Nina Nowakowska: W polskiej świadomości Izrael jawi się jako bliskowschodnia Dolina Krzemowa. Tymczasem dane dotyczące ubóstwa za rok 2024, opublikowane przez izraelski Narodowy Instytut Ubezpieczeń Społecznych (NII), wskazują, że 2 miliony obywateli Izraela*, w tym co czwarte izraelskie dziecko, żyje w biedzie. Czy te liczby były dla pana zaskoczeniem?
Dr Guy Feldman: Bynajmniej. Prawie 21 proc. izraelskich rodzin żyje w biedzie, co stanowi jeden z najwyższych wskaźników ubóstwa wśród krajów OECD, czyli tych najbardziej rozwiniętych, jak Stany Zjednoczone czy Polska. W tym gronie Izrael zajmuje również drugie miejsce - zaraz po Kostaryce - pod względem najwyższego wskaźnika ubóstwa wśród dzieci. Te liczby nie są dla mnie zaskoczeniem, ponieważ utrzymują się na stałym poziomie od co najmniej piętnastu lat. To wiele mówi o skali zjawiska.
Jakie są główne problemy, z którymi mierzą się najbiedniejsi obywatele Izraela?
Pierwszym jest oczywiście kwestia mieszkaniowa. W ciągu ostatnich piętnastu lat Izrael odnotował jeden z najwyższych wzrostów kosztów mieszkaniowych. Mieszkanie w Izraelu stanowi poważny problem dla wielu rodzin ze wszystkich warstw społeczno-ekonomicznych, a w szczególności dla rodzin o niskich dochodach. Większość musi wynajmować mieszkanie na prywatnym rynku najmu, co jest bardzo kosztowne. Dane pokazują, że 10 proc. najbiedniejszych izraelskich rodzin wydaje prawie 60 proc. swoich miesięcznych dochodów na samo mieszkanie. Przecież to szaleństwo. Aby zapewnić sobie stabilność finansową, powinnaś przeznaczać na mieszkanie maksymalnie jedną trzecią dochodów. Jeśli wydajesz więcej, automatycznie narażasz się na niepewność mieszkaniową.
Drugim palącym problemem jest brak bezpieczeństwa żywnościowego. Wspomniałaś o raporcie NII. W ostatnich latach Instytut zaczął publikować również dane dotyczące wskaźników bezpieczeństwa żywnościowego, czyli stopnia dostępu poszczególnych rodzin do zdrowej i przystępnej cenowo żywności. I znowu - koszty życia w Izraelu są kosmiczne, a jedzenie szalenie drogie. Rodziny o niskich dochodach są zmuszone do zakupu najtańszej, wysoko przetworzonej żywności. Co więcej, z reguły mieszkają one na peryferiach, gdzie nie ma wielu supermarketów, zaś niewielkie sklepy - jedyne, które są - mają wygórowane ceny.
Przywołuje pan wiele statystyk. Jaki obraz życia się za nimi kryje?
Osoby o niskich dochodach nie są w stanie zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, co ma negatywny wpływ na ich zdrowie. Co miesiąc martwią się o opłacenie czynszu, przez co wiele z nich cierpi na bezsenność. W trakcie moich badań niektórzy rozmówcy przyznali, że regularnie biorą leki nasenne. Jednocześnie naprawdę ciężko pracują i chcą zapewnić swoim dzieciom poczucie bezpieczeństwa i dobre dzieciństwo. Z powodu braku pieniędzy decydują się na wynajem mieszkań, które nie spełniają norm bezpieczeństwa. Nie mogę zapomnieć historii jednej z moich rozmówczyń, która wraz z córką mieszkała w bardzo zaniedbanym mieszkaniu. Pewnego dnia, będąc w sypialni, poczuła zapach dymu. Biegnąc do salonu, spostrzegła, że w pokoju, w którym przebywa jej dziecko, pali się lampa. Na szczęście udało jej się wynieść córkę i ugasić ogień. To jednak poważne problemy, które dla ubogich rodzin są chlebem powszednim.
