Zaburzenie to polega na nawracających epizodach spożywania bardzo dużych ilości jedzenia w krótkim czasie, którym towarzyszy poczucie utraty kontroli nad jedzeniem oraz silne emocje - wstyd, poczucie winy czy bezradność.
Szacuje się, że na świecie z zespołem kompulsywnego objadania się zmaga się od około 1,5 do nawet 3,5 proc. dorosłej populacji, choć rzeczywista liczba osób dotkniętych tym zaburzeniem może być wyższa, ponieważ wiele przypadków nie jest diagnozowanych.
W Polsce problem ten również ma istotną skalę. Według badań zaburzenie to dotyczy około 2-5 proc. populacji, a wśród osób z nadwagą lub otyłością może występować nawet u 30 proc. badanych.
Co więcej, niektóre badania wskazują, że aż 21 proc. osób deklaruje doświadczenie epizodów kompulsywnego objadania się, choć nie zawsze spełniają one kryteria pełnej diagnozy klinicznej.
Kompulsywne objadanie się to temat, któremu swoją książkę poświęciła Marcelina Paprocka, dietetyczka kliniczna i psychodietetyczka z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem.
Małgorzata Janik, Interia Zdrowie: Dlaczego pani napisała swoją książkę?
mgr Marcelina Paprocka: - Lata temu, gdy zaczynałam swoją przygodę z dietetyką, wciąż mało mówiło się o niektórych aspektach związanych z żywieniem. Ja w swoim życiu miałam epizod kompulsywnego objadania się i to właśnie on zapoczątkowało moje zainteresowanie psychodietetyką. Bo sama tego po prostu doświadczyłam.
Połączenie emocji i jedzenia to jest duży problem?
- Ja tego przez pewien czas nie łączyłam. Poszłam na studia dietetyczne, zaczęłam iść w kierunku psychodietetyki, kształciłam się i w toku swojej nauki, a potem pracy zawodowej okazało się, że osób, które jedzą emocjonalnie jest mnóstwo. Mogę śmiało powiedzieć, że co druga osoba, która zgłasza się po pomoc dietetyczną, to osoby, które mają do czynienia z kompulsywnym jedzeniem.
Gdzie jest granica? Kiedy jedzenie jest podyktowane emocjami, a kiedy relaks na kanapie, z miską przekąsek, któremu towarzyszy odprężenie czy zadowolenie jest czymś całkiem normalnym? Bo przecież jedzeniu często towarzyszą różne emocje, zwłaszcza, jeśli jemy w towarzystwie.
- Granica jest w tym miejscu, w którym tracimy kontrolę nad jedzeniem. Z definicji kompulsywne objadanie się to nie jest zwykłe podjadanie w trakcie oglądania serialu, tylko brak umiejętności powstrzymania się od jedzenia pomimo tego, że czujemy sytość, jesteśmy najedzeni. I nie jest to jednorazowe, bo wiadomo, każdemu zdarza się przejeść. Tu mówimy o nawracających epizodach.
Czyli jeśli często objadam się do syta, aż do uczucia takiej dużej pełności, bo myślę: “a, wezmę jeszcze jeden kawałek pizzy", to znaczy, że to jest jedzenie podyktowane emocjami?
- Jeśli nie czujemy głodu, a jemy - to znaczy, że próbujemy zaspokoić jakiś inny głód - nie ten fizjologiczny. Kompulsywne jedzenie to też takie jedzenie, kiedy po ciężkim dniu idziemy do sklepu kupić sobie pudełko lodów. I nie dlatego, że mamy na nie ochotę, ale kupujemy je “na pocieszenie". Nie myślimy sobie: pójdę na trening, żeby rozładować emocje, tylko myślimy: jak wrócę do domu, to w końcu się najem. To jest mocna, czerwona lampka. Jedzenie bez głodu jest zawsze podyktowane emocjami.
Innym takim sygnałem alarmowym jest to, że na spotkaniach towarzyskich unikamy wręcz jedzenia. Nie jemy w obawie, że stracimy nad tym kontrolę. To są typowe objawy jedzenia emocjonalnego.
To oznacza, że jeśli stworzyliśmy sobie pewną rutynę i na przykład w każdy piątek, po pracy, zamawiamy ogromny zestaw jedzenia i dorzucamy do tego deser, a to wszystko dzieje się pod hasłem: nagroda za niezwykle trudny tydzień, to także oznacza to zaburzoną relację z jedzeniem?
