Magdalena Kowalska, Interia: Czy są jakieś najnowsze dane dotyczące tego, od jakiego wieku i przez jaki czas dzieci i młodzież korzystają z ekranów?
Ada Florentyna Pawlak, SWPS: - Mamy takie statystyki, chociaż one pokazują nie tyle nawyki, ile inicjację kulturową. Okazuje się, że zanim dziecko nauczy się czytać, czy napisze pierwsze słowo, to już wchodzi w porządek ekranu. W Polsce aż połowa dzieci w wieku 7-9 lat korzysta z mediów społecznościowych, choć oficjalnie nie powinna.
- Co trzecie dziecko ma konto na TikToku, więc granica 13 lat, tak starannie zapisana w regulaminach globalnych platform, w praktyce nie istnieje. Duże badanie “Sprawdzian trzynaście plus" objęło ponad 22 tys. uczniów klas I-III. No i bezlitośnie pokazało, że te dzieci od dawna są użytkownikami platform. To oznacza, że formalna ochrona dzieci w sieci opiera się na fikcji. Prawo próbuje tę rzeczywistość regulować, ale za tym nie nadąża, co zresztą pokazują statystyki czasu spędzanego przed ekranem przez najmłodszych. Dzieci i nastolatki w wieku 7-18 lat spędzają średnio ponad 4 godziny dziennie online. W grupie 7-14 lat to średnio 4,5 godz. Tyle samo w wieku 15-18 lat. To więcej niż dorośli. W ekstremalnych przypadkach mówimy nawet o 12 godzinach.
- Dzieci nie pytają, czy mogą wejść do internetu, raczej uczą się, jak w nim przetrwać, jak zdobyć uwagę, czy jak nie zostać wykluczonym. Dla jednej czwartej młodych ludzi pojęcie świata bez smartfona jest abstrakcją, czymś tak nieuchwytnym, jak dla nas byłoby życie bez elektryczności czy pisma.
- Ważne jest badanie Młodzi Cyfrowi, bo to największy tego typu projekt w Polsce, który objął aż 50 tys. uczniów z blisko 2 tys. szkół. Odsłoniło ono szereg psychologicznych kosztów cyfrowej rewolucji: co piąty uczeń deklaruje nałogowe korzystanie ze smartfona, jedna czwarta doświadcza przeciążenia informacyjnego. Dzieciństwo w XXI wieku przypomina życie w permanentnym stanie czuwania. Zniknęła granica między szkołą a domem, dniem a nocą czy zabawą a ekspozycją.
Dorośli bardzo szybko przestają być autorytetem na rzecz technologii?
- Zaangażowanie w świat cyfrowy staje się nową miarą wartości dziecka, a potem dorosłego. Z gatunkowego punktu widzenia to moment przełomowy, bo po raz pierwszy młode pokolenie uczy się świata nie przez mit, rytuały czy opowieść starszych, ale przez newsy w mediach społecznościowych. I to algorytm decyduje, co jest ważne, co śmieszne, co pilne, a co jest warte lęku. Pytanie nie brzmi już: ile czasu dzieci spędzają przed ekranem. Pytanie brzmi: jakiego świata uczą się w tym czasie i kto ten świat projektuje?
Czy to nie jest tak, że sami wpychamy dzieci w objęcia technologii? Badania opublikowane przez NASK wykazały, że ponad połowa maluchów w wieku 0-6 lat korzysta z urządzeń mobilnych, takich jak smartfon, tablet czy laptop, a średni wiek inicjacji wynosi 2,2 lata. Jak to się ma do zaleceń cyfrowej higieny?
