Natalia Grygny, Interia: - Janina Lewandowska "pionierką lotnictwa"? W książce rozprawia się pani z mitem, który krążył wokół niej.
Agata Puścikowska, dziennikarka, pisarka, autorka książki "Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej":
- Lewandowska pionierką lotnictwa nie była. Wokół jej postaci narosło wiele mitów, a prawda jest zupełnie inna. W lotnictwie motorowym dziewczyn było sporo. Janina nie zdążyła zdobyć uprawnień lotniczki motorowej - sportowej, ponieważ przeszkodził jej wybuch drugiej wojny światowej. Uczyła się tego i nawet pilotowała samolot, ale w roli drugiego pilota - nawigatora. Była też wyszkoloną szybowniczką i skakała ze spadochronem. O tym wiemy na pewno.
A czego nie wiemy?
- Czy Lewandowska pilotowała samoloty motorowe jako pierwsza pilotka. Pewnie zdobyłaby uprawnienia, ale po prostu nie zdążyła przed wybuchem wojny. Wbrew obiegowej opinii, przed wojną sporo było pilotek i lotniczek, których nazwiska znamy. Wystarczy wspomnieć, chociażby o Wandzie Modlibowskiej, którą Janina zresztą dobrze znała. W samym Poznaniu i aeroklubach rozsianych po Polsce kobiet było sporo. To mit, że przed wojną nie latały. Oczywiście nie w takim wymiarze jak mężczyźni, ale zdobywały doświadczenie i umiejętności. Droga Janiny do lotnictwa była jednak dość specyficzna.
I od niej zacznijmy. Kim była Janina Doris?
- Lewandowska próbowała w życiu różnych dróg. Swojej szukała od dziecka, marzyła o karierze scenicznej lub przynajmniej obrała ją sobie za cel. I tak narodziła się "Janina Doris" - pseudonim artystyczny Lewandowska przyjęła z kilku powodów. Po ukończeniu konserwatorium muzycznego mogła uczyć dzieci gry na pianinie lub śpiewu. Najwyraźniej tego nie chciała. Musiała się jednak z czegoś utrzymywać, dlatego zaczęła występować na scenach, ale tych mniej ambitnych. Nie starczyło talentu, by wspiąć się na operowe czy teatralne.
Tutaj należy podkreślić, że Janina była córką dowódcy powstania wielkopolskiego Józefa Dowbora -Muśnickiego. A że był znaną w Wielkopolsce osobistością, to gdzie się nie pojawiała, prasa śledziła każdy jej krok. Ze względu na postać ojca traktowała ją niczym celebrytkę. Na afiszach zawsze pojawiało się jej nazwisko. Ojcu nie podobało się, że rodowe nazwisko było szargane w miejscach raczej nie kojarzących się z muzycznym profesjonalizmem. Punktem zapalnym był też fakt, że generał był melomanem. A to, że jego córka podśpiewuje w niezbyt ambitnych lokalach, nie napawało go dumą. Najprawdopodobniej w końcu tupnął nogą, a Janina zdecydowała się na pseudonim artystyczny.
Może też sama chciała się w jakiś sposób od nazwiska ojca odciąć?
- Tak, tak brzmi właśnie druga hipoteza. Dla niej imię Doris brzmiało romantycznie i miało zwrócić uwagę miłośników muzyki. Zachowało się nawet zdjęcie, do którego pozuje jako kobieta-wamp: ma zaczesane, krótkie włosy i mocny, sceniczny makijaż. W jej przypadku było to dość nietypowe, bo stawiała na naturalność. Janina to kobieta wielu sprzeczności. Z kariery muzycznej nic nie wyszło, a jej nadzieje okazały się złudne.
Kojarzyłam Lewandowską głównie ze zdjęć, do których pozuje w mundurze pilota. Dlatego jak na nią to dość zaskakujące oblicze.
- Muzyka była dla niej jak druga skóra - miłość tę zaszczepiła w niej matka. W ogóle rodzina Dowbor-Muśnickich była bardzo muzykalna. Niewiele wiemy o życiu matki Janiny - Agnieszki, ale pewne jest, że śpiewała, grała i chyba miała większy talent od córki. Agnieszka Dowbor-Muśnicka zmarła bardzo młodo, osierociła czwórkę dzieci. Janina była w nią wpatrzona, tęskniła za matką, i pewnie wymyśliła sobie taką, a nie inną karierę.
Poznając historię Janiny, trudno nie powiedzieć, że los doświadczał ją od najmłodszych lat. Tutaj chciałam wspomnieć o chorobie, która miała ogromny wpływ na jej życie.
