Katarzyna Pruszkowska: Wyrażenia "nie mam na to przestrzeni", "mam traumę" czy "on/ona jest toksyczny/a" coraz częściej pojawiają się w języku potocznym, soscial mediach, artykułach prasowych i online. Jak to się stało, że specyficzny język, wcześniej zarezerwowany dla gabinetów terapeutycznych, "wszedł na ulice"?
Kama Wojtkiewicz: - Język, o którym mówisz, jest jednym z elementów kultury terapeutycznej, zakładającej, że każdy człowiek powinien przejść proces psychoterapii, a sięgnięcie do historii swojego dzieciństwa jest wręcz obywatelskim obowiązkiem. Oczywiście, nie wszyscy Polacy poddają się psychoterapii - jest to usługa dość kosztowna i wymagająca. Jednak nie ma co ukrywać, że stała się dziś dość powszechna, szczególnie w ośrodkach wielkomiejskich. W związku z tym kliniczny, fachowy żargon terapeutyczny zaczął być coraz częściej używany poza gabinetami. Trafił do naszych prywatnych przestrzeni - domów i kawiarni - a znaczenie tych terminów uległo spłaszczeniu. Na przykład powszechne trudy życia codziennego często bezrefleksyjnie nazywamy "traumami", a jeśli ktoś nie zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, dostaje łatkę "narcyza" lub "bordera".
Czy skutek może być taki, że przestaniemy się rozumieć? Pytam, bo kiedy słyszę: "nie przyjdę na spotkanie, bo do 20:00 siedziałam w pracy i nie mam już na nic siły" - to dla mnie jasne. Ale słowa "nie przyjdę, bo dziś nie mam przestrzeni" nic mi nie mówią; mało tego, pewnie byłabym skłonna pomyśleć, że być może tę osobę czymś uraziłam albo coś jest ze mną nie tak, bo niby ktoś mówi do mnie po polsku, a ja nie rozumiem.
- Myślę, że proces stopniowego oddalania się od siebie już trwa, a nawet postępuje. Przestajemy rozumieć, co drugi człowiek ma na myśli, a z rozmów o naszych wewnętrznych przeżyciach robi się jeden wielki psychologiczny bełkot. Odwołując się do twojego przykładu - sądzę, że kiedy ktoś używa argumentu "nie mam przestrzeni", druga osoba może czuć wewnętrzne pomieszanie i poczucie bycia trzymanym na dystans. Bo co znaczą te słowa? Co się za nimi tak naprawdę kryje? Brak czasu na spotkanie, brak chęci, złe samopoczucie? Część z nas rzeczywiście może zacząć samych siebie niesłusznie obwiniać o to, że nie rozumiemy, co się do nas mówi. Pojawia się natomiast pytanie, czy wprowadzając żargonowe, wsobne określenia do codziennych rozmów, coś istotnego nam nie umyka? Myślę o spontaniczności interakcji, swobodzie ekspresji emocjonalnej w żywym kontakcie z drugim człowiekiem.
Sama pracujesz, m.in., jako psycholożka, masz za sobą kilka terapii. Myślisz, że rzeczywiście każdy powinien przejść psychoterapię? Jak rozumiem, według założeń kultury terapeutycznej wtedy przynajmniej wszyscy byśmy się rozumieli.
- Odbycie rzetelnej psychoterapii, prowadzonej przez wykwalifikowanego terapeutę, który mądrze pokieruje procesem, może być użyteczne i wartościowe, nie mam wątpliwości. Pod warunkiem, że terapię potraktujemy jako proces głębszego samopoznania, który pozwoli nam dokopać się do jakiejś prawdy na swój temat, zrozumieć swoją historię i mechanizmy nieco lepiej Nie jestem przeciwniczką psychoterapii i w mojej książce, "Sobą zajęci" nie polemizuję z użytecznością psychoterapii jako takiej. Krytykuję natomiast zniekształcone podejście do psychoterapii - wyidealizowane i odklejone od jej ograniczeń. Takie, które przedstawia psychoterapię jako narzędzie mające moc, by wymazać z życia wszelkie bolesne wspomnienia, uleczyć rany z dzieciństwa, zlikwidować cierpienie psychiczne i dyskomfort.