- Zadziała tutaj klasyfikacja DSM-5 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders - narzędzie w diagnozowaniu zaburzeń psychicznych - przyp. red.). Jeśli dzieje się to minimum raz w tygodniu, przez minimum trzy miesiące, podczas takich epizodów objadania się tracimy nad tym kontrolę, a po fakcie towarzyszą nam wyrzuty sumienia, a nawet wstręt do samego siebie - tak, będziemy w takim przypadku, teoretycznie niewinnym, mówili o kompulsywnym jedzeniu.
Wyrzuty sumienia po jedzeniu - to kojarzy się bardziej z zaburzeniami typu bulimia czy anoreksja. One zawsze występuje w emocjonalnym jedzeniu?
- Nie, nie muszą pojawiać się zawsze. W kompulsywnym jedzeniu przede wszystkim chodzi o to, że jedzenie traktujemy nie jako sposób na odżywienie organizmu, ale jako sposób na stłumienie emocji. Jedzenie takim osobom pomaga poradzić sobie z emocjami - złagodzić je, wyeliminować albo po prostu przynieść ulgę. Jednak te osoby, które chcą zredukować masę ciała, są na “wiecznych dietach" - po takim napadzie objadania się zazwyczaj te wyrzuty sumienia mają. To nie tylko wyrzuty sumienia, ale też odczuwanie do siebie wstrętu, takie osoby często są załamane, bo np. do tej pory trzymały dietę, a przyszedł czas, w którym wręcz rzuciły się na jedzenie. Dużo bardziej przeżywają to osoby, które są perfekcyjne, albo które noszą w sobie wewnętrznego krytyka.
Jaką mamy relację z jedzeniem, jako naród?
- Choć to się zmienia w ostatnich latach, to my, Polacy przywiązujemy wagę do jedzenia. Mamy kult biesiadowania, mamy święta, uroczystości, którym towarzyszy zastawiony stół. Zawsze towarzyszy nam jedzenie i jesteśmy nauczeni, że bez względu na to, czy okazja jest smutna czy radosna - jemy. A to jest już jedzenie z emocjami w tle.
Przyczynia się to do kompulsywnego jedzenia? Przecież Włosi, Francuzi czy Grecy także lubią jeść i biesiadować.
- Tak, ale proszę zauważyć, co jemy my, a co jedzą Francuzi czy Włosi. W ich diecie dominują świeże warzywa w dużych ilościach, oliwa, owoce morza i chude mięso. W polskiej diecie większość kalorii pochodzi z węglowodanów - jemy tłusto i kalorycznie. Do zupy musimy mieć kromkę chleba, do bigosu też. Poza tym w polskiej kuchni smażymy - nasi zachodni sąsiedzi wolą piec, dusić albo przygotowywać jedzenie na parze. To robi dużą różnicę chociażby pod kątem naszego faktycznego odżywienia, a nie przekarmienia, ale to też kwestia tego, że mamy coraz więcej przypadków osób z nadwagą czy chorujących na otyłość.
Co może być przyczyną tego, że zamiast traktować jedzenie właśnie jako sposób odżywienia naszego ciała, traktujemy je jako pocieszenie?
- Dużą rolę odgrywa dzieciństwo i to, czy byliśmy uczeni, że jedzenie jest nagrodą lub karą. Jeśli stosujemy wobec dzieci zasadę, że: “jeśli posprzątasz pokój, to w nagrodę pójdziemy na lody", albo “byłeś dziś niegrzeczny, więc nie dostaniesz tego lizaka" - to możemy wyrządzić o wiele więcej szkody, niż może się wydawać. Jeśli w dzieciństwie ktoś zmagał się z krytyką, komentarzami na temat swojej wagi - zarówno w jedną, jak i w drugą stronę - jest bardziej narażony na zaburzenia odżywiania w życiu dorosłym. Taka niezdrowa relacja z jedzeniem, zgodnie z zasadą nagrody lub kary, niestety pozostaje z młodym człowiekiem na długie lata. Jedzenie pozwala też stłumić emocje. Dlatego pojawia się problem z kompulsywnym objadaniem.
Jakie emocje próbujemy zajadać?