- W niepublikowanych listach gen. Dowbor-Muśnickiego odkryłam informację, że gdy Janina miała kilkanaście lat, przeszła ciężką chorobą neurologiczną. Pląsawica (tak przynajmniej nazywali tę chorobę ówcześni lekarze) zrujnowała jej wówczas wszystko. Nie było wiadomo, czy w dorosłości będzie poprawnie funkcjonować czy nie stanie się osobą z niepełnosprawnością. Udało jej się wyjść z choroby, ale później musiała mieć duże problemy z grą na fortepianie. Jednak wróciła do gry i skończyła konserwatorium - choć musiała obrać kierunek nauczycielski, nigdy nie była wirtuozem instrumentu. Nie wiadomo jednocześnie czy miała maturę. Do tej pory mówiło się, że egzaminy zdała. Ja nie jestem pewna - przeszła silną chorobę, przez którą musiała przerwać naukę na dwa lata. Jeżeli przystąpiła do egzaminu, to na pewno nie ze swoimi rówieśniczkami. Wszelkie dokumenty ze szkoły, do której chodziła, przetrwały wojnę, a nie ma w nich w ogóle wzmianki ani o jej maturze, ani o ukończeniu szkoły. Niewykluczone więc, że córka Dowbor-Muśnickiego matury nie miała, ale nie przeszkodziło jej to w ukończeniu konserwatorium, bo wówczas przyjmowano do tej szkoły i osoby bez egzaminu dojrzałości.
Bycie córką generała, dowódcy Powstania Wielkopolskiego, pewnie było dla niej dużą presją? Jak pani uważa?
- Presję pewnie o wiele bardziej odczuwali synowie. Gedymin najprawdopodobniej jej nie wytrzymał i wyjechał z kraju. Zamieszkał w Paryżu i jako jedyny z rodzeństwa przeżył wojnę. Olgierd, wielka duma generała, popełnił samobójstwo. Do dziś nie jest jasne, dlaczego zdecydował się na taki krok. Dobrze, że Dowbor-Muśnicki nie dożył tego zdarzenia, bo dramatyczna śmierć syna była by dla niego z pewnością potwornym ciosem.
Wystarczy spojrzeć na to, w jak diametralnie różny sposób była wychowywana Janina, a jak jej o 12 lat młodsza siostra Agnieszka nazywana przez rodzinę "Gusią". Po śmierci żony generał musiał połączyć rolę taty i mamy. O ile starsze dzieci - Janina, Olgierd i Giedymin, byli wychowywani - ale bez przesady! - w dyscyplinie, to "Gusia" była rozpieszczana. W jej przypadku generał po raz pierwszy mógł doświadczyć ojcostwa tak blisko. Ze starszymi dziećmi tak nie było. Generał ciągle walczył gdzieś na froncie, a jego rodzina przemieszczała się jego śladami, lecz przez to wszyscy naprawdę rzadko się widywali. Gdy wybuchła bolszewicka rewolucja, Agnieszka Dowbor-Muśnicka, jako żona carskiego generała, musiała też uciekać przed represjami. "Gusię" takie koleje losu ominęły. Stała się trochę jedynaczką, bardzo z ojcem związaną. Nie czuła takiej presji jak starsze rodzeństwo i była oczkiem w głowie swojego taty. Myślę, że określenie "dziecko-kwiat" idealnie do niej pasuje. W listach do Stefanii Wańkowiczowej generał podkreślał jednak, że kocha wszystkie swoje dzieci. Wspominał je wielokrotnie i troszczył się o niej. Trzeba jednak pamiętać, że w tamtych czasach ojcostwo było postrzegane inaczej niż współcześnie. Kochał swoje dzieci jak potrafił, dbał o ich wykształcenie, ale i odpowiednią prezencję.
Po ojcu Janina odziedziczyła upór i niezależność.