W lutym 2023 roku udzielił pan wywiadu portalowi "Davar", w którym omówił pan swoje badania dotyczące izraelskiego kryzysu mieszkaniowego. Odnosząc się do sytuacji pańskich rozmówców, stwierdził pan, że przypomina ona “sceny niczym z XIX wieku". Pamiętam przykład 7-osobowej rodziny żyjącej w kawalerce. Ale to było jeszcze przed 7 października, wojną w Strefie Gazy i wojną z Iranem...
Przez te dwa i pół roku sytuacja znacznie się pogorszyła - a mówię tu jedynie o Izraelu, nie wspominając nawet o sytuacji w samej Strefie Gazy. W wyniku ataku Hamasu 7 października i wojny niepewność mieszkaniowa dotknęła dziesiątki tysięcy kolejnych rodzin. Przesiedlenia spowodowane wojną nie ograniczyły się wyłącznie do mieszkańców południa. W wyniku eskalacji konfliktu na północnej granicy oraz wojny z Libanem wielu mieszkańców północnych miejscowości również musiało opuścić swoje domy na dłuższy czas. Dotknęło to wiele rodzin, którym wcześniej udawało się wiązać koniec z końcem i powiększyło grono osób borykających się z brakiem bezpieczeństwa mieszkaniowego. Nowe dane wskazują również na pogłębianie się ubóstwa, a w 2025 r. - po raz pierwszy od kilku lat - odnotowano zauważalny wzrost współczynnika Giniego, mierzącego nierówności dochodów.
Obserwując zachodni dyskurs dotyczący kryzysu mieszkaniowego można odnieść wrażenie, że problem ten dotyka wyłącznie klasę średnią i młode pary. Czy w Izraelu jest podobnie?
Owszem, ale z tą różnicą, że tutaj zawsze coś się dzieje. Temat kryzysu mieszkaniowego powraca do debaty publicznej kiedy akurat jest “okienko" i nie ma - dajmy na to - ani wojny ani kryzysu w sądownictwie. Wówczas rzeczywiście, zarówno w kontekście politycznym, jak i społecznym, jest przedstawiany jako problem klasy średniej i młodych. "Jak możemy pomóc młodym parom w zakupie ich pierwszego mieszkania" itd. W dyskusji tej pomija się ogromną grupę osób, jaką stanowią rodziny o niskich dochodach. W efekcie nie ma wielu politycznych rozwiązań dotyczących mieszkalnictwa dla uboższych obywateli.
W październiku w Izraelu odbędą się wybory parlamentarne. Czy kwestia kryzysu mieszkaniowego i rosnącej biedy przewija się w kampanii?
Do wyborów pozostało jeszcze sześć miesięcy, ale pozwól, że zrobię ci spoiler: z ust polityków nie padnie nawet słowo o ubóstwie. Być może któraś z partii znów obieca, że zajmie się kryzysem mieszkaniowym, ale nie przesądzi to o wyniku głosowania. Szczerze mówiąc, szokuje mnie to jako badacza.
Może to opinia publiczna powinna wywrzeć presję na polityków, a ludzie wyjść na ulice?
Kluczowe są tu dwie kwestie. Zacznijmy od dwóch milionów obywateli Izraela żyjących w biedzie (według danych NII - red.). Wielu z nich czuje bezsilność i mają ku temu powody. Kiedy na potrzeby badań przeprowadzałem z takimi osobami wywiady, gros spośród nich stwierdziło, że jestem pierwszą osobą, która spotkała się z nimi, by wysłuchać ich historii. Czują się osamotnieni.
