Serbska stolica, choć intrygująca, dla wielu turystycznie pozostaje kierunkiem egzotycznym. Dostrzec to można już podczas przygotowań do podróży - żadna z popularnych, tańszych linii nie oferuje rejsu do portu lotniczego im. Nikola Tesli, więc trzeba postawić na krajowych przewoźników. W ciepły, czerwcowy weekend na podróż do serca Bałkan przygotowano samolot mieszczącą blisko 80 pasażerów, ale wsiadła bagatela połowa z nich. Zresztą poza szumem silnika przez cały lot w kabinie dominowało brzmienie bałkańskich języków.
Mozaikowa stolica pełna kontrastów
Przelot z Warszawy do Belgradu trwa około półtorej godziny, w trakcie których tuż przed lądowaniem zza chmur wyłania się to, co przyciąga do metropolii koneserów architektury: przepastne i unikatowe, zaprojektowane w czasach jugosłowiańskiej prosperity wielkie osiedla brutalistycznych i futurystycznych w swojej formie bloków, liczących nawet 30 pięter. Te pnące się ku niebu gigantyczne budynki ustawione są harmonijnie i geometrycznie, tworząc rzędy przeplatanych zielenią kwartałów mieszkalno-usługowych.
Między nimi wiją się dwie potężne rzeki: największy w Europie Dunaj i wpadająca do niego w samym centrum Belgradu Sawa. Nad nią położone są stara twierdza Kalemegdan i nowoczesne drapacze chmur.


Po wylądowaniu można było poczuć się jak za dawnych lat, ponieważ obywatele tylko części państw unijnych mają szansę na szybką, biometryczną kontrolę paszportową - Polacy z kolei muszą ustawić się w długiej kolejce do okienka, gdzie pogranicznik szybko kartkuje dokument i wbija zapomniany przez wielu stempel. To znak, że wycieczka do Serbii oznacza podróż w jeszcze nie tak odległą przeszłość. Niezwykłym udogodnieniem natomiast jest darmowa komunikacja miejska - to jedyna ponad milionowa metropolia w Europie, w której nie trzeba kupować biletów.
Miasto brutalizmu, którego świetność minęła
Najprostsza droga z lotniska do centrum miasta wiedzie przez najważniejszą arterię byłej Jugosławii, czyli tzw. autostradę "Braterstwa i jedności". Trasa była w minionej epoce propagandową wizytówką, ale i obecne władze wykorzystują ją do pokazów siły. Na co dzień wzdłuż jezdni wiszą serbskie flagi państwowe, gdy zaś do stolicy z wizytą przybywa przywódca sojuszniczego państwa, czerwono-niebiesko-białe proporce wymieszane są z flagami kraju gościa.
Największe wrażenie podczas przejazdu robi jednak modernistyczna dzielnica Nowy Belgrad i słynna Zachodnia Brama, nazywana Genex Tower czy też "miejską latarnią morską". To wysoki na 154 metry gmach podzielony na dwie części - północną mieszkalną i południową biurową, w której przez lata swoją siedzibę miała instytucja odpowiedzialna za eksport towarów jugosłowiańskich, Generalexport.


Budynek zaprojektowano w 1977 roku na wzór bramy, która witała przybyszów. Na 26. i 27. kondygnacji obie wieże spięte są dwupiętrowym łącznikiem, znad którego wyrasta rotunda, gdzie mieściła się restauracja wyposażona w mechanizm obrotowy (co ciekawe ostatecznie nigdy nie zadziałał). Od 1980 roku wysokościowiec był symbolem i ikoną modernistycznej architektury socjalistycznej Jugosławii. Surowy brutalizm miał pokazywać siłę, postęp i - wydawało się - nieuchronną drogę ku świetlanej przyszłości ówczesnego państwa.
Obecnie słynny Genex oraz jego okolica są jednak poważnie zaniedbane i niszczeją. Część biurowa pozostaje opuszczona, lokal gastronomiczny na szczycie nie funkcjonuje, a część mieszkalna - choć nadal w użytku - wymaga gruntownego remontu. Wybrukowane place porośnięte są chwastami, a wokół walają się odpadające płytki chodnikowe i porąbane meble z porzuconego punktowca. Iskierką nadziei pozostaje fakt, że Zachodnia Brama została wpisana w listopadzie 2021 roku na listę zabytków i jest prawnie chroniona.