- Urodziła się w Charkowie, miała doświadczenie tułacze, a potem zjawiła się w wolnej Polsce, o której wszyscy marzyli. Niedługo potem zmarła jej matka. Śmierć była dla niej przeżyciem traumatycznym. Do tego dochodziła samotność. Musiała sobie z tym poradzić, ale nie miała już tak bliskiej osoby. Do rodziny dołączyła co prawda babka Korsuńska, ale nie była typem ciepłej babuni, która przytuli, gdy trzeba. I regularnie spierała się ze swoim zięciem. Janina natomiast była dzieckiem swoich czasów. Często wydaje się nam, że kobiety międzywojnia z tzw. dobrych domów były takimi bezwolnymi panienkami. A to nieprawda. Były w sporej części wyemancypowane, wykształcone, udzielające się społecznie. Janina angażowała się w pomoc kombatantom Powstania Wielkopolskiego, potrafiła gotować, szyć staniczki, zrobiła też kurs dla juzistek - co zdefiniowało jej życie, bo przygotowało do wojny. Musiała sobie zacząć szybko w życiu radzić, w pewnym momencie odcięła się nawet trochę od rodziny. Ale nie na zasadzie, że zerwała z nią kontakt. Podczas prac nad książką trafiałam na opracowania, że Dowbor-Muśniccy wszyscy ze sobą walczyli. To jednak nieprawda - byli natomiast specyficzni i mieli mocne charaktery.
Takie starcia bywają trudne.
- Janina też przypominała pod tym względem swojego ojca. Co ciekawe, inne opracowania zrobiły z tej rodziny "świętych" i postawiły na piedestale z brązu i złota. A oni owszem, byli patriotami, ale jednocześnie ludźmi z krwi i kości.
Powstało coś na wzór żywych pomników?
- Dokładnie. Patriotyzm to nie jest świętość a pewna postawa, do której się dorasta. Gdy czyta się wspomnienia o młodych ludziach międzywojnia, to starsze pokolenia załamywały się "co z tej młodzieży będzie". Zupełnie jak dziś. A mimo obaw, często słusznych o "dzisiejszą młodzież", tamci młodzi ludzie, w 1939 roku stanęli do walki, nawet dziewczyny, siostry, Dowbór-Muśnickie, tak różne od siebie, czyli Janina i "Gusia". Taki obowiązek miały we krwi, chociaż relacje miały nienajlepsze.
Moim zdaniem momentami nawet dość szorstkie. "Gusia" była wobec Janiny też nieco uszczypliwa, zwłaszcza jeśli chodzi o komentarze dotyczące znalezienia odpowiedniego partnera.
- Odmienne charaktery, wychowanie, a do tego dochodziła różnica wieku. Dwa różne światy. Stefania Wańkowiczowa o najmłodszej córce generała pisała przecież "ta wietrznica Gusia".
Nie były typem sióstr - przyjaciółek. A mimo to, gdy wybuchła wojna, niezależnie od siebie, zupełnie nie wiedząc, co dzieje się u jednej i drugiej, poszły walczyć. To pokazuje specyfikę tamtego wychowania i tamtych ludzi. Janina zginęła w Katyniu około 22 kwietnia 1940 roku. W tym samym czasie "Gusia" została aresztowana i trafiła na Pawiak. Zginęła dwa miesiące później w "niemieckim Katyniu", czyli Palmirach.
Można powiedzieć, że córki wypełniły ostatnią wolę ojca, który w testamencie napisał: "Moje dzieci winny pamiętać, że są Polakami i że pochodzą ze starej rodziny szlacheckiej o pięciowiekowej nieskazitelnej przeszłości".
- One przesiąkały tą atmosferą. Nie chodziło o to, że generał nagle coś napisał przed śmiercią, a one nagle uznały, że tak trzeba. Wychowywały się w konkretnej atmosferze, szczególnie Janina obserwowała postawę ojca. Olgierd z pewnością walczyłby na froncie jako pilot wojskowy.
Odciął się jedynie Giedymin. Im bliżej poznawałam tę rodzinę, tym częściej skłaniałam się ku temu, że na pewnym etapie następował dramat za dramatem. Dzieci generała znały fizycznie i z opowieści Polskę pod zaborami, motyw walki o niepodległość. Janina doskonale znała też realia Rosji carskiej i sowieckiej. A to pewne piętno. Co więcej, to ojciec przywrócił krajowi Wielkopolskę, więc dzieci dorastały w nimbie jego chwały. Gdzie tylko Janina i Agnieszka się pojawiały, od razu padały słowa: "a to córki Dowbor-Muśnickiego". W prasie przedwojennej udało mi się znaleźć wiele informacji na temat Janiny, bo każda jej obecność na publicznych wydarzeniach, była skrupulatnie odnotowywana. Załóżmy, że brzmiało to mniej więcej tak: "było 60 osób, w tym Janina Dowbor-Muśnicka". Traktowano ją jak celebrytkę, "Gusię" trochę mniej.
Janina na nazwisko zapracowała sobie jednak sama. Idąc taką, a nie inną drogą.