- To rzeczywiście ponure dane, a Światowa Organizacja Zdrowia jest w tej kwestii zaskakująco jednoznaczna. W pierwszym roku życia dziecka ekranów nie powinno być wcale. Mózg niemowlęcia rozwija się poprzez ruch, kontakt wzrokowy, dotyk czy głos opiekuna, a nie przez bodźce audiowizualne. Między 1. a 2. rokiem życia WHO dopuszcza jedynie symboliczny kontakt z ekranem, ale wyłącznie w obecności dorosłego. Między 2. a 5. rokiem życia to powinna być maksymalnie jedna godzina dziennie, przy czym treści powinny być wysokiej jakości, bez samotnego scrollowania. Podobnie zaleca Amerykańska Akademia Pediatrii, przy czym porusza też inną ważną kwestię. Liczy się nie tylko czas korzystania z ekranów, ale przede wszystkim kontekst, a więc obecność rodzica, jego tłumaczenie tego, co dzieje się na ekranie. Jeśli tablet ma być tylko sposobem na nudę, nie powinno go być wcale.
Tymczasem według badań aż 75-90 proc. rodziców małych dzieci przyznaje, że przyczyną udostępniania telefonu czy tabletu dziecku jest chęć własnego odpoczynku, konieczność zrobienia czegoś ważnego w domu czy po prostu brak pomysłu na spędzenie czasu z dzieckiem. Ekrany bywają też nagrodą, sposobem na płacz lub marudzenie.
- Metaanaliza opublikowana w JAMA Pediatrics obejmująca grupę 90 tys. dzieci potwierdza te ponure wnioski. Tylko 25 proc. dzieci poniżej 2. roku życia nie ma kontaktu z ekranami. W grupie wiekowej 2-5 lat jedynie 36 proc. mieści się w tych limitach, pozostałe są narażone na nadmierną ekspozycję na ekrany, a tym samym na częstsze problemy z koncentracją, regulacją emocji czy rozwojem języka. W Polsce te rekomendacje bardzo jasno przedstawiła Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę: do 3. roku życia w ogóle bez ekranów, do 12. bez własnego smartfona, a do 15. bez mediów społecznościowych. I to nie dlatego, że dzieci nie są gotowe, ale dlatego, że platformy nie są projektowane z myślą o ich dobru.
- Fundacja podkreśla też, że dzieci nie uczą się poprzez zakazy, ale podczas obserwacji. Jeśli ekran jest centrum życia dorosłych, to stanie się tym centrum także dla nich. Kluczowe są też wszystkie czynności “ochronne", a więc ruch, relacje, poczucie bycia widzianym i realne więzi. Pierwszy raz w historii ludzkości musimy świadomie bronić dzieciństwa przed technologią, która jest szybsza niż ewolucja. Te zalecenia WHO czy innych organizacji są próbą ocalenia wolnego tempa dojrzewania mózgu, zdolności budowania relacji czy umiejętności bycia samemu, bez jakiejkolwiek stymulacji. Antropolog przyszłości mógłby powiedzieć, że nasz XXI wiek nie zaczyna się od alfabetu, ale od tabletu i dotyku szkła.
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, zrealizowała też wartościową kampanię społeczną. W filmiku promocyjnym pada hasło homo tabletis, czyli człowiek tabletowy. Uwagę zwraca też informacja, że pierwsze słowo wypowiadane przez współczesne dzieci to już często nie "mama" czy "tata", ale “tablet". Jakie mogą być skutki psychiczne i fizyczne tego zjawiska? Czy "tabletowanie" małych dzieci ma związek z późniejszymi dysfunkcjami, takimi jak dysleksja, opóźnienie rozwoju mowy czy ADHD?
- Są już badania na ten temat, bo tabletowanie nie jest marginalnym zjawiskiem wychowawczym, tylko globalnym eksperymentem na rozwijających się mózgach. Mamy takie metaanalizy, które wskazują, że małe dzieci intensywnie korzystające z tabletów i smartfonów mają zdecydowanie uboższe słownictwo, trudniej budują zdania, rzadziej inicjują komunikację werbalną. Badania pokazują też, że u dzieci poniżej 3. roku życia nasilają się zachowania nadpobudliwe oraz trudności z samoregulacją. U dzieci, które spędzały przed ekranem ponad dziewięćdziesiąt minut dziennie, obserwowano objawy przypominające ADHD: impulsywność, problemy z koncentracją, szybkie znużenie bodźcami offline. Neuroobrazowanie sugeruje, że tak intensywna ekspozycja na szybko zmieniające się treści wpływa na dojrzewanie obszarów mózgu odpowiedzialnych za uwagę i kontrolę zachowania.