- Dlatego kiedy czytam stwierdzenia typu: "nie zwiążę się z nikim, kto nie był w psychoterapii" lub "nie wejdę w związek, dopóki nie pokocham samej siebie i w pełni nie przepracuję swojego dzieciństwa", zaczynam zastanawiać się, czy nie mamy aby przypadkiem do czynienia z psychoterapią, która staje się narzędziem kontroli. Zarówno społecznej, która mówi: "Jeśli nie wydasz kilkudziesięciu tysięcy złotych i nie przejdziesz paroletniego procesu, nie będziesz w stanie poprawnie funkcjonować w społeczeństwie", jak i jednostkowej - bo coraz łatwiej uwierzyć, że jeśli nie jestem w terapii, coś ważnego mnie omija. Tymczasem, choć oczywiście dostrzegam wiele korzyści z dobrze prowadzonych terapii, wcale nie uważam, że to proces dla każdego. Nie sądzę również, że osoby, których nie stać na terapię lub które utykają w kolejkach na NFZ, są z góry skazane na kiepską jakość życia..
Podsumujmy: psychoterapia nie działa jak magiczna gumka, która wymazuje z naszego życia wszystko to, co trudne, bolesne, niechciane.
- Podczas szkolenia terapeutycznego, terapeutów uczy się, że nie są wszechwiedzący, nie mają władzy nad cierpieniem drugiego człowieka i nie istnieją narzędzia, które mogłyby usunąć wszystko, co sprawia, że życie jest trudne. To ma sens, bo jeśli byłoby to możliwe, oddawalibyśmy w ręce terapeuty potężną władzę nad naszym życiem. Nie dziwię się, że czasem ludzie przychodzą do gabinetu właśnie z takim oczekiwaniem, bo wielu z nas doświadcza poczucia bezradności w zetknięciu z dość niesprawiedliwie urządzonym światem. Wtedy może pojawiać się fantazja, że istnieje coś, co może uleczyć wszystkie bolączki, także te powodowane niedociągnięciami systemowymi. Jednak zadaniem terapeuty jest urealnienie tych oczekiwań, czyli wskazanie, gdzie zaczynają się i kończą wpływy jednostki, a z czym, być może, będzie trzeba jakoś się ułożyć. Lub przeciwnie - aktywnie szukać możliwości zmiany, na przykład angażując się w aktywizm, dołączając do lokalnej społeczności. Zrozumienie, że nasze granice wpływu gdzieś się kończą, a cierpienie nie zawsze wynika z tego, że mamy jakieś psychiczne deficyty czy za mało się staramy, może przynieść ulgę. Na wiele życiowych okoliczności wpływają przecież uwarunkowania ekonomiczne czy społeczno-kulturowe i dobry terapeuta może pomóc dostrzec te zależności.


Co sprawiło, że kultura terapeutyczna w ogóle się pojawiła?
- W ciągu minionych lat mieliśmy do czynienia z upowszechnieniem się wiedzy na temat psychoterapii, coraz więcej osób zaczęło korzystać z tej usługi, a więc na rynku pojawiło się więcej samych psychoterapeutów i psychoterapeutek. Z czasem wielu z nich zaczęło wykorzystywać social media jako platformę do publikowania treści psychoedukacyjnych, a to z kolei sprawiło, że ludzie mogli zaznajomić się z objawami rozmaitych zaburzeń zdrowia psychicznego czy narzędziami i technikami poszczególnych modalności terapeutycznych. O kulturze terapeutycznej pisał już w latach 60. amerykański socjolog Philip Rieff, pierwszy mąż Susan Sontag, w książce "The Triumph of the Therapeutic", a później izraelska socjolożka Eva Illouz w "Saving the Modern Soul". Nie jest to więc zjawisko nowe.
- Znaczącą rolę odegrała także postępująca, przynajmniej w kulturze zachodniej, indywidualizacja, która każe nam myśleć, że w życiu wszystko zależy wyłącznie od nas. Jeżeli ktoś cierpi lub odnosi porażki, sam musi sprawić, żeby życie wróciło na właściwe tory. Jednym ze sposobów ma być pójście do gabinetu terapeutycznego i praca nad sobą. Wtedy psychoterapia może stawać się instrumentem, wykorzystywanym do tego, by człowieka naprawić lub ulepszyć. Żeby nie musiał mierzyć się z tym, że zawsze znajdą się rzeczy poza jego zasięgiem, których, z różnych przyczyn, nie uda mu się osiągnąć.
Czy jednym z powodów może być zwykła samotność? Na zasadzie: nie mam bliskich lub nie są mną zainteresowani, więc zapłacę komuś, kto mnie wysłucha, nie oceni, a może i coś doradzi.