- Gdy nie wyszła kariera muzyczna, pracowała na poczcie w Poznaniu. Potem, jak wspomniałam, skończyła kurs juzistek w Zegrzu nad Wisłą pod Warszawą. Radiotelegrafistki były kształcone na wypadek wojny - zdobywały umiejętności łącznościowe na najwyższym światowym poziomie. Przez niemal rok uczyły się wojskowego drylu i rzeczy przydatnych na wypadek konfliktu zbrojnego. Były skoszarowane, chodziły w specjalnych mundurach. Janina była pochłonięta kursem i do 1936 roku nie miała nic wspólnego z lataniem. Nie skakała na spadochronach, nie latała samolotami. Nic z tych rzeczy!
Jak zatem było z tym brawurowym skokiem ze spadochronem z wysokości 5 tys. metrów? Przygotowując się do rozmowy, trafiłam i na takie informacje. Pani obala tę legendę.
- To kompletna bzdura! W Polsce spadochroniarstwo cywilne było możliwe dopiero od 1936 roku. Lewandowska zetknęła się realnie ze spadochroniarstwem i szybownictwem dopiero w trakcie lub po ukończeniu kursu juzistek. Dopiero wtedy zaczęła się interesować tym tematem. Janina stopniowo wchodziła w świat lotnictwa, które zaczynało ją fascynować. Po ukończeniu kursu szybowcowego napisała nawet osobisty tekst, który doczekał się publikacji w jednej z gazet. Dopiero po ukończeniu kursów weszła do środowiska pilotów motorowych. W tamtych czasach wśród młodych ludzi panowała moda na latanie.
Lewandowska zaczęła skakać ze spadochronem dopiero po 1936 roku, kiedy możliwe było skakanie cywilne. Ale nie z 5 tys. metrów, jak gdzieniegdzie się pojawia! Najpierw skakała z wieży służącej do takich ćwiczeń. Potem dopiero z samolotów - ale nie z takiej wysokości, bo wówczas nikt nie latał z takich. Ktoś pewnie do 500 metrów dodał omyłkowo jedno zero i to pokutuje już dziesiątki lat. Wtedy samoloty sportowe nie wzbijały się na takie wysokości ze skoczkami. Natomiast około 1938 roku Janina zaczęła robić uprawnienia pilota motorowego. Gdyby takie uprawnienia zdobyła - prasa wręcz krzyczałaby na ten temat, bo historie kobiet z lat 1938-1939 zachowały się. Dokumenty również. Gdyby więc Janina zyskała uprawnienia pilota motorowego, byłaby wymieniana wspólnie z nimi. A nie była. Co więcej, była znaną postacią, więc gdy z kolei latała jako drugi pilot, - nawigator, prasa to skwapliwie odnotowywała. Ale to nie oznacza, że nie była fantastyczną osobą. Była! Całe życie szukała nowych pasji, a gdy w końcu ją znalazła, wybuchła wojna.
Nowa pasja przyniosła Janinie również miłość. Dzięki lataniu poznała swojego przyszłego męża, Mieczysława Lewandowskiego, instruktora szybowcowego.
- Nie była to jednak wielka miłość od pierwszego wejrzenia. Uczucie między nimi rodziło się powoli. Para zaręczyła się w 1938, a pobrała w czerwcu 1939. Niedługo potem - rozstali się "na chwilę", by wrócić do obowiązków zawodowych. Mieli się później spotkać w Poznaniu, ale do tego nie doszło.
Lewandowska trafiła do sowieckiej niewoli w połowie września 1939.
- Prawdopodobnie nie miała karty mobilizacyjnej. Mogła ją co prawda otrzymać jako juzistka - przysięgała, że w razie wybuchu wojny będzie służyć, ale nie ma na to jednoznacznych dokumentów. Być może więc poszła na wojnę jako ochotniczka. Razem z przyjaciółmi Aeroklubu Poznańskiego i żołnierzami rezerwy udała się na wschód kraju. Po wielu perypetiach, na terenie dzisiejszej Ukrainy, wszyscy zostali aresztowani przez Sowietów. Tu zaczęła się gehenna, dramatyczna podróż do Ostaszkowa. Polscy jeńcy osadzeni w obozie specjalnym NKWD, następnie trafili do Kozielska. Zachowały się opisy zaznaczające obecność Janiny. Jeden z więźniów obozu w Kozielsku pisał na przykład: "Jest tu w obozie lotniczka - dzielna kobieta, już czwarty miesiąc znosi razem z nami wszelkie trudy i niewygody niewoli, a trzyma się wzorowo". Janina miała na sobie mundur oficera lotnictwa wojskowego. Zapewne to współwięźniowie doradzili jej jego założenie, z przyczyn bezpieczeństwa - ponieważ doskonale wiemy, jak Rosjanie traktowali kobiety. W Kozielsku natomiast wszyscy czekali, aż będą mogli wyjechać z obozu i walczyć o swój kraj. Sowieci jednak cały czas kłamali i osłabiali ich czujność. W końcu w Moskwie klamka zapadła: jeńcy mieli zginąć.