- Nie oznacza to jednak, że tablet powoduje ADHD, ale może wzmacniać istniejące predyspozycje i obniżać zdolność do skupienia się. Badania nad gotowością szkolną pokazują, że dzieci w wieku przedszkolnym intensywnie korzystające z ekranów osiągają znacznie niższe wyniki w zakresie języka i komunikacji, a to na pewno nie ułatwi im dalszej edukacji. Nauka nie potwierdza też, że tabletowanie bezpośrednio wpływa na dysleksję, ale zaburzenie to ma silne podłoże neurobiologiczne, a długotrwała ekspozycja na ekrany może spowalniać rozwój językowy i umiejętność czytania. Małe dzieci, które uczą się regulować emocje poprzez ekran, nie ćwiczą tego w relacji, a skutkiem mogą być trudności z rozwiązywaniem konfliktów czy odczytywaniem sygnałów społecznych, brak empatii.
- Coraz częściej obserwujemy też problemy ze zmęczeniem wzroku, postawą czy napięciem mięśniowym. Dolegliwości te potrafią się maskować pod szyldem problemów z koncentracją i mogą wywoływać spiralę niepokojących diagnoz. Tablet nie jest złem sam w sobie, ale nie może zastępować relacji, ruchu i nudy, bo to są trzy fundamenty szczęśliwego dzieciństwa i warunki zdrowego rozwoju mózgu.
- Przed laty normalnym dziecięcym doświadczeniem było to, że potrzeby nie są zaspokajane natychmiast, a wiele rzeczy przychodzi “później" lub “wcale". To był trening oswajania rzeczywistości, która nie reagowała na impuls. Bez tego niemożliwe jest wykształcenie zdolności do planowania, przewidywania czy samoregulacji. Bo świat nie jest prostą reakcją na impuls, ale złożonym systemem działającym według własnego rytmu. Dziś z perspektywy rodziców i opiekunów ta obrona opóźnień staje się aktem kulturowego oporu.
Informacja podana przez psycholog w przedszkolu mojej córki mnie zmroziła. Najmłodsze dziecko na terapii uzależnienia od ekranów miało 9 miesięcy. Jak objawia się uzależnienie od technologii?
- W literaturze naukowej mamy terminy takie jak internet addiction czy behavioral cyber addiction. Definicje są różne, ale wszystkie opisują wspólną cechę, czyli utratę kontroli, kompulsywne sięganie po urządzenia i związane z tym negatywne konsekwencje w realnym życiu. Objawy uzależnienia bywają subtelne. Najpierw obserwuje się trudność w odłożeniu urządzenia, intensywną potrzebę korzystania, irytację czy lęk w przypadku braku urządzenia aż po całkowitą utratę zainteresowania aktywnościami poza siecią. Dziecko nie potrafi odłożyć telefonu, zaniedbuje sport, hobby, relacje rodzinne, nie ma znajomych, jego koncentracja w szkole spada, sen jest przerywany, emocje są niestabilne. Badania przeprowadzone w Polsce pokazują, że prawie 12 proc. nastolatków w wieku 12-17 lat wykazuje objawy cyfrowego uzależnienia. Ponad 28 proc. młodych osób spędza w sieci ponad 6 godzin dziennie, co nakręca spiralę uzależnienia i pogorszenia koncentracji.
- W takich przypadkach na pewno zalecana jest rozmowa z psychologiem lub psychiatrą dziecięcym. Ważne są też działania systemowe - warsztaty edukacyjne, pomoc rodzicom, bo to nie jest już problem jednostki, ale zmiany kulturowe. Problemem jest też wytworzona przez big techy wizja prywatności, która sprawia, że dorośli czują wstyd, zaglądając w telefony dzieci, bo mają poczucie naruszania ich prywatności. Myślę, że pora skończyć z tą iluzją absolutnej wolności dziecka, ponieważ ona nie idzie w parze z dobrze rozumianym nadzorem rodzicielskim.