Niedofinansowane perły skansenu przepychu
Dzielnica Nowy Belgrad to mówiąc wprost: skansen jugosłowiańskiej architektury, przetykany dziś postmodernistycznymi plombami, nowoczesnymi wieżowcami i galeriami handlowymi. Na dawnych rozlewiskach Sawy i Dunaju wzniesiono ważne budynki rządowe i wiele osiedli mieszkalnych, których nazwy noszą ponumerowane bloki rozumiane jako kwartały. Do najbardziej monumentalnych należą numery od 61 do 63 między ulicami Europejską a Jurija Gagarina. To zaprojektowane w myśli socjalistycznej 20-kondygnacyjne schodkowe budowle, pod którymi znajdują się garaże. I choć otaczają je przestronne zieleńce, szkoły, przedszkola i wciąż pełne dzieci boiska, to stan techniczny budynków oraz małej infrastruktury jest w fatalnym stanie. Prac remontowych, które pomogłyby intrygującym blokom, podczas spaceru na próżno szukać.


Po przeciwległej stronie dzielnicy przy bulwarze Nikoli Tesli u brzegu Dunaju dominuje natomiast przepastny Pałac Serbii. W najwyższym punkcie ma zaledwie pięć pięter, ale zajmuje powierzchnię 65 tys. mkw. To siedziba władzy wykonawczej dawnej Jugosławii, a obecnie dom kilku ministerstw i organów państwowych. Fascynujący, a zarazem przytłaczający ogromem budynek w kształcie litery H wznoszono przez 12 lat od 1947 do 1959 roku. W latach świetności rezydowały tu przedstawicielstwa wszystkich republik jugosłowiańskich, które mogły urządzić wnętrza swoich skrzydła w sposób nawiązujący do ich kultury i tradycji. Obecnie Pałac ma status zabytku i nie jest dostępny dla zwiedzających poza coroczną nocą muzeów.


Na szlaku symboli belgradzkiej architektury nie sposób pominąć jeszcze co najmniej trzech kompleksów. Jednym z nich jest Beogradjanka - wysoki na 127 metrów z iglicą wieżowiec, który od połowy lat 70. jest przykładem modernizmu w lokalnym wydaniu. Bywał krytykowany za swoją czarną elewację, ponieważ Belgrad w języku serbskim oznacza "białe miasto", ale mimo nieprzychylnych komentarzy dumnie wznosi się nad centrum, symbolizując dobrą koniunkturę lat 60. i 70. na Bałkanach Zachodnich.
Szczególną uwagę przykuwa również blok mieszkalny, znany powszechnie jako "Toblerone". Skąd ta nazwa? Jego bryła skojarzyła się mieszkańcom i miłośnikom brutalizmu z popularnym batonikiem spod tej marki. Zbudowany jest na planie okręgu z wykuszami w kształcie trójkątów i stoi samotnie tuż przy sporym skrzyżowaniu nieopodal parku. Wybudowano go w 1963 roku dla pracowników uniwersyteckich. Dziś 17-piętrowiec przyciąga swoją niecodzienną formą.


Skoro Belgrad ma swoją Zachodnią Bramę, musiał mieć też i Wschodnią. Kompleks Rudo - bo o nim mowa - różni się znacznie o swojego przeciwległego odpowiednika. To trzy wieżowce złożone z 28 kondygnacji w formie schodkowej wybudowane na planie okręgu, a każdy z nich jest od siebie równo oddalony, ma po 190 mieszkań oraz przeszklone klatki schodowe z panoramicznym widokiem od strony dziedzińca. Tutaj różnice między "bramami" kończą się - podobnie jak Genex, Rudo popada w ruinę. Mieszkańcy starają się o remont, ale te są często przerywane z powodu braku środków. Przyszłość osiedla, podobnie jak innych pereł jugosłowiańskiego brutalizmu, stoi pod wieloma znakami zapytania.


