Nie jest to pierwsza ani zapewne ostatnia epidemia eboli w tym regionie. W samej DRK było ich do tej pory 17. Dlaczego więc ta jest tak szczególna? A może właśnie nie jest i to my po pandemii staliśmy się przewrażliwieni?
Zacznijmy od początku: czym właściwie jest ebola?
Choroba wywołana tym wirusem została po raz pierwszy rozpoznana w latach 70. XX wieku. Wtedy epidemia również wybuchła na terenie dziś należącym do Demokratycznej Republiki Konga.
Wirus przenosi się na ludzi od dzikich zwierząt, takich jak nietoperze, jeżozwierze, czy małpy. Aby zarazić się od drugiego człowieka, musimy mieć bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami, lub innymi płynami ustrojowymi osoby zakażonej. Pierwsze objawy są podobne do grypy. To gorączka, bóle mięśni i stawów, osłabienie i zmęczenie. Po kilku dniach pojawiają się niewyjaśnione krwawienia, nudności, ból brzucha, biegunka oraz wymioty. Średni wskaźnik śmiertelności wśród chorych wynosi około 50 procent. Podczas poprzednich epidemii wahał się on od 25 do 90.
Dwie najpoważniejsze dotychczas epidemie miały miejsce w latach 2014 i 2018. Ta ostatnia zabiła prawie 2300 osób. Największa epidemia wybuchła cztery lata wcześniej w Afryce Zachodniej i objęła Gwineę, Liberię i Sierra Leone. Na ebolę zmarło wtedy ponad 11300 osób. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła tę epidemię stanem zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Pierwszy w historii zatwierdzony lek przeciwko eboli - czyli Imazeb - otrzymał zgodę na wejście do użytku dopiero w październiku 2020 roku.


Kongijski pastor
Obecną epidemię wywołał rzadki szczep wirusa Ebola Bundibugyo - odkrytych dotychczas szczepów jest cztery - przeciwko któremu nie ma zatwierdzonego leczenia. Nie istnieje także szczepionka. Według ostatnich danych (z 10 lipca) liczba potwierdzonych przypadków eboli w Demokratycznej Republice Konga to 1792. 625 osób zmarło. 20 przypadków potwierdzono z kolei w Ugandzie, gdzie według danych zmarły dwie osoby. Wykrycie wszystkich przypadków jest jednak bardzo trudne. Według WHO ich niewielka liczba nie musi oznaczać niedawnego pojawienia się wirusa, lecz wcześniejszą, niezidentyfikowaną transmisję zakażeń.
Najpopularniejsza teoria mówi, że tzw. pacjentem zero był 44-letni kongijski pastor, choć jego zakażenia ebolą nie potwierdzono. Drewniana trumna z ciałem duchownego nie wytrzymała ponad trzygodzinnej drogi z kostnicy w Bunii do Mongbwalu, gdzie miał zostać pochowany. Jej wieko pękło pod ciężarem siedzących na nim członków rodziny zmarłego. Uczestnicy pogrzebu przed uroczystością musieli przenieść ciało do nowej trumny. W przeciągu 2 tygodni od tego zdarzenia w tej samej miejscowości zmarło 48 osób, wśród nich trzy należące do najbliższej rodziny pastora. Stara trumna spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach i - choć najprawdopodobniej zakażenia były spowodowane kontaktem ludzi ze zwłokami - część mieszkańców uwierzyła, że ciąży nad nią klątwa. Wiele osób opowiadało, że widziało trumnę, która nocami miała unosić się w powietrzu w pobliżu ich domów. Ta historia stała się na tyle popularna, że lokalny zespół napisał na jej temat piosenkę, a na TikToku powstał specjalny trend, w ramach którego zaczęto wrzucać nagrania z trumnami.
Jeśli jednak odrzucimy scenariusz z przeklętą trumną, to aktualna epidemia eboli - przynajmniej na razie - wydaje się zupełnie zwyczajna i nie wyróżnia się na tle poprzednich.
Wirus rozprzestrzenia się szybko, a walka z nim jest trudna, ale składa się na to wiele czynników, przede wszystkim sytuacja humanitarna i polityczna w regionie. Teren, na którym zanotowano najwięcej przypadków - Kiwu Północne, Ituri, Kiwu Południowe - to teren, na którym działają bojówki powiązanego z tzw. Państwem Islamskim Sojuszu Sił Demokratycznych, oraz wspieranego przez sąsiednią Rwandę ruchu M23. Lokalna ludność, nękana regularnymi atakami, ucieka ze wsi do większych miast, w których porządku pilnują siły rządowe. Często ludzie, którzy stracili dom, są przepędzani z miejsca na miejsce. Rozwojowi epidemii sprzyja brak odpowiednich warunków sanitarnych, niedożywienie i inne zagrożenia zdrowotne, jak malaria. Międzynarodowe organizacje, usiłujące działać na tym terenie, nie cieszą się zaufaniem mieszkańców, a lokalni przywódcy nie zawsze wierzą w realne zagrożenie chorobą.
Europa
Informacja o pierwszym przypadku wirusa ebola w Europie w polskich mediach wybrzmiała sensacyjnie. Obliczone na klikbajty tytuły sugerują kolejną pandemię, choć lekarz, który zachorował, wrócił właśnie z DRK, gdzie pracował na misji i został odizolowany zaraz po przylocie. Światowa Organizacja Zdrowia natomiast ryzyko epidemii eboli oceniła jako bardzo wysokie dla Demokratycznej Republiki Konga, a wysokie dla Ugandy i państw ościennych. Dla pozostałej części Afryki i reszty świata - na ten moment - jest ono niskie. Panika wydaje się więc na razie nieuzasadniona. Zasadne natomiast byłoby przygotowanie na podobne sytuacje.
W połowie czerwca opublikowany został list otwarty, podpisany przez dyrektora generalnego WHO oraz rząd Brazylii. Autorzy apelują w nim o wprowadzenie w życie wszystkich punktów Porozumienia Pandemicznego, które miało docelowo zapobiegać kolejnym pandemiom i pomagać w radzeniu sobie z nimi kiedy już nadejdą. W liście możemy przeczytać, że do realizacji "pozostał jeden element. Aby móc reagować na przyszłe pandemie na czas, państwa muszą szybko identyfikować patogeny o potencjale pandemicznym oraz dzielić się ich informacjami genetycznymi i materiałem biologicznym, tak aby naukowcy mogli opracować narzędzia: testy, terapie i szczepionki decydujące o tym, kto przeżyje, a kto nie". I to właśnie jest kwestia sporna, ta sama, która powodowała, że nie udawało się nam osiągnąć światowej odporności w czasie pandemii. "Solidarność jest naszą najlepszą ochroną, ale musi zostać świadomie wybrana na najwyższym poziomie" - mówi dyrektor generalny WHO. Niestety, kiedy szczepionki i leki, od których zależy ludzkie życie, trafiają na rynek, to stają się zwykłym produktem, a im bardziej są konieczne, tym więcej można na nich zarobić.