Więc kontrolujemy i widzimy, że dziecko spędza w sieci o wiele za dużo czasu. Co jeszcze możemy zrobić?
- Nadużywanie technologii często ma źródła w potrzebie stymulacji, radzenia sobie z nudą czy lękiem. Warto więc przyjrzeć się rytmowi dnia dziecka, jego emocjom i kontekstom użycia ekranu. Kolejnym krokiem powinno być wprowadzenie struktur i granic. Wiele badań pokazuje, że jasne zasady w rodzinie znacząco redukują ryzyko kompulsywnych zachowań. Ważne są więc ustalenia dotyczące czasu bez ekranów, wspólnych posiłków offline, a także bogate alternatywy w świecie rzeczywistym - ruch, kontakt z naturą, wspólne lektury, kreatywne zabawy.
Jakie są realne zagrożenia wynikające z nadużywania technologii przez nastolatków? Widzimy np. problem "nocnego scrollowania". Jak duży ma to wpływ na coraz częściej diagnozowaną depresję czy próby samobójcze wśród młodych osób? To chyba nie przypadek, że pokolenie Z, które wychowało się z telefonem w ręce, jawi się jako najbardziej nieszczęśliwe?
- Niestety, w ciągu ostatnich dwóch dekad wskaźniki depresji, lęku, samokaleczeń czy prób samobójczych gwałtownie wzrosły. I zbiega się to w czasie z masowym udostępnieniem smartfonów. Największym zagrożeniem jest kompulsywne korzystanie z ekranów. Zachowujące się w ten sposób nastolatki mają 2-3 razy wyższe ryzyko myśli i zachowań samobójczych niż pozostali rówieśnicy. Smartfon w nocy staje się cichym sabotażystą snu, a przecież sen to jeden z najważniejszych regulatorów emocji. Zaburzony rytm dobowy osłabia zdolność radzenia sobie z frustracją i pogłębia impulsywność. W młodym wieku obniża też niestety próg rozpaczy. Do tego dochodzi cyberprzemoc - hejt czy wykluczenie.
- Media społecznościowe tworzą nową formę plemiennej presji. Nastolatek nie porównuje się z kilkoma osobami ze swojej klasy, ale z milionami idealizowanych wizerunków. Filtry i estetyka sukcesu produkują świat, w którym normalność wydaje się porażką. Badania pokazują nam, że regularna ekspozycja na takie treści wiąże się ze znacznym spadkiem samooceny, lękiem społecznym i objawami depresji. Szczególnie narażoną grupą są dziewczęta.
- Nastoletnia psychika nie ma jeszcze odpowiednich narzędzi, by filtrować tę emocjonalną brutalność, w dodatku młode pokolenie nie ma już prawa do zapomnienia. Jeśli do sieci trafi coś kompromitującego, to tam zostaje i nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś to wykorzysta. To są nowe rodzaje technostresu, które pojawiają się u pokolenia Z i Alfa. Algorytmy stały się niewidzialnym środowiskiem dojrzewania. To jest pierwsze pokolenie w historii, które przechodzi burzę hormonalną, tożsamościową i emocjonalną w obliczu permanentnej publiczności, która wszystko ocenia. Najlepszym czynnikiem ochronnym w tej sytuacji jest budowanie wartościowych relacji i na tym powinniśmy się skoncentrować.
A co z systemowym zakazem używania smartfonów w szkołach i dostępem do social mediów do określonego wieku, np. 16 lat, jak to zrobiła Australia?
- Na poziomie systemowym temat zakazu telefonów wywołuje gorące debaty. Niektóre kraje, takie jak Włochy, Australia czy Dania ograniczają lub zakazują korzystania z urządzeń w szkołach. Francja kilka dni temu przegłosowała zakaz mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 15. roku życia oraz całkowity zakaz używania smartfonów w liceach. Australia uzasadniła te swoje ograniczenia potrzebą ochrony zdrowia psychicznego dzieciaków. Wielka Brytania wprowadza obowiązkową weryfikację wieku w ramach Online Safety Act.