- Przede wszystkim smutek, stres, nudę i samotność. I ta ostatnia emocja pojawia się chyba najczęściej, bo pomimo tego, że jesteśmy społeczeństwem, które dużo pracuje, ciągle pędzi - to jesteśmy bardzo samotni w tym wszystkim. I niektórzy, by zagłuszyć tę samotność sięgają po używki, a inni po jedzenie. Z tym, że z jedzenia nie można całkowicie zrezygnować, jeśli chcemy zmienić nawyki, bo jest nam potrzebne do przeżycia. Właśnie dlatego ten proces jest tak trudny.
Pacjenci, którzy się zgłaszają do pani, wiedzą, że mają problem? Są świadomi tego, że nie mają umiaru w jedzeniu, czy zgłaszają się z jakichś innych powodów?
- Najczęściej te osoby przychodzą z problemem redukcji masy ciała. Chcą schudnąć, ale nie mogą i nie wiedzą dlaczego. Dlatego ja zawsze z pacjentem przeprowadzam wywiad żywieniowy - sprawdzamy, czy jest jakiś błąd w liczeniu kalorii, czy są jakieś produkty wysokokaloryczne, które utrudniają ten proces redukcji, ale zawsze też szukam u pacjenta podłoża emocjonalnego. Czy ta osoba potrafi regulować swoje emocje , czy być może robi to właśnie za pomocą jedzenia? W trakcie takiej rozmowy z pacjentem często okazuje się, że ma on jakieś problemy w domu, albo dużo stresu w pracy albo wręcz przeciwnie - odczuwa nudę, zastój i to jest taki impuls do tego, żeby jeść.
To jedzenie faktycznie te emocje tłumi?
- Jedzenie to jest wierzchołek góry lodowej i właśnie dlatego zdecydowałam się też o tym napisać. “Pod spodem", w człowieku, jest mnóstwo emocji, które mają bezpośredni wpływ na to, co je i jak je. I to nie są tylko problemy w pracy czy w małżeństwie, ale to też zmaganie się z niską samooceną, z niskim poczuciem własnej wartości. Jedzenie przynosi takie ukojenie na chwilkę, więc w żaden spokój nie pomaga rozwiązać problemów z emocjami.
Był taki czas w moim życiu, również stresujący i wyczerpujący, kiedy przytyłam kilkanaście kilogramów. Pierwsze co zrobiłam, kiedy zorientowałam się, że trzeba to zatrzymać, to zbadałam tarczycę, bo przecież to "od tarczycy się tyje". Trudno jest przyznać się przed samym sobą albo czasem nawet trudno to zauważyć, że jemy za dużo.
- Na tym polega jedzenie emocjonalne. Trudno jest odróżnić, kiedy czujemy głód fizjologiczny, a kiedy emocjonalny. Dochodzi do utraty kontroli nad jedzeniem, czujemy przepełnienie w brzuchu - ale głód w głowie. To jest trudne, dlatego tak ważne jest, by zrozumieć, jakie jest podłoże tego kompulsywnego jedzenia. Oczywiście badania są ważne. My, jako społeczeństwo, nadal robimy to zbyt rzadko, a objadanie się prowadzi do nadwagi czy otyłości, a ta z kolei do zaburzeń metabolicznych. Jeśli przychodzi do mnie pacjent i ma ze sobą wyniki badań, które budzą wątpliwości, to zawsze odsyłam go najpierw do lekarza specjalisty.
Jak przebiega proces terapeutyczny u dietetyka czy psychodietetyka?
- Ludzie często nie wierzą, jak wiele aspektów naszego zdrowia może zależeć od jedzenia i jak zmiana nawyków żywieniowych może to zdrowie zmienić, poprawić. Moja praca polega na tym, żeby zobrazować pacjentowi, co się stanie, jeśli nic nie zmieni w swoim życiu. I co się może stać, jeśli tych zmian dokona. Moją rolą nie jest “przepisać magiczną dietę" i czekać, aż pacjent schudnie, bo jeśli nie zmieni się myślenie tego człowieka na temat jedzenia - to żadna dieta nie pomoże. To jest proces, w którym małymi krokami człowiek przygląda się samemu sobie - swoim nawykom, swoim emocjom, tym, co czuje.
Od czego zacząć takie "zrozumienie emocji", które popychają nas do jedzenia emocjonalnego?