Protesty, cicha "wojna" i promyk nadziei
Przemierzając belgradzkie ulice wciąż słychać echa protestów, które toczą Serbię od niemal dwóch lat. Zarzewiem niezadowolenia była katastrofa budowlana z 1 listopada 2024 roku, gdy w Nowym Sadzie zawalił się dach świeżo wyremontowanej hali dworcowej. Zginęło wówczas 16 osób, w tym sześciolatek. Sprzeciwiający się władzy studenci i ich zwolennicy obarczają winą elity Serbskiej Partii Postępowej (SNS) rządzące państwem od 2012 roku. Sama tragedia ma zaś zdaniem manifestujących symbolizować skorumpowanie establishmentu oraz brak dochowywania standardów i transparentności działań.
Ostatnie duże protesty i charakterystyczne dla demonstrantów blokady najważniejszych traktów odbyły się pod koniec maja. Na wiaduktach regularnie widać studentów i popleczników władz, którzy - w zależności od strony - wznoszą kolejno transparenty "Studenci zwyciężą" lub "Serbia zwycięży". Szerokie aleje i prospekty, osiedlowe uliczki między brutalistycznymi gmachami, chodniki, skwery, place, mury, słupy miejskie, ściany tuneli i budynków czy billboardy - dosłownie wszędzie widać "wojnę" na graffiti, wlepki, plakaty i banery.


Symboliczne starcie na uliczne tagi zdecydowanie zwycięża grupa wsparcia SNS. Przestrzeń dominuje hasło "FCK BLK", oznaczające nic innego jak popularny angielski wulgaryzm w połączeniu z serbskim skrótem opisującym blokujących drogi buntowników (srb. blokaderi). Gdzieniegdzie studenci dają odpór, przekreślając "BLK" na rzecz "SNS", jednak ewidentnie przegrywają na tym froncie.


Studenci są także porównywani przez przeciwników do terrorystów czy ustaszy - wrogich Serbom, chorwackich kolaborantów III Rzeszy. Nie brakuje również nacjonalistycznych krzyży celtyckich oraz haseł uderzających w NATO i Unię Europejską. Przewaga popleczników SNS na ulicach jest tak duża, że wśród protestujących dominuje przekonanie, że są oni opłacani przez władzę.


Mimo to żądane przez studentów przedterminowe wybory parlamentarne odbędą się między październikiem a grudniem 2026 roku. Ponadto pod koniec czerwca Aleksandar Vučić ogłosił, że nie doczeka do końca kadencji i niebawem ustąpi ze stanowiska. Choć główne oczekiwanie demonstrantów niebawem się ziści, to ustępujący prezydent i jego partia mają średnie poparcie sondażowe rzędu 50 proc.


Tito wiecznie żywy
Poza wszechobecnym graffiti belgradzki pejzaż urozmaica także pamięć o jugosłowiańskim przywódcy - Jospie Broz Tito. I choć nie był on Serbem, a urodzonym na pograniczu ze Słowenią Chorwatem, to właśnie nad Dunajem i Sawą wspomnienie o dyktatorze jest wciąż bardzo żywe. Widać to przede wszystkim w Muzeum Jugosławii, mieszczącym się w mozaikowym, zabytkowym budynku z lat 60. XX wieku obok dawnej rezydencji dyktatora. Instytucja powstała w miejscu Muzeum Rewolucji Narodów i Narodowości Jugosławii.
Obecnie można tam podziwiać między innymi masę przedmiotów związanych z byłym przywódcą - kilka sal zajmują choćby prezenty, jakie Tito otrzymywał od zagranicznych gości. Nie brakuje również informacji o powstaniu, rozkwicie i upadku Jugosławii, a także estetyce tego państwa oraz jego niezwykłej architekturze.
Między budynkami muzealnymi, na wzgórzu z widokiem na Belgrad, wznosi się Dom Kwiatów, pełniący kiedyś funkcję ogrodu zimowego i miejsca pracy Josipa Broz Tity. Dziś natomiast - zgodnie z ostatnią wolą wodza - mieści się tam mauzoleum, gdzie w centralnym punkcie pochowano samego marszałka, a tuż obok za pierzeją kwiatów jego małżonkę Jovankę. Na skrzydłach oglądać można prywatne rzeczy wodza i wystawę fotograficzną upamiętniającą jego pogrzeb, na który przybyli delegaci ze 127 krajów.


Przyjęło się, że ceremonia pożegnalna Tity była największym pogrzebem głowy państwa w dziejach świata - pojawiło się na niej m.in. czterech królów, 31 prezydentów, 22 premierów i 47 ministrów, w tym lider ZSRR Leonid Breżniew, premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, kanclerz RFN Helmut Schmidt czy Edward Gierek, którego z Titem łączyła przyjaźń. Byli także Indira Gandhi, Jaser Arafat, Saddam Husajn i wiele innych.