- Mamy też badania z Holandii, które sugerują, że te zakazy redukują użycie telefonów podczas lekcji. Krótkotrwałe ograniczenia mogą zwiększyć aktywność fizyczną i poprawić koncentrację. Ale to wszystko wymaga strategii systemowych, edukacyjnych. Edukacja cyfrowa od najmłodszych lat nie powinna polegać wyłącznie na kontroli czasu ekranowego, ale rozwijaniu kompetencji krytycznych wobec mediów. Telefon powinien być narzędziem z zasadami, a edukacja o zdrowiu cyfrowym ważnym elementem nauczania w szkole.
Wydaje się, że pokolenie Z zaczyna odczuwać przesyt ciągłym funkcjonowaniem w wirtualnym świecie. Jednocześnie zewsząd płyną komunikaty zachęcające do spotkań w realu.
- Obserwuję ten trend u młodzieży, oby tylko to nie skierowało się w stronę syntetycznych towarzyszy, bo młodzi ludzie zmęczeni wszechobecną fikcją, sztucznym kreowaniem wizerunków przez wszystkich dookoła, mogą zwrócić się w stronę AI companion, czyli “przyjaciół" wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Skoro prawdziwi ludzie zawiedli ich hejtem, ghostingiem, phubbingiem i tysiącem innych szkodliwych zachowań, to jest spore ryzyko, że zraniony młody człowiek będzie chciał nawiązać relacje gdzie indziej. Dlatego warto podkreślać, że chodzi nam o relacje w świecie offline.
Jak to możliwe, że relacje z maszyną, zwłaszcza intymne, mogą być atrakcyjniejsze od doświadczeń z prawdziwym, żywym człowiekiem?
- Brak możliwości korzystania z mediów społecznościowych może przyczynić się do szukania bliskości w mediach syntetycznych [wygenerowanych przez AI - przyp. red.] i w sztucznych towarzyszach. Kapitał inwestujący w kid-tech [cyfrowy przemysł skupiający się na potrzebach dzieci - przyp. red.] ma ambicje stworzenia technointymności, czyli intymnych relacji z maszyną, np. z czatbotem. Niedawno skończyły się targi technologiczne CES w Las Vegas, na których zaprezentowano nową generację zabawek dla dzieci opartych na sztucznej inteligencji. Wkrótce na rynek trafią więc lalki Barbie, które będą mądrzejsze od mam i babć, a także pluszaki zdolne do prowadzenia i zapamiętywania rozmów czy rozpoznawania emocji dzieci. To nie jest niewinna innowacja, ale eksperyment na rozwijającym się umyśle.
- Wchodzimy tu w temat sztucznej empatii, bo technologia zaczyna "opiekować się" problemem samotności i wychowania. Zresztą już w 2022 r. powstał serwis Character AI oferujący konwersacje z samodzielnie tworzonymi przez użytkowników chatbotami. Tego typu aplikacji jest wiele. Paradot obiecuje np. empatię, pamięć i głębokie zrozumienie, Replika - dostosowanie tonu do emocji użytkownika i przyjacielską obecność przez całą dobę, a Nomi reklamuje się jako "AI z pamięcią i duszą". Według ostatnich badań takich aplikacji używało aż 70 proc. nastolatków, a 52 proc. jest z nimi w regularnym kontakcie. To wymaga kolejnych aktów prawnych, bo pojawiają się tu nowe zagrożenia dotyczące prywatności, monetyzacji emocji czy pozyskiwania wrażliwych danych.
Czy wiadomo, jak sztuczna inteligencja wpływa na edukację nastolatków?