- Myślę, że bywa dokładnie odwrotnie - że samotność staje się jednym ze skutków kultury terapeutycznej. Wiele z nas boi się bliskości, nie chce podjąć ryzyka budowania bliskich relacji, bo przeżywa bliskość jako zagrażającą. W końcu nigdy nie wiemy, jak inni zareagują na nasze odsłonięcie, pokazanie wstydliwych aspektów naszego przeżycia. Może ktoś zareaguje nie tak, jakbym sobie życzyła? Oceni mnie, przestanie się odzywać, albo powie coś, co wcale mnie nie wesprze? Coraz bardziej boimy się takich sytuacji, więc wolimy pójść do gabinetu, w którym ktoś zaakceptuje nas dokładanie takimi, jakimi jesteśmy, a na dodatek, dzięki temu, że zazwyczaj dni i godziny spotkań są stałe, utrzymamy poczucie kontroli nad interakcją z terapeutą.
- Powtórzę jednak, że dobry terapeuta powinien zorientować się w sytuacji i nas z nią konfrontować. Pokazać nam z meta-poziomu, że takie fantazje pogłębiają poczucie samotności i, być może, skierować pracę na to, aby pacjent próbował częściej odsłaniać się przed bliskimi osobami.


Wcześniej rozmawiałyśmy o tym, że są osoby, które wręcz oczekują, że ich bliscy przejdą terapię. Spodziewam się, że mogą więc zachwalać swoją, co często słyszę w social mediach. Brakuje mi za to opowieści o tym, że psychoterapia to nie jest miła pogawędka w wygodnym fotelu, ale bywa trudnym doświadczeniem, na które nie wszyscy muszą być gotowi.
- Popkultura często sprzedaje nam wizję terapii jako cotygodniowej pogawędki, która przypomina rozmowę z przyjaciółką. Mam jednak refleksję, że na początku procesu terapia może nawet sprawić, że poczujemy się gorzej, bo nagle skonfrontujemy się z wieloma trudnymi informacjami na swój temat. Zdarza się, że wtedy objawy się zaostrzają. Na tym etapie wiele osób rezygnuje, bo źle się czuje, ma poczucie regresu albo przypisuje terapeucie wrogość. Jednak paradoksalnie wytrzymanie tego momentu często staje się "trampoliną", która umożliwia wejście w głębszy proces zmiany. Tak więc terapia nie jest tylko o komforcie, lekkości i radości, co nie oznacza, że dobry proces ma być wyłącznie przeprawą przez najgorsze momenty życia, który będzie pomiędzy sesjami wyłączał pacjenta z życia. Chodzi o drogę środka: połączenie empatycznej, akceptującej postawy terapeutycznej z rodzajem wglądu, często krytycznej refleksji czy konfrontacji, które będą prowadziły do zmiany w życiu pacjenta czy pacjentki.
Przyszło mi do głowy, ze kultura terapeutyczna może mieć również związek z tym, że od kilku lat mamy niesłabnącą modę na samorozwój. Odpoczynek traktowany jest jak lenistwo, zatrzymanie się w miejscu - jak uwstecznianie się.
- Wbrew temu, jak pop-psychologia opowiada o samorozwoju, nie jest on linearny, nie przebiega wyłącznie do przodu i w górę. Często wiąże się z okresem wycofania, by móc zebrać siły lub spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Gdybyśmy miały przedstawić go wizualnie, byłby sinusoidą - raz na dole, raz na górze, ale w określonym kierunku. Nawet podczas dobrze prowadzonej terapii człowiek nie czuje się lepiej z dnia na dzień, z sesji na sesję. Poprawa przychodzi z czasem, a progresu nie niweczą mniej wglądowe sesje czy chwilowe pogorszenie samopoczucia. Do samorozwoju warto podchodzić przytomnie. W mojej książce starałam się pokazać, że między zamordystycznym rozwojem, motywowanym lękiem czy przymusem, a samorozwojem wzmacniającym, który prowadzi do rozkwitu, jest znacząca różnica.
Jak rozróżnić te dwa procesy?
