Przemysław Szubartowicz: Czy jazz umarł?
Anna Stańko: - Broń Boże! Jazz ma się doskonale cały czas. Jest mnóstwo wspaniałych młodych muzyków, dużo koncertów i wydawnictw. Oczywiście jest dużo szlamu, który płynie głównym nurtem, ale jazz żyje i ma się dobrze.
W mediach społecznościowych funkcjonuje profil wytwórni o nazwie Jazz is Dead, który propaguje muzykę jazzową, ale raczej jako wspomnienie dawnej świetności, która już w kulturze przeminęła.
- Może ja żyję w jakiejś bańce, ale ta muzyka na pewno nie umarła, wręcz przeciwnie. Tylko chyba rzadziej zdarzają się takie iluminacje, jak dawniej, gdy jazz powiązany był ze stylem bycia i kształtował pokolenia słuchaczy. Gdy dziś słucha się nagrań Kwintetu mojego Taty, które po 50 latach zostały odnalezione w archiwach Radio Bremen, można takie iluminacje odczuć - jak niedawno wydane dwa albumy "Wooden Music", to eksplozja otwartej formy. Wtedy była odkryciem, dziś jest kanonem. Tak było w latach 70. XX w., ale dziś ludzie cały czas grają jazz. W Warszawie mamy co najmniej klika prężnie działających miejsc koncertowych, są festiwale, jest ogrom nowych wydawnictw na bardzo wysokim poziomie. A o bogactwie sceny światowej mówią chociażby pękające w szwach oferty agencji bookingowych, naprawdę jest niezwykle dużo doskonałych artystów.
Jednak to jest poza mainstreamem.
- Jako współproducentka festiwalu jazzowego Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej, organizowanego przez Bielskie Centrum Kultury, który niegdyś współtworzyłam razem z moim Ojcem, a dziś kontynuuję to dziedzictwo, wiem, że dla części słuchaczy i muzyków jazz jest wciąż w głównym nurcie zdarzeń artystycznych. Być może jest to nurt w pewnym sensie elitarny, ale to dla mnie nie jest zarzutem. I naprawdę polska scena niesamowicie prężnie się rozwija. Dzięki temu na Jazzowej Jesieni możemy prezentować naprawdę niesamowite projekty polskich muzyków. Wcześniej festiwal był dedykowany głównie artystom nagrywającym dla monachijskiej wytwórni ECM, dla której nagrywał Tata. Wspaniale, że gdy rozszerzyliśmy formułę, jest kogo zapraszać.
Kiedyś, w czasach rozkwitu polskiego jazzu, nie było takich dylematów. Już choćby płytoteka pani Ojca pokazuje, jak bardzo był to twórczy okres. Takie albumy jak "Music for K.", "TWET", "Music 81", "AiJ" były wydarzeniami.
- Tytuł "AiJ", czyli Anna i Joanna, ja i moja mama... Nie jestem wielkim ekspertem, jeżeli chodzi o historię. Również mam wrażenie, że Tata, choć jest jej znaczącą częścią, to jednak zawsze szedł własną droga, trochę obok wszystkich. Szukał bardzo własnych metod kształtowania wizerunku. Miał to coś, co pozwalało mu doczekać się statusu gwiazdy światowego formatu. Tata opowiadał mi taką historyjkę, z czasów, gdy zaczynał karierę, miał może 18 lat. Wtedy w Krakowie muzycy jazzowi grywali do tańca w różnych miejscach. I gdy on przychodził, wtedy reakcja była taka: o, przyszedł Stańko, koniec zabawy!
Ojciec nie chciał grywać "do kotleta"?
- Ta opowieść jest akurat o tym, że grał za bardzo free. Ale jednocześnie doskonale czuł muzykę rozrywkową, która przecież też może być sztuką. Niedawno Polskie Radio wydało płytę z archiwalnymi nagraniami Studia S-1 orkiestry Andrzeja Trzaskowskiego z udziałem mojego taty pt. "Wstęp wzbroniony". I na tej płycie jako solista jest mistrzem tych melodyjnych tematów.
Ostatnio Polskie Radio wydało także sześciopłytowy zestaw niepublikowanych nigdy nagrań pani Ojca z lat 1970-1991 pod wspólnym tytułem "Polish Radio Sessions". Przyznam, że jak ktoś chce poczuć klimat tamtych chwil, to musi sięgnąć choćby po płytę koncertową Jazz Rock Company zarejestrowaną w słynnym kiedyś klubie Akwarium. Wybitne brzmienie.
- Każda z tych płyt została poddana drobiazgowemu przygotowaniu pod kątem brzmienia. Przy tym projekcie pracowali wspaniali ludzie. I bardzo się cieszę, że wokół Taty tworzy się pewna społeczność ludzi, którzy kochają jego muzykę. Pomagam w tym oczywiście, prowadząc fundację, organizując coroczny Toast Urodzinowy dla Taty, zakładając platformę archive.tomaszstanko.com, koordynując sprawy, wspierając projekty wydawnicze. W tym czasie, gdy nie ma już Taty, jego dyskografia niezwykle się wzbogaciła - "Listy Chopina - improwizacje", albumy Scandinavian Art Ensemble z udziałem Taty czy płyta "September Night" wydana przez ECM po dwóch dekadach od powstania materiału. No i teraz ta ogromna produkcja Polskiego Radia.