- Na pewno wielowymiarowo, a dużo zależy od kapitału społecznego rodziców i nauczycieli, a także systemu, jaki panuje w danej szkole, bo to dyrektor szkoły decyduje, czy na terenie placówki obowiązuje zakaz używania smartfonów albo czy na lekcjach nauczyciel może korzystać z AI czy wręcz przeciwnie.
- W Skandynawii czy w Holandii obserwujemy dystansowanie się od technologii i powrót do kartki i długopisu. W Polsce z kolei wiele osób i instytucji stara się pokazać, jak pozytywnie wykorzystać potencjał AI do tworzenia ciekawych lekcji, angażowania uczniów. Na uniwersytecie używamy ze studentami sztucznej inteligencji do realizowania projektów, ale na etapie prezentacji przechodzimy znów piętro niżej - wracamy do kultury oralnej i prezentowania wyników własnymi słowami.
- Dobrze, żeby dzieci od małego pracowały w systemie projektowym, wykorzystywały swoją wyobraźnię, sięgały do książek i samodzielnie poszukiwały wiedzy. Zaktowiczenie w kulturze pisma jest niezbędne do łączenia kontekstów, szukania analogii czy rozumienia metafor.
Jedną z większych obaw dotyczącej AI w kontekście edukacji jest ta, że młodzież nie będzie nabywać wiedzy, a zadania domowe będą rozwiązywać czatboty. Kolejnym obowiązkiem nauczyciela ma być tropienie, czy uczeń rzeczywiście coś umie i rozumie.
- Kiedy takie urządzenia się pojawiają, to dziecko, a nawet młody człowiek z niego skorzysta. Jeśli nie zmienimy systemowo sposobu nauczania i oceniania, to będziemy oszukiwani, a wśród młodego pokolenia będzie postępował absolutny deskilling. Oni nie będą nabywać wiedzy.
- Drugim problemem jest kwestia poszerzania obowiązków kadry nauczycielskiej. Musimy sobie odpowiedzieć na pytania, czy rzeczywiście chcemy, żeby rola przewodnika, towarzysza w odkrywaniu świata została sprowadzona do roli policjanta czy śledczego. Sztuczna inteligencja jest w stanie zimnej wojny z systemami antyplagiatowymi czy wykrywającymi, że coś zostało stworzone przez AI. Ale czy to jest atmosfera, jakiej chcemy w polskiej szkole? W przypadku przedmiotów humanistycznych da się stwierdzić, czy uczeń albo student zna i rozumie zagadnienie na podstawie tego, jak formułuje wypowiedź. Ale takiej informacji nie dostanie matematyk czy fizyk. Te problemy zachęcają rzeczywiście do powrotu do kultury oralnej i kładzenia nacisku na sposób wypowiedzi, umiejętność posługiwania się językiem czy dowodzenia swoich hipotez.
Jedną z form ochrony dzieci przed technologią i cyberprzemocą są aplikacje do kontroli rodzicielskiej. Czy ich używanie ma jeszcze sens? Jak to wygląda w przypadku małych dzieci, a jak u nastolatków?
- Każda cywilizacja tworzyła własne narzędzia opieki. Jedne budowały rytuały przejścia, wspólnoty sąsiedzkie, jeszcze inne państwo opiekuńcze. A nasza cyfrowa nowoczesność stworzyła aplikacje do kontroli rodzicielskiej. One są naprawdę wymownym artefaktem epoki, bo łączą w sobie zarówno lęk, miłość, odpowiedzialność i władzę technologiczną. Z pozoru są proste - pozwalają rodzicom zarządzać aktywnością dzieci w internecie. Oferują ustalanie limitów czasu ekranowego, filtrowanie treści, blokowanie niektórych aplikacji, monitoring aktywności czy lokalizację urządzenia. Pomagają ograniczyć dostęp do treści przemocowych czy pornograficznych. Z drugiej strony mogą szkodzić relacjom, co świetnie pokazał jeden z odcinków “Black Mirror" - “Arkangel". Warto pamiętać, że takie wirtualne narzędzie kontroli nie zastąpi zdrowych relacji z rodzicami, a więc rozmowy i wspólnego ustalenia zasad, ani edukacji cyfrowej, może za to być nową formą władzy. Monitoring bez dialogu może być wręcz przeciwskuteczny.