- Choćby przyglądając się stojącej za nimi intencji. Jeśli motywacja do rozwoju brzmi tak: "Zawsze jestem niewystarczająca, muszę nad sobą nieustannie pracować, nie mogę się zatrzymać, bo samej siebie wtedy nie wytrzymam", to z czasem mogą pojawić się zmęczenie i pustka. Człowiek tak się stara i walczy, a niektóre aspekty życia wcale się pomimo starań nie zmieniają. Całkiem inaczej jest, kiedy do rozwoju popycha nas ciekawość - chcemy rozwinąć nasze kompetencje, talenty, pasje, wartości, bo autentycznie nas to ciekawi, frapuje, intryguje, a może nawet sprawia przyjemność. Chodzi więc o rozwój, który nadaje naszemu życiu kierunek, bez wzmacniania poczucia niewystarczalności i wadliwości.
Tytuł twojej książki brzmi: "Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej". Przed lekturą spodziewałam się wyłącznie negatywnego wydźwięku skoncentrowanego na tym pierwszym rozumieniu rozwoju, ale okazuje się, że nie - że te słowa mogą też brzmieć optymistycznie i dawać nadzieję, że jeszcze możemy wchodzić w znaczące relacje z innymi ludźmi.
- Tytuł rzeczywiście jest wieloznaczny. Powstał, kiedy zastanawiałam się, jak w kilku słowach mogłabym opowiedzieć komuś bliskiemu o tym, o czym jest książka. Na kartce napisałam wtedy, że jest o tym, że czasem, kiedy tak mocno nad sobą pracujemy, jesteśmy już na tyle zmęczeni, że przestajemy być aż tak sobą zajęci, a zaczynamy interesować się tym, co na zewnątrz - drugim człowiekiem, naturą, zwierzętami. A ponieważ bardzo lubię tomik wierszy Józefa Brodskiego zatytułowany "Tym tylko byłem", pomyślałam, że pobawię się szykiem i melodią tytułu. Dlatego zamiast "Zajęci sobą", wyszli "Sobą zajęci".


Po czym w takim razie można poznać, że terapia dobiega końca i można ruszyć w dalsze życie już bez cotygodniowych spotkań?
- Trudno o uniwersalną receptę. Jednak jednym ze znaków jest powrót czegoś, co można nazwać żywotnością, czyli spontaniczną i swobodną ekspresją emocjonalną. Kiedy pacjent czy pacjentka przestaje się nadmiarowo kontrolować, nie jest już tak usztywniony i obudowany mechanizmami obronnymi, lękami, objawami. To trochę tak, jakby puściły wewnętrzne zabezpieczenia, a człowiek stał się swobodniejszy w swojej mimice, gestykulacji, gestach . Mniej zastanawiał się, co powiedzieć, mniej racjonalizował i intelektualizował, a częściej był w żywym kontakcie. Pojawia się wtedy mniej samokontroli. Można wtedy przypuszczać, że niedługo proces terapii będzie dobiegał końca.
- Z drugiej strony może być też tak, że pacjent będzie wydłużał terapię w oczekiwaniu na chwilę, kiedy całe jego cierpienie psychiczne zniknie, a życie stanie się łatwe i przyjemne. To mrzonka. W takim przypadku praca terapeutyczna może skupić się na tym, by pacjent umiał poszerzyć swój wewnętrzny kontener na tyle, by pomieścił różne trudne stany emocjonalne. Życie po terapii nadal będzie czasem niesprawiedliwe, ludzie nadal będą cierpieć, ale pojawi się więcej narzędzi, by sobie z tym radzić, i możliwość sięgania po pomoc bliskich, niekoniecznie specjalistów.
Zdarza się, że pacjent uzależnia się od terapeuty i przeciąga zakończenie terapii?
- Na samym początku terapii zdarza się, że dochodzi do idealizacji postaci terapeuty, której może towarzyszyć podziw, zachwyt, czasem nawet zakochanie. Wtedy mamy ochotę wszystkie swoje decyzje konsultować z terapeutą. To część procesu, natomiast należy się temu bacznie przyglądać. Jeśli terapia zmierza w dobrym kierunku, z czasem widzimy, że terapeuta nie jest omnipotentny. Zdarza się, że powie coś, co wcale z nami nie zagra, pomyli się w swojej interpretacji. . Wtedy przychodzi moment urealnienia, ściągnięcia tej mitycznej, prawie boskiej postaci terapeuty z powrotem na ziemię. To często idzie w parze z uświadomieniem sobie, że terapia nie jest magiczną różdżką, która zmienia rzeczywistość za pomocą jednego zaklęcia. Z kończeniem terapii mogą wiązać się różne emocje, również smutek, żal, poczucie straty. Nic w tym dziwnego, bo pomiędzy dwójką ludzi zawiązało się przymierze terapeutyczne. Zaufaliśmy komuś, kto ma wobec nas dobre intencje, dobrze nam życzy. Przywiązanie do terapeuty jest naturalnym zjawiskiem, stąd koniec terapii można czasem przeżyć jak stratę bliskiej osoby. Zdziwiłabym się zresztą, gdyby ktoś po paroletniej, cotygodniowej terapii na myśl o jej zakończeniu był cały w skowronkach. Natomiast warto pamiętać, że terapeuta może nam pomóc poradzić sobie z tym zakończeniem, na przykład stopniowo rozrzedzając sesję, a po jakimś czasie zaprosić na kontrolne spotkanie, żeby sprawdzić, jak pacjent się odnajduje.