Janina Lewandowska to jedyna kobieta zamordowana w Katyniu.
- W Kozielsku była akurat tylko ona. Zapewne zginęła jako jedyna w Katyniu i była prawdopodobnie jedyną kobietą osadzoną w Kozielsku. W obozach śmierci NKWD było ich jednak więcej. Co jeszcze bardziej dramatyczne, w obozach więziono też dzieci.
Stąd w książce wątek chłopca Władzia?
- Tak. O tym, że dzieci znajdowały się w sowieckich obozach, dowiedziałam się jakieś dwa lata temu. Przebywało w nich przynajmniej 60 młodych chłopaków. Niektórzy zostali wywiezieni z obozów, inni zaginęli lub zginęli. Szczątki jednego z chłopców znaleziono w dole śmierci przy szczątkach Lewandowskiej. Władzio jest tu pewnym symbolem, aczkolwiek istnieje duże prawdopodobieństwo, że chłopiec nosił takie imię. Był to jeden z niewielu wątków, który musiałam dopowiedzieć. Nie ma dokumentów, które wskazywałyby jak było do końca. Niemniej - znaleziono ich wspólnie, ciało przy ciele.
Janina była też bardzo bliska księdza kapelana, który w obozie opiekował się niemal wszystkimi - w tym zapewne "Władziem". Wiadomo, że chłopiec został oddzielony od ojca, który obóz opuścił ciut wcześniej. Janina mogła się więc dzieckiem zaopiekować, skoro ich szczątki spoczęły wspólnie. Książka w dużym stopniu jest powieścią biograficzną, sceny w niej zawarte nie są wyssane z palca, a jedynie czasem lekko "podkoloryzowane" - choć zawsze prawdopodobne i konsultowane z historykami. Akurat relację między Janiną a chłopcem musiałam częściowo stworzyć po to, aby pokazać co się działo później: bo w czasie ekshumacji, chłopca znaleziono przy Janinie, a są na to świadkowie. Potwierdził to m.in. Henryk Troszczyński, wówczas robotnik przymusowy, a potem Powstaniec Warszawski (jako jedyny polski robotnik powrócił z Katynia do Warszawy). To m.in on odnalazł ciała polskich oficerów i poinformował Niemców o ich grobach.
Tajemnica śmierci Lewandowskiej wyszła jednak na jaw dopiero po sześćdziesięciu latach. Niemcy po odnalezieniu grobów wyciszyli całą sprawę. Nie mogli uwierzyć, że w dole śmierci znajdowały się szczątki kobiety?
- Niemcom to nie pasowało. Bali się, że jeśli opowiedzą o tym szeroko światu, to nikt im nie uwierzy w mord sowiecki. Sprawę nieco wyciszyli, ale dzięki temu udało się ocalić czaszkę Lewandowskiej. Trafiła do Wrocławia, gdzie pojawia się kolejny trzymający w napięciu wątek. Prof. Gerhard Buhtz, pracujący w niemieckiej ekipie przy ekshumacji zwłok w Katyniu, zabrał kilka czaszek z Kozielska. Trafiły w końcu do Wrocławia. Przez ponad 65 lat czaszka była przechowywana w tamtejszym Zakładzie Medycyny Sądowej, gdzie ukrywał ją polski profesor. Z narażeniem życia - chroniąc przed komunistycznych służbami. W 2005 roku czaszka Janiny została przebadana metodą superprojekcji i złożona w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Lusowie - przy ciele matki i ojca.
Przez wiele lat próbowano zakryć prawdę o Katyniu, ale ta obroniła się sama. Śmierć Janiny Lewandowskiej była tajemnicą poliszynela - kto wiedział, ten wiedział. Henryk Troszczyński, trzymał tajemnicę do starości. Po 1989 roku, gdy zrobiło się bezpieczniej, postanowił opowiedzieć swoją historię. Troszczyński często mówił w wywiadach: "chyba po to przeżyłem, by móc świadczyć".