- Ja zawsze robię pewne ćwiczenie. Proszę pacjenta, by wymienił mi wszystkie plusy takiego emocjonalnego jedzenia. Co mu to realnie daje. W tym miejscu zazwyczaj pojawiają się jakieś dwie, trzy odpowiedzi typu: chwila zapomnienia o problemach, uczucie ulgi, zadowolenie, poczucie takiego odprężenia. I zawsze na koniec pacjent mówi: "no i w sumie nic więcej nie ma". Przechodzę do pytania o to, co takie objadanie się zabiera, jakie są jego minusy? I zawsze jest tych odpowiedzi więcej, niż tych pierwszych. Tu zawsze pojawiają się odpowiedzi w stylu: wzrost wagi, negatywny obraz własnego ciała, niska samoocena, to, że ktoś nie może się zmieścić w swoje ulubione ciuchy, często pojawia się też wstyd.
Skoro wiemy, że przejadanie się nam szkodzi, nadwaga szkodzi, otyłość szkodzi - to czego brakuje nam do tego, żeby samemu uporać się z tą niezdrową relacją?
- Perspektywy. Dlatego ja zawsze w trakcie tego ćwiczenia proszę swojego pacjenta, by założył dwa scenariusze: w pierwszym nic się nie zmienia w jego życiu i jak widzi je za kilka lat a w drugim - pacjent zmienia swoje przyzwyczajenia i pozwolił sobie pomóc. Pacjent musi zrozumieć na czym polega problem, co mu odbiera i co daje i jak może wyglądać jego życie w przyszłości. To jest duże zderzenie z rzeczywistością, taka wizualizacja potrafi nawet wywołać płacz u pacjenta.
Co jest najtrudniejsze dla pacjentów, którzy podejmują pracę nad sobą, nad swoimi zaburzeniami odżywiania?
- To, że na efekty trzeba poczekać ale też zrozumienie, że zmiana stylu życia, jedzenia, to nie jest zmiana na chwilę, tylko na zawsze. Że te codzienne wybory muszą być zdrowsze już zawsze, ale nigdy nie może być to zero-jedynkowe, czyli wszystko albo nic. Dlatego często jest tak, że nie układam pacjentom jadłospisu, tylko zarys tego, jak powinna wyglądać jego dieta. Nie tworzę sztywnych ram, przez które mój podopieczny nie może wyjść, bo jeśli raz czy drugi raz się "wyłamie" z takiej sztywnej diety, to traci motywację. A nie o to chodzi. Zdarzają się potknięcia, zdarza się gorsze utrzymanie wyznaczonych zasad, ale to nie powinno przekreślać dotychczasowych osiągnięć chorego. A takie narzucone diety generują dodatkowy stres.
A diet naokoło jest sporo, co dodatkowo podkręcają jeszcze social media. Tam można znaleźć mnóstwo porad dietetycznych, przepisów ale też sporo niezweryfikowanej wiedzy o różnych produktach spożywczych. To może być pułapka dla osób, które zmagają się zaburzeniami odżywiania?
- Kiedy dziesięć lat temu zaczynałam swoją pracę jako dietetyk czy psychodietetyk, to propagowanie tej wiedzy w internecie nie odbywało się na taką skalę, jak teraz. Mamy przesyt tych treści, one są często niesprawdzone, nieprawdziwe, nieuporządkowane. Takie przesadne promowanie zdrowego odżywiania się i zdrowej żywności może prowadzić do innego zaburzenia - ortoreksji. Polega ona na tym, że dana osoba je tylko ultra zdrową żywność - kompletnie nieprzetworzoną, bez ulepszaczy. Osoba z ortoreksją analizuje skład każdego produktu i dąży do utrzymania perfekcyjnego stylu życia. Musimy pamiętać, że z kolei nasz organizm zawsze będzie dążył do homeostazy, a żadna skrajność nie jest dobra.
To jak filtrować sobie tę wiedzę? Skąd mieć pewność, że to, co czytamy czy oglądamy w sieci, jest prawdą i na pewno jest zdrowe?
- Właśnie dlatego, że możemy natknąć się na fake newsy, nigdy nie powinniśmy naszego zdrowia powierzać osobom z internetu, nawet, jeśli ta osoba deklaruje, że ma skończone trzy kierunki studiów. Nic nie zastąpi konsultacji z lekarzem czy innym specjalistą, żaden ekspert z mediów społecznościowych.
A co z dietami, które są promowane przez znanych influencerów? Często widzimy, że jakiś celebryta jest na konkretnej diecie i ona naprawdę przynosi efekty.