Skoro jesteśmy przy lęku, chciałam zapytać o jeszcze jeden - tym razem osób, których bliscy zaczynają terapię. Kilka razy spotkałam się z obawą o to, że "terapia kogoś zmieni", pogorszy stosunki w rodzinie, doprowadzi do zmiany w kontaktach. Można jakoś oswoić ten lęk?
- Psychoterapia jest procesem, który ma doprowadzić do zmiany, a zmiana zawsze jest dla systemu zagrożeniem. System, na przykład rodzinny, dąży do zachowania równowagi, ale wystarczy jedna osoba, by nim solidnie zachwiać. Z tej perspektywy lęk o to, że psychoterapia coś zmieni może być zrozumiały. Jednak nie każda zmiana będzie zła. Na przykład jeśli ktoś pod wpływem terapii zacznie konfrontować się z tym, co w domu było nie w porządku, komunikować, jak chciałby rozmawiać z rodzicami, jaką mieć z nimi relację - to może pomóc całej rodzinie przerwać życie na "autopilocie" i przyjrzeć się temu, jak wygląda nasza wspólna rodzinna rzeczywistość.Można zareagować na te zmiany ciekawością: "Słuchaj, zauważyłam, że pod wpływem psychoterapii odcinasz się od bliskich. Martwię się o ciebie. Czy możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Czego się o sobie dowiedziałaś? Jestem ciekawa i bardzo nie chciałabym cię stracić". Taka postawa zachęca do dialogu. Jeśli jednak osoba w terapii spotka się ze słowami w stylu oskarżeń: "Ale się zmieniłaś, nie poznaję cię, nie jesteś już taka sama", to będzie to mało zachęcające do rozmowy czy namysłu.
Jak środowisko zareagowało na twoją książkę? Słyszę, że masz dużo szacunku do psychoterapii, ale spodziewam się, że mogła wywołać różne emocje.
- Sama zastanawiałam się, z jakim odbiorem się spotkam, ale powiem szczerze, że jedyne pytania o "podcinanie gałęzi, na której siedzę" dostałam od osób, które nie są związane z branżą psychologiczną. Odebrałam je jednak nie jako krytykę, ale autentyczną ciekawość. Niedawno występowałam jako prelegentka na Międzynarodowej Konferencji Psychologicznej w Łodzi, w której brało udział 500 uczestników - sami psychologowie i psychoterapeuci. Spotkałam tam osoby, które odebrały moją książkę jako upragniony głos rozsądku. Wydaje się więc, że wiele z nas, łącznie z osobami wykonującymi zawody pomocowe, czuje przesyt w związku z sposobem opowiadania o psychoterapii. I podskórnie tęsknimy za prostotą i precyzją w codziennych rozmowach, bez sterylnego i fachowego języka.


Kama Wojtkiewicz: Psycholożka, dziennikarka i autorka podcastu Sznurowadła myśli. Autorka książki "Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej", wydanej przez Wydawnictwo AGORA. Jej teksty ukazały się w magazynach Newsweek Psychologia, Tygodnik Powszechny, Vogue, KUKBUK, Wysokie Obcasy, Glamour i innych. Absolwentka Prawa na King's College London w Wielkiej Brytanii, jednolitych studiów magisterskich z Psychologii Klinicznej i Zdrowia na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i II stopnia ZPSM Nr 1 w klasie skrzypiec. Doświadczenie kliniczne zdobywała na Oddziale Całodobowym w Klinice Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Prowadzi warsztaty psychoedukacyjne, konsultacje psychologiczne i psychoedukuje w mediach społecznościowych (@sznurowadla.mysli).