Jakie przesłanie zostawił pani Ojciec następnym pokoleniom, artystom, polskiej sztuce?
- Tata miał niesamowitą moc w sobie, wielką pasję. To naprawdę jest ogromna moc. Czasem mawiał, że on nie ma marzeń, bo liczy się tylko to, co teraz, ale jednocześnie potrafił opowiadać muzyką o marzeniach. Wiodła go jakaś wielka namiętność. W dzieciństwie był dosyć chuderlawym chłopakiem, ale koniecznie chciał być częścią podwórkowego "gangu". I dokonał tego, potrafił przezwyciężyć samego siebie, fizyczność go nie ograniczała. Chciał być w centrum wydarzeń i był w centrum wydarzeń. Umiał korzystać z życia.
Ale miał tez mroczą stronę. Bywało, że się zatracał.
- Bywał trudny. Korzystał ze swoich ciemnych mocy. Ale umiał też z czasem je porzucić i potem wiódł inne życie. To także pokazuje, że był silny. Stworzył swoje życie na nowo.
Mnie kiedyś pani Ojciec opowiadał, jak nagrywał album "Matka Joanna" inspirowany wybitnym filmem Jerzego Kawalerowicza "Matka Joanna od Aniołów". Akt twórczy opisywał niemal jak doświadczenie mistyczne...
- To była właśnie ta namiętność. Jak się w coś angażował, to właśnie w taki sposób. Podobnie było z płytą "Witkacy Peyotl" nagraną z udziałem Marka Walczewskiego. Sztuka była sensem jego życia. I dla niej mógł zrobić wszystko. Pokonać swoje lęki, demony. Dzięki niej sięgał coraz dalej. Jak dawał mi jakieś porady, co robił rzadko, mówił, bym w siebie wierzyła i bym się nie bała. On cały czas pracował nad swoimi demonami i lękiem, stąd jego życie nigdy się nie zatrzymało.
Od płyty "Litania" wydanej w 1997 roku pani Ojciec stał się bardziej intelektualistą jazzu, niż trębaczem targanym namiętnościami...
- Ładne określenie, coś w tym jest. Na pewno stonował się w jakiś sposób, złagodniał. To jest ilustracja jego drogi życiowej. Od burzy do uspokojenia, ale zawsze z wielką pasją. Tata miał w sobie tytaniczną moc, porażki i klęski go nie zniechęcały. Nawiasem mówiąc, trąbka jest bardzo wymagającym instrumentem, ma charakter medytacyjny, wiąże się fizjologicznie z artystą, jego oddechem, ciałem. Trzeba jej ciągle używać, nieustannie ćwiczyć. Tata praktykował codzienne ćwiczenia, nie odkładał instrumentu na długo, był z nim związany.
No i wychował młodych muzyków, mam na myśli Simple Acoustic Trio, z którym grał.
- Niewątpliwie. Ale Tata miał też ogromne szczęście do zdolnych muzyków. Zaczynał z Krzysztofem Komedą, by na końcu samemu kreować wspaniałe składy. W latach 60. i 70. XX w. wielu muzyków wyjeżdżało na Zachód. A Tata zamiast siedzieć w hotelowym pokoju i pić wódkę, co było zwyczajową praktyką, wolał wtedy inny typ używek, więc wychodził na miasto, zwiedzał różne miejsca, zapoznawał się z europejskim środowiskiem jazzowym. Tak też zrodziła się jego przyjaźń z wybitnym fińskim perkusistą jazzowym Edwardem Vesalą. W archiwach Polskiego Radia jest dużo nagrań taty z Edwardem i być może uda się przygotować takie wydawnictwo.
Czyli można powiedzieć, że polski jazz żyje także poprzez archiwalne wykopaliska...
- Mój Tata, który bardzo interesował się Witkacym, mówił, że jest istnieniem poszczególnym. To istnienie zostawiło ślad, jak się okazuje, wciąż nie do końca odkryty. Staram się nieść to dziedzictwo...
Ciężko je unieść?
- Ja jestem poetycką duszą, to z jednej strony niesie, a z drugiej strony trochę utrudnia. Mam swoje prywatne wspomnienia, swoją historię z Tatą, a dziś pragnę, by jego twórczość trwała. Czuję, że Tata jest cały czas wspominany, podziwiany i potrzebny. Im więcej jest Taty w wydarzeniach, wydawnictwach i wspomnieniach, tym bardziej czuję i przypominam sobie, jak bardzo ja go nie mam. Nie możemy razem cieszyć się z tego, że ukazują się te archiwa. Kiedy Tata zachorował, a to był bardzo szybki i krótki okres choroby, powiedział mi, żebym najpierw trochę pożyła, a potem ewentualnie zajęła się jego nagraniami. W sumie nawet nie mieliśmy okazji porządnie się pożegnać... Ale jestem szczęśliwa, że muzyka Taty żyje. Że cały czas magnetyzuje.