Jeśli zaś chodzi o klasę średnią... być może jej postawa ma związek z tym, jak w ciągu ostatnich lat wyglądało życie w Izraelu. Chodzi mi o sytuację, kiedy każdy kolejny dzień przynosi nowe, przytłaczające problemy - nie wspominając o ostatnich wojnach. Nawet przed 7 października mieliśmy do czynienia m.in. z kryzysem w sądownictwie. Może zwyczajnie dzieje się zbyt wiele i ludzie nie mają czasu spojrzeć krytycznie na ubóstwo - nawet własne? Choć osobiście uważam, że bieda stanowi jeden z głównych problemów naszego kraju, to kwestie bezpieczeństwa mają wyraźne pierwszeństwo w społecznej piramidzie wartości. Ponadto, Izraelczycy jako naród bardzo dużo pracują i mają liczne rodziny. Wskaźniki dzietności są bardzo wysokie, ponieważ na jedną parę przypada średnio 3-4 dzieci. Przy tylu obowiązkach czas i uwaga są mocno ograniczone.
To bardzo ciekawe, ponieważ w Polsce problem niskiej dzietności często przedstawia się jako konsekwencję kryzysu mieszkaniowego. Czyżby ten sam problem wywoływał różne skutki w Warszawie i w Tel Awiwie?
W Izraelu kryzys mieszkaniowy nie wpłynął znacząco na liczbę urodzeń, ponieważ nasze społeczeństwo jest zorientowane na wartości rodzinne. Wielu Izraelczyków odwiedza swoich bliskich podczas każdej kolacji szabatowej, utrzymuje bliskie relacje z rodzicami i rodzeństwem. Kiedy kończysz 25 lat, ludzie zaczynają pytać, “czy myślałaś już o dzieciach?". Trudności mieszkaniowe nie wpłynęły więc na liczbę urodzeń, ale liczba urodzeń wpływa na wskaźnik ubóstwa. W Izraelu ubóstwo dotyka ponad 40 proc. Żydów ultraortodoksyjnych (charedim) i izraelskich Arabów, wśród których wskaźnik urodzeń jest bardzo wysoki. W przypadku ultraortodoksyjnych Żydówek wynosi średnio około 6,5-7 dzieci na kobietę. Co więcej, zarówno charedim, jak i Arabowie należą do mniejszości, więc nawet jeśli podejmują pracę zarobkową, nie zapewnia im ona wystarczających dochodów.
Co ciekawe, w ostatnich latach obserwujemy rosnącą liczbę charedim - zwłaszcza kobiet - wchodzących na rynek pracy. Obecnie około 67-68 proc. charedim w wieku produkcyjnym jest zatrudnionych. I choć wskaźnik aktywności zawodowej tej grupy jest niższy w porównaniu z większością społeczeństwa, uważam, że wielu charedim coraz bardziej docenia znaczenie pracy. Biorąc jednak pod uwagę, że ultraortodoksyjne rodziny są liczne, a wielu charedim pracuje w nisko lub średnio wynagradzanych zawodach, znaczna część tej grupy żyje poniżej granicy ubóstwa.
Mówi pan o dwóch bardzo odmiennych grupach społecznych. Czy ich doświadczenie biedy jest jednak podobne?
To, co wyróżnia charedim, to fakt, że w dużym stopniu polegają na tzw. gamachim, czyli żydowskich funduszach społecznych, udzielających bezpłatnych pożyczek. W Bnei Brak - swoistym centrum ultraortodoksyjnego życia w Izraelu - działa ich bardzo wiele. Poza pożyczkami zapewniają artykuły gospodarstwa domowego, ubrania, sprzęt i usługi. Pomagają także w radzeniu sobie z niepewnością mieszkaniową. Co ciekawe, moje badania wykazały, że charedim akceptują swoją niepewność mieszkaniową jako wolę Bożą. Wielu z nich jest przekonanych, że gdyby Bóg chciał, aby mieli bezpieczniejsze miejsce do życia, to mieliby je.
