeczność, która wspiera się na dobre i na złe.
Mijamy targowiska, i rozłożone na ulicy trampoliny na których skaczą roześmiane dzieciaki. Na chwilę zatrzymujemy się przy boisku piłkarskim, by pograć z najwyżej kilkuletnimi chłopcami i dziewczynkami. Mimo młodego wieku, grają świetnie i bez problemu z nami wygrywają.
Odwiedzamy szkołę capoeiry - tradycyjnej brazylijskiej sztuki walki przypominającej taniec. Capoeira, podobnie jak samba, jest jednym z symboli Brazylii. Zarówno capoeira, jak i samba mają swoje korzenie w fawelach.
Szkoła została założona wiele lat temu przez małżeństwo, które chciało zarażać dzieci swoją pasją i pokazywać im, że istnieje droga poza tą przestępczą. Od tego czasu wykształciła wielu znakomitych capoeiristów, którzy odnosili sukcesy na międzynarodowych zawodach, a teraz sami uczą innych młodych ludzi.
Szkoła nie tylko uczy capoeiry. Opiekuje się dziećmi, gdy te nie mogą liczyć na rodziców. Tworzy wspólnotę i jedną wielką kochającą się rodzinę. Szkoła żyje w większości z prywatnych dotacji. Uzbierane pieniądze trafiają na wykształcenie dzieciaków. Czasami uda się nawet uzbierać, by mogły one pojechać na zawody za granicę. Jedną z największych gwiazd zespołu jest 13-letni chłopiec. Osiągał już sukcesy na zawodach w Niemczech czy Francji.
- Moim głównym celem oprócz tworzenie dobrych capoeiristów, jest tworzenie dobrych obywateli świadomych swoich praw i obowiązków. Większość ludzi tutaj było przez lata dyskryminowanych, na skutek czego stracili poczucie tożsamości i własnej wartości. Moim głównym wyzwaniem jest danie dzieciom i nastolatkom narzędzi potrzebnych do radzenia sobie w życiu przy poszanowaniu prawa oraz zachęcanie ich do poszerzania horyzontów - twierdzi założyciel szkoły.
Uwaga policja!
Wychodzę z Rocinhi i wsiadam w taksówkę. Po przejechaniu kilkuset metrów, za pierwszym rogiem, auto zatrzymuje policja militarna - jednostki brazylijskiej policji wyszkolonej do walki z tutejszymi gangami.
Potężny funkcjonariusz uzbrojony w karabin każe mi wysiąść z auta. Najpierw sprawdza mój paszport, a później dokładnie przeszukuje. Każe wywrócić kieszenie na lewą stronę. Wyciąga wszystko z plecaka i portfela. Nic nie znajduje, a ja w głowie dziękuję sobie, że nie zabrałem ze sobą etykietki po narkotykach. Oddaje mi paszport, moje rzeczy. Wsiadam do taksówki i odjeżdżamy.
Chociaż wiedziałem, że nie zrobiłem niczego złego, to podczas przeszukania miałem duszę na ramieniu. Policja w Rio de Janeiro znana jest ze swojej brutalności i skorumpowania. BOPE - oddziały specjalne policji militarnej wyszkolone do pacyfikowania faweli mają w swoim logo czaszkę przebitą nożem. To wiele mówi o tych jednostkach.
Policja w Rio nie patyczkuje się z członkami gangów, a nawet osobami podejrzanymi o członkostwo w grupie przestępczej. Brutalne egzekucje pozasądowe są na porządku dziennym.
Najlepszym przykładem działań policji z Rio była operacja przeprowadzana 28 października ubiegłego roku. To wtedy oddziały policji militarnej i BOPE wkroczyły do fawel Penha i Alemao w ramach walki z gangami narkotykowymi. W operacji brały udział setki funkcjonariuszy, a cała akcja skończyła się masakrą, w wyniku której zginęły 122 osoby, w tym pięciu policjantów. Zdjęcia ciał młodych chłopców, z których wielu pewnie nie miało nic wspólnego z gangami, ułożone na ulicach pojawiały się na pierwszych stronach mediów na całym świecie. Jedna z ofiar działań policji miała uciętą głowę. Na niektórych zdjęciach widać funkcjonariusza z zakrwawioną maczetą w dłoni.
Akcja została niedawno potępiona przez Międzyamerykańską Komisję Praw Człowieka, która zarzuciła funkcjonariuszom z Rio nieproporcjonalną brutalność, narażenie cywilów, tortury i egzekucje pozasądowe.
Brutalność rozlewająca się po mieście nie obchodzi jednak ani władz, ani turystów. Te pierwsze nie oferują fawelom niczego, co mogłoby pomóc w walce z przestępczością narkotykową. Nie oferują dzieciom z biednych rodzin żadnej alternatywy, która mogłaby je skłonić, by zrezygnowały z dołączania do gangów w młodym wieku. Na brutalność przestępców odpowiadają jeszcze większą brutalnością policji, jedynie nakręcającą spiralę nienawiści. Zamiast na edukację i poprawę jakości życia mieszkańców fawel, wolą wydawać miliony na helikoptery i nowoczesną broń dla policji.
Turyści natomiast nie przejmują się problemami faweli. Spędzają wakacje w Strefie Południowej - całymi dniami opalając się na Copacabanie lub Ipanemie. Tutaj jedynym problemem są kieszonkowcy i równa opalenizna.