O dyktatorze, który jeździł koleją
Szczególnym artefaktem przywołującym pamięć o Tito jest Plavi Voz, czyli słynny niebieski, prywatny pociąg naczelnika. Skład znajduje się w hangarze kolejowym na przedmieściach miasta i można go zwiedzać - wcześniej jednak należy zgłosić się na kilka dni przed mailowo oraz kupić fizyczną wejściówkę w kasie biletowej na dworcu głównym (co ciekawe ów bilet wypisywany jest ręcznie przez kalkę).
Dziesięcio wagonowy pociąg wyprodukowano w 1959 roku w słoweńskim Mariborze. Gościli w nim liderzy wielu państw, w tym brytyjska królowa Elżbieta II czy I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i inni możni tamtych lat, co uwieczniono na fotografiach rozwieszonych w całym pociągu. Wnętrze zostało wykonane w stylu art deco z mahoniu, grusz i orzechów obitych pluszem i jedwabiem, podłogę natomiast usłano wełnianymi dywanami.


Każdy z wagonów miał inną funkcję - znajdowały się w nich m.in. sypialnia i gabinet Tity oraz jego małżonki, jadalnia i bar dla przywódcy oraz jego gości, większy wagon restauracyjny, zamykany salonik dla prywatnych rozmów czy sala konferencyjna z wielkim stołem, którą można było przerobić na kino.


Wspomniany stół posłużył w maju 1980 roku jako katafalk dla trumny z ciałem marszałka, ponieważ ten zmarł 4 maja w Lublanie, po czym skład wyruszył w ostatnią podróż z pierwszym pasażerem na pokładzie przez kraj do miejsca spoczynku w Belgradzie.


Jaskrawa przyjaźń z wielkim niedźwiedziem
Wizerunek Tity nie znajduje się tylko w muzeach. Jugosłowiański przywódca to jedna z głównych postaci sklepów pamiątkarskich, gdzie można kupić z nim pocztówki, koszulki, kubki, plakaty i magnesy. Punktów z suwenirami nie ma jednak na każdym kroku, jak w innych europejskich stolicach, co po raz kolejny udowadnia, że turystyka zagraniczna nie jest domeną Belgradu. Dominują za to kioski z gazetami i papierosami, które zaczęły znikać z polskich miast sukcesywnie dwie dekady temu.


Gdy tylko uda się trafić na sklep z upominkami oczywiście nie brakuje podobizn Nikola Tesli czy Novaka Djokovicia oraz standardowego asortymentu, jak magnesy czy pocztówki z symbolami miasta. Szczególną uwagę przykuwają natomiast nostalgiczne pamiątki przywołujące Kosowo jako integralną część Serbii, a także gadżety z… Władimirem Putinem, Ramzanem Kadyrowem, Grupą Wagnera, a także owianym złą sławą w naszej części kontynentu rosyjskim symbolem "Z". Znamienny jest także fakt, że w drodze z centrum na lotnisko stoi pożegnalny billboard, na którym widać splątane flagi Serbii oraz Rosji okraszone napisem "Razem!" w języku serbskim i logiem Gazpromu.


Belgrad da się lubić
Mimo wszystko Belgrad to tętniąca życiem, wielka metropolia Bałkanów Zachodnich. Nie przeszkadza temu stosunkowo niewielka liczba turystów, ponieważ lokalsi skutecznie zapełniają ulice, skwery, muzea i restauracje. Miasto ma do zaoferowania bardzo wiele - od historycznych cerkwi, przez niepowtarzalne brutalistyczne bloki i urzędy, po imprezowe silosy nad Dunajem, gdzie można natrafić na kontrowersyjne wystawy sztuki nowoczesnej.
Stolica Serbii miejscami przytłacza ogromem socjalistycznej gigantomanii, ale nie brakuje tam bliskości do natury. Śródmieście z kolei wiąże zabytkowe, kameralne uliczki z biznesowymi centrami przeszklonych wieżowców. Są tam również budynki symbolicznie przypominające o bombardowaniach NATO z 1999 roku.


Belgrad to z pewnością doskonały cel dla wszystkich uwielbiających podróże w czasie, które zresztą są specjalnością Serbów, nie mogących zapomnieć o swoim byłym przywódcy i dawnych latach jugosłowiańskiej świetności. Dziwi tylko fakt, dlaczego mimo tej nostalgii władze nie troszczą się szczególnie o swoją niezwykłą, brutalistyczną architekturę i nie uczyniono z niej serbskiego produktu eksportowego.