- No tak, ale to, że dana osoba promuje na przykład dietę ketogeniczną i ona przynosi efekty, wcale nie oznacza, że a dieta będzie odpowiednia dla kogoś innego. A co, jeśli lubię węglowodany? Mam z nich całkowicie zrezygnować i zmuszać się do diety keto? To nie przyniesie długofalowych efektów, bo taka dieta nas zmęczy, szybko się zniechęcimy. Dlatego stosowanie jakiejkolwiek diety, mam tu na myśli te modne sposoby odżywiania się, jest zgubne. Nawet, jeśli na początku zrzucimy kilka kilogramów, to szybko wrócimy do starych nawyków i starej wagi. Albo jeszcze wyższej, bo dopadnie nas efekt jojo.
Co ludzi bardziej motywuje - zgrabna sylwetka czy zdrowie?
- Na początku zazwyczaj zgrabna sylwetka. Osoba, która trafia do mojego gabinetu, zazwyczaj chce schudnąć, lepiej wyglądać i przez to lepiej się poczuć. Im dłużej nad sobą pracuje, im lepsze uzyskuje efekty - tym wyraźniej widzi, że równie istotne jest zdrowie, ważne jest to, co je i jak je. Ten pierwszy impuls to jednak jest zawsze chęć zmiany wyglądu. A to, jak na siebie patrzymy, często ma swoje odzwierciedlenie w tym, o czym już powiedziałam wcześniej - w dzieciństwie. Często mierzę się z tym, że to rodzice komentowali wygląd swojego dziecka: “nie jedz już", “dobrze wyglądasz". Okazuje się, że kiedy pacjenci mają opowiedzieć mi o swoim dzieciństwie, o tym, jak byli traktowani - to często okazuje się, że to są nawet i traumatyczne doświadczenia. Często ci pacjenci noszą w sobie takie demona z przeszłości, słyszą głos z tyłu głowy, który ciągle ich krytykuje.
Taką traumę mogą wywołać komentarze na temat wyglądu czy w ogóle relacje, jakie tworzyliśmy w dzieciństwie?
- Czasem jest to odizolowanie dziecka od grupy, wykluczenie go, ale niekoniecznie ze względu na wygląd. To jednak obniża poczucie wartości dziecka, ono chce coś w sobie zmienić, żeby być akceptowane. I właśnie wtedy najczęściej pojawiają się diety i zaburzenia odżywiania, które mogą prowadzić do bulimii czy anoreksji.
Anoreksja, bulimia ale też inne zaburzenia odżywiania zazwyczaj kojarzą się z kobietami. Mężczyźni też chorują, też mają problem z emocjonalnym jedzeniem?
- Tak, ale rzadziej sięgają po pomoc specjalistów. Zgodnie ze statystykami mamy więcej kobiet, które przejawiają zaburzenia odżywiania ale wynika to z tego, że one częściej mówią o tym. Miałam w swoim gabinecie również mężczyzn, ale przeważają zdecydowanie kobiety. Tak samo jest w przypadku depresji - statystyki wskazują na to, że częściej chorują kobiety, ale to wcale nie oznacza, że mężczyzn ta choroba nie dotyczy.
Sam proces rozpoczyna się też od tego, by zdiagnozować problem, by poprosić o pomoc i rozpoznać emocje, które prowadzą do kompulsywnego jedzenia. Czyli najpierw trzeba o tym otwarcie opowiedzieć.
Czyli podstawą jest, jak w przypadku leczenia uzależnień, przyznanie się przed samym sobą, że mamy problem?
- Tak i przede wszystkim pacjent musi znaleźć w sobie odpowiedź, jakie emocje powodują to kompulsywne jedzenie. Która dokładnie to jest emocja, bo bez tego nie ma możliwości działać. A drugi krok to znalezienie sobie alternatyw do jedzenia: podczas nudy czy poczucia samotności, żeby nie wpaść znów w jedzenie, trzeba znaleźć czynność, która pomaga uporządkować albo rozładować emocje. I właśnie od tego jestem ja, od bycia drogowskazem dla podopiecznego
Są jakieś konkretne techniki, które ułatwiają rozpoznanie tych emocji?
- Ja polecam zeszyt, dzienniczek, w którym pacjent notuje wszystko: jak się czuje, jakie towarzyszą mu emocje danego dnia, co i kiedy je. To bardzo pomaga i ułatwia zlokalizowanie tych momentów, w których traci się kontrolę nad jedzeniem.