Jeśli chodzi o społeczność arabską, do uczestnictwa w naszych badaniach zgłosiły się głównie kobiety. Kilka z nich opisało sytuacje, w których brak stabilności mieszkaniowej miał związek z przemocą domową. Słyszeliśmy na przykład, że ojciec ich dzieci przebywał w więzieniu, że mają wobec niego sądowy zakaz zbliżania się lub że celowo unikały z nim kontaktu. Z ich relacji wynikało, że przemoc i powtarzające się przeprowadzki w celu ucieczki od toksycznych związków destabilizowały ich sytuację mieszkaniową. Okazało się, że doświadczenia te są charakterystyczne wyłącznie dla społeczności arabskiej. Należy jednak podkreślić, że obraz ten wynika wyłącznie z relacji konkretnych kobiet, z którymi rozmawialiśmy, i nie należy go traktować jako reprezentatywny dla całej społeczności arabskiej.
Wróćmy na moment do samego kryzysu mieszkaniowego. Czy pana zdaniem uregulowanie prywatnego rynku wynajmu mieszkań załatwiłoby sprawę?
Sektor prywatny ma obecnie zbyt dużą przewagę na izraelskim rynku mieszkaniowym. Choć istnieją pewne stare przepisy chroniące najemców, to zdecydowanie za mało. Mamy na przykład tzw. Ustawę o sprawiedliwym wynajmie, która ogranicza wysokość kaucji i - co najważniejsze - wymaga od właścicieli naprawiania usterek w ciągu 30 dni oraz zakazuje stosowania nieuczciwych klauzul. Z drugiej jednak strony nie ma żadnych ograniczeń dotyczących podwyższania czynszu przez właścicieli. Jeśli umowa najmu wygasa w czerwcu, to od lipca właściciel może podnieść czynsz o kolejne 3 tys. szekli (ponad 3,6 tys. zł - red.) - znam wiele takich historii. Powodem jest brak ograniczeń cen wynajmu. Wynajmujący mogą robić, co chcą, a jako najemca w zasadzie polegasz na ich dobrej woli. Prawdopodobnie to jedna z sił napędowych izraelskiego kryzysu mieszkaniowego.
A co z mieszkalnictwem socjalnym?
W pierwszych dekadach swojego istnienia Izrael miał naprawdę dobry model budownictwa socjalnego - kraj dysponowaliśmy wówczas ponad 400 tys. mieszkań socjalnych. Obecnie mamy ich 50 tys., czyli około osiem razy mniej, podczas gdy liczba ludności wzrosła kilkukrotnie. Nawet jeśli kwalifikujesz się do otrzymania mieszkania socjalnego - a nie jest to takie proste, ponieważ z biegiem lat zaostrzono kryteria - nie oznacza to, że je dostaniesz, istnieje bowiem lista oczekujących. Średni czas oczekiwania na mieszkanie socjalne dla osób spełniających kryteria wynosi trzy lata. I nawet jeśli uda ci się je zdobyć, jest ono stare i niezbyt komfortowe.
Czy widzi pan jakieś inne rozwiązania dla kryzysu mieszkaniowego w Izraelu?
Osobiście postawiłbym na społeczne budownictwo - z jednym zastrzeżeniem. Chodzi mi o konkretne budynki w różnych punktach na mapie miasta, a nie getta, czyli odizolowane, zubożałe obszary o niedostatecznym komforcie mieszkalnym, zamieszkałe głównie przez ubogie rodziny. Musimy dążyć do integracji, dlatego rząd powinien finansować społeczne budownictwo, budować nowe mieszkania, a następnie wynajmować lub sprzedawać je zróżnicowanym rodzinom: ubogim i z klasy średniej, arabskim i żydowskim, seniorom i młodym parom. Tego rodzaju mieszkania muszą być przystępne cenowo i bezpieczne. Rząd powinien umieścić społeczne mieszkalnictwo w swojej agendzie i znaleźć naznie środki - tym bardziej, skoro jest w stanie wyłożyć miliardy szekli na kolejne wojny. Niestety nie ma innego wyjścia. Ludzie sami nie zarządzą kryzysem mieszkaniowym - to zawsze musi być rozwiązanie systemowe.
*Według raportu próg ubóstwa dla osoby samotnej w Izraelu wynosi 3 547 szekli (4 196,10 zł) miesięcznie, a w przypadku pary 7 095 szekli (8 393,39 zł) - zgodnie ze wskaźnikami stosowanymi przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