- Jest też kwestia prywatności. Szereg analiz technicznych wykazuje, że część takich aplikacji gromadzi ogromne ilości danych wrażliwych, czasem bez wystarczających zabezpieczeń. W niektórych przypadkach ta granica między ochroną a inwigilacją staje się więc niepokojąco cienka. W ostatnim czasie pani McKay z Digital Childhood Institute ujawniła, że Google wysyłał jej synowi wiadomość z informacją, że po ukończeniu 13 lat będzie mógł samodzielnie wyłączyć nadzór rodzicielski w systemie Family Link. Komunikat był skierowany bezpośrednio do dziecka, a nie do rodzica. Big tech kreuje się więc na kumpla dziecka, a platformy oferują narzędzia służące do rywalizowania z rodzicami o rolę przewodnika w procesie dojrzewania. Redefiniują autorytety.
- Badania pokazują, że chociaż 60 proc. rodziców deklaruje stosowanie narzędzi kontroli, to jednocześnie prawie 40 proc. procent dzieci korzysta z sieci bez jakiegokolwiek nadzoru. Więc mamy albo całkowitą inwigilację albo pozostawienie dziecka samemu sobie.
To wtrącanie się technologii w życie wydaje się być niekontrolowane i przerażające.
- To prawda, a logika kontroli wcale nie kończy się na dzieciach. W ostatnim czasie w Chinach ogromną popularność zyskała aplikacja o prowokacyjnej nazwie Silema, co oznacza "Nie żyjesz". Opiera się na prostym mechanizmie - użytkownicy każdego dnia meldują, że żyją, a w razie ciszy do bliskiej osoby automatycznie wysyłany jest alert. To aplikacja dla dorosłych żyjących w pustym relacyjnie świecie. Jest już ponad 125 mln Chińczyków, którzy żyją samotnie, jednoosobowe gospodarstwa nie są już wyjątkiem, ale strukturą.
- Aplikacje do kontroli rodzicielskiej i aplikacja taka jak Silema są dwiema stronami tej samej opowieści. To historia cywilizacji, która próbuje łatać pęknięcia w relacjach. Świat, w którym troska została przepisana na programistyczny kod.
dr Ada Florentyna Pawlak - antropolożka technologii, prawniczka i historyczka sztuki. Specjalizuje się w obszarze społecznych implikacji sztucznej inteligencji. Wykładowczyni akademicka (Psychologia i Informatyka, Uniwersytet SWPS; Trendwatching&Future Studies AGH; Współpraca człowieka z maszyną, Business Process Automation WZ UŁ; Business AI w Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie). Prowadzi autorskie zajęcia dotyczące sztucznej empatii i emocjonalnych relacji z AI ("Miłość i przyjaźń w czasach AI" USWPS; "Technointymność" Uniwersytet Civitas). Kierowniczka merytoryczna studiów podyplomowych "Sztuczna inteligencja w biznesie" Collegium Da Vinci. Badaczka w Centrum Badań nad Sztuczną Inteligencją i Cyberkomunikacją UŁ; Associate Researcher Uniwersytet Civitas w Warszawie i speakerka w obszarze nowych technologii. Członkini założycielka Polskiego Stowarzyszenia Transhumanistycznego. Publikowała w Springer, Routledge, Tekstach Drugich. Absolwentka VIP Uniwersytetu Łódzkiego w 2025 roku, według "Forbes Women" jedna z 22 najbardziej wpływowych Polek w obszarze nauki i biznesu w 2022 roku, wyróżniona w rankingu Top100Woman in AI in Poland, Laureatka projektu Jutronauci Gazety Wyborczej&Kulczyk Investment. Tworzy i realizuje projekty edukacyjno-rozwojowe dla szkół, firm i grup wielopokoleniowych. Miłośniczka rzeki Wisły, literatury pięknej i działań w paradygmacie art@science.