Zachęcam też zawsze do chwili refleksji przed jedzeniem: zanim pójdziesz do lodówki czy szafki, żeby sięgnąć po jakąś przekąskę, zastanów się, czy na pewno odczuwasz głód, czy może towarzyszą ci jakieś inne emocje? To pomaga i może sprawić, że jednak zawrócimy spod tej lodówki, bo uświadomimy sobie, że tak naprawdę nie odczuwamy głodu, a na przykład się nudzimy.
Brak narzucenia diety, liczby kalorii i sztywnych zasad pomaga, czy może rozleniwia? Bo wydaje mi się, że jednak trudno jest utrzymać pewne założenia, jeśli nie są one bardzo jasno określone.
- Tak, jak wspomniałam wcześniej, bardzo sztywne zasady nigdy nie są czymś dobrym, bo szybko demotywują. Zgłosiła się do mnie ostatnio kobieta, która wie, że ma problem z emocjonalnym jedzeniem i zaznaczyła, że jest na diecie ketogenicznej. Ta kobieta jest mocno wyedukowana, jeśli chodzi o zasady żywienia. Powiedziałam jej od razu, że nie będziemy pracować nad dietą, tylko nad jej emocjami i jej podejściem do jedzenia. Ona była niezwykle wdzięczna, bo powiedziała, że pierwszy raz nikt nie każe jej zmieniać tego swojego sposobu żywienia. Człowiek musi czuć, że ma prawo wyboru, że sam decyduje o tym, co kładzie na talerz, bo tylko wtedy jakiekolwiek zmiany mają szansę się zadziać.
Jest jakaś jedna, żelazna zasada, którą zawsze poleca pani swoim pacjentom?
- Więcej się ruszaj. Tylko tyle i aż tyle. I każdy powinien wybierać taką aktywność, która sprawia mu przyjemność, bo tylko wtedy jest szansa, że nie zrezygnuje po tygodniu. Ruch stał się wyjściem poza strefę komfortu - musimy wstać z kanapy, a przecież po pracy chcemy odpocząć i pooglądać serial. A czasem nie trzeba wiele, żeby ten ruch spowodował naprawdę dużo zmian w ciele i w myśleniu. Wystarczy spacer z psem, czy jazda do pracy na rowerze. Mam takiego pacjenta, który absolutnie nie chciał uprawiać żadnego sportu, żadnej aktywności - nawet spacerów. Nie lubił i koniec. Ale w końcu się przełamał i stwierdził, że w ciepłe miesiące będzie dojeżdżał do pracy rowerem. Najpierw to była podróż w jedną stronę, a potem jeździł codziennie. To, jaka zmiana się dokonała w jego myśleniu, jest niesamowite, bo kiedy zbliżała się zima, to on był autentycznie zawiedziony, że będzie musiał zrobić sobie przerwę od jazdy. Polubił ten rower, polubił aktywność i o to właśnie chodzi - nie o dietę, jakieś restrykcyjne zasady, ale właśnie o zmianę w sposobie myślenia.
Teraz mamy analogi GLP-1, czyli realne wsparcie dla osób, które chorują na otyłość, odczuwają nieustanny głód - pacjenci chcą z tego korzystać?
- Kiedy pojawił boom na te leki, miałam przypadki pacjentów, którzy stwierdzili, że sobie pomogą i będą korzystali z analogów GLP-1. Wsparcie farmakologiczne jest ważne, ta utrata wagi jest motywująca ale znów - nie będziemy mieli długotrwałych efektów, jeśli nie zmienimy nawyków żywieniowych.
Kompulsywne jedzenie może prowadzić do rozwoju licznych chorób. Co jest zagrożeniem dla osób, którzy jedzą emocjonalnie?
- Przede wszystkim te osoby spożywają dużą liczbę kalorii, a nadwyżka kaloryczna prowadzi do wzrostu masy ciała, także nadwaga i otyłość to pierwsze, co przychodzi na myśl. Otyłość to choroba, która może dać nawet 200 innych powikłań zdrowotnych, w tym nadciśnienie czy cukrzycę. Oprócz tego, po takim napadzie głodu, mogą pojawić się tak silne wyrzuty sumienia, które będą prowadziły do chęci oczyszczenia się z tego jedzenia - a to już jest wstęp do bulimii, której mamy różne rodzaje, np. bulimię sportową albo przeczyszczającą. Właśnie dlatego tak ważne jest wypracowanie tych zdrowych nawyków na co dzień, żeby zadbać, ogólnie mówiąc, o styl życia.
Wciąż słyszymy o “zdrowym stylu życia". Gdyby pani miała to zdefiniować jakoś - to czym jest ten zdrowy styl życia?
- Balansem i równowagą. Każde anomalia i odchylenia szkodzą, a utrzymanie balansu - czyli nie restrykcyjne diety, zakazy i nakazy, ale działanie w zgodzie z samym sobą - to jest ten zdrowy styl życia. Bardzo przydatny jest, również popularny teraz, trening mindfulnes, trening uważności. Polega na tym, że skupiamy się na chwili obecnej, na byciu “tu i teraz". Takie podejście bardzo pomaga zredukować stres, uspokoić myśli, oddech, wyciszyć. W pędzącym świecie to jest niezwykle ważne, żeby umieć się zatrzymać. Na ten zdrowy styl życia na pewno składa się też, jak wspomniałam wcześniej, aktywność fizyczna. Po prostu ruch, który wpływa nie tylko dobrze na ciało, ale też właśnie na umysł. A co do diety - jestem zwolenniczką metody jedzenia 80/20. Ta większa część to nasze zdrowe, odżywcze wybory, a ta mniejsza - to przyjemności. Utrzymanie takie balansu pozwoli wprowadzić zmiany na zawsze, a nie na chwilę.
Co powiedziałaby pani osobie, która mówi, że ten ostatni raz chce spróbować i zmienić swoje nawyki? Zawalczyć o siebie?
- Nie trzeba zmieniać wszystkiego, żeby zmieniło się wszystko. Życia nie trzeba przewracać od razu o 180 stopni, tylko stawiać małe kroki, powoli budować nowe, zdrowsze nawyki.
HISTORIA MARKA - POWRÓT DO KONTROLI NAD ŻYCIEM
Marek miał 42 lata i jeszcze kilka miesięcy temu uważał, że jego problem wcale nie jest problemem. Był mężczyzną sukcesu - własna firma, duży dom, sportowy samochód. Na pierwszy rzut oka - wszystko, o czym można marzyć. A jednak kiedy nikt nie patrzył, jego wieczoru zamieniały się w niekontrolowane uczty, które kończyły się bólem brzucha i wyrzutami sumienia. Jedzenie było dla mężczyzny odskocznią od stresu, presji i ciągłego napięcia. W ciągu dnia jadł niewiele - szybka kawa na śniadanie, lunch przy biurku w pracy, kolacja dopiero późnym wieczorem, kiedy miał “czas dla siebie". I właśnie wtedy zaczynało się prawdziwe jedzenie. Początkowo był to duży talerz spaghetti albo kilka kanapek. Potem coraz więcej - cała pizza, czekolada, chipsy, jogurty a nawet resztki z lodówki, które zjadał bez namysłu. Wtedy czuł ulgę. PRzez chwilę. Poranki były trudniejsze. Wstawał zmęczony z obietnicą, że to ostatni raz. Czył wstyd - przecież był człowiekiem sukcesu, powinien mieć kontrolę. A jednak nie miał.
Do mojego gabinetu trafia z innego powodu. Jego żona zauważyła, że mąż coraz częściej zamyka się w kuchni wieczorami, a jego waga znacznie wzrosła. Zaczęła się martwić o jego zdrowie. W końcu zapytała: “Co się dzieje?". Nie potrafił odpowiedzieć. Wiedział tylko, że czuje się źle. To ona namówiła go, by poszukał pomocy. Początek współpracy nie był łatwy. Marek był sceptyczny. Przecież to “Tylko jedzenie", a nie żaden poważny problem. Dopiero kiedy zaczęliśmy rozmawiać o tym, dlaczego się objada, zrozumiał, że to nie kwestia głodu, tylko emocji, które zamiatał pod dywan.
Marek był perfekcjonistą. Nauczył się, że w życiu trzeba być twardym, radzić sobie samemu. Praca, wyniki, sukces - to miało znaczenie. Nie pozwalał sobie na słabość. A jedzenie stało się jego jedynym bezpiecznym miejscem.
Zaczęliśmy od małych kroków. Nie od diety, nie od zakazów - ale od świadomości. Zamiast walczyć z jedzeniem, Marek uczył się rozpoznawać, co wywołuje u niego napady. Odkrył, że często były to momenty skrajnego zmęczenia i samotności (...)