Reklama

- Dla kogoś to szkło, a dla mnie - biografia - mówi spokojnie. - Bo z każdej butelki można przeczytać człowieka.

Pierwsze olśnienie

- Pamiętasz moment, kiedy pomyślałeś, że ta stara butelka z Okocimia to coś więcej niż znalezisko?

Reklama

- Pewnie, że pamiętam. "Miałem może piętnaście lat. Włóczyłem się po starym Zwierzyńcu - dzielnicy, w której każda chałupa trzeszczała i nosiła w sobie zapach zbutwiałego drewna" To były czasy komunizmu: wszystko wokół szare, bure i nijakie. I nagle, w ruderze przeznaczonej do rozbiórki, znalazłem butelkę z napisem J.G. Okocim, 1845.

Jakby ktoś zostawił mi wiadomość spod ziemi.

Butelka błyszczała w promieniu światła, wyglądała jak artefakt z innej cywilizacji. Miała idealną szyjkę, elegancki kształt, a w szkle zatopione słowa: Własność niesprzedawalna. Przed nadużyciem przestrzegamy.

 - I to mnie zaczęło intrygować - mówi. - Co znaczy "niesprzedawalna"? Kto, przed czym przestrzegał? Kim byli ludzie, którzy takie rzeczy pisali na butelkach?

Tak zaczęło się czterdzieści lat grzebania w glebie, archiwach, pamięci.

Z piwnic i zapomnienia

Z początku to była przygoda chłopaka z latarką. Po szkołach, po strychach, z paczką kolegów, w ruinach starego Krakowa.

 - Wtedy ludzie się wyprowadzali z wilgotnych, starych domów. A my, dzieciaki, wchodziliśmy tam po wszystkim, czego nikt już nie chciał - wspomina. - Butelki, lampy, stoły, co się tylko dało uratować.

Każda piwnica, każdy potłuczony dzban był trochę jak kapsuła czasu. A w butelkach - coś jeszcze.

- One były inne. Jedna miała długą, smukłą szyję i krótki korpus, inna kwadratowy brzuszek, jeszcze inna wyglądała jak miniatura grolsza. Tam było piękno, którego nie widziałem nigdzie indziej.

Potem przyszedł moment, kiedy w tej pasji pojawił się porządek. Zbiory zaczęły rosnąć - i trzeba je było jakoś okiełznać.

 - Ograniczyłem się do butelek polskich, przedwojennych, z terenów drugiej Rzeczypospolitej. Galicja, Kresy, trochę zaboru rosyjskiego. Każda inna, każda opowiada coś swojego.

Butelki, które opowiadają ludzi

W każdej z tych szklanych form żyje ktoś sprzed wieku. Ród, browar, historia. Krzysztof potrafi je odtworzyć z pamięci.

- Weź Sanguszków z Podhorców i Tarnowa - zaczyna. - Książę Roman Sanguszko, arystokrata, przemysłowiec, kawalarz jakich mało. Ten, który kazał służbie zbudować z papieru mur, żeby się rozpędzić Bugatti i udawać, że się rozbija.

Zemdlała mu towarzyszka, ciotka, dama dworu. On się śmiał - i w tym był cały on: ekstrawagancki, ale z sercem. Miał największą w Polsce stadninę koni arabskich, ściągał ogiery aż z Iraku i Maroka. A potem organizował rajdy automobilowe.

Krzysztof chwali się butelką z herbem Sanguszków - Pogonią Litewską. Prawdziwy unikat.

- A byli też inni, bardziej cisi. Jak Watmanowie z Dzikowa Starego. Niemcy - właściciele browaru. I wiesz co? Jak przyszła wojna, nie przyjęli volkslisty, choć mogli. Ryzykowali wszystko. Córka Watmana była w AK, a ojciec trzymał partyzantów w piwnicy browaru.

To są rzeczy, które człowieka po prostu ruszają. Butelka zostaje, a człowieka już nie ma.

Inna historia: browar w Grodnie.

- Dwóch właścicieli: Leon Słucki i Judel Margolis. Obydwaj Żydzi. Margolis miał wcześniej fabrykę zapałek, chciał spróbować czegoś nowego. Piwo im wyszło beznadziejne. Ludzie nie chcieli pić, restauratorzy bojkotowali. Zaczęła się "wojna piwna grodzieńska". I wtedy kupił to cwaniak Horace Haller, szef spółki w Warszawie, znany hochsztapler. Wszedł w to z myślą o przekręcie, a wyszło, że zrobił najlepsze piwo w Grodnie.

Czasem przypadek naprawia los.

I tak - butelka po butelce - składa się w alfabet polskich losów. Od magnatów po kupców, od Czechów po Żydów, od wizjonerów po bankrutów.

Krzysztof śmieje się:

- Gdybym chciał, to bym miał z tej kolekcji sagę. Każda flaszka coś mówi.

Herby, które rządzą wyobraźnią

Na półkach błyszczą tłoczenia: Jastrzębiec, Abdank, Leliwa, Korczak.

- Całe to szlachectwo przeszło do szkła - mówi. - Butelkę robił rzemieślnik, ale zamawiał hrabia, książę, właściciel dóbr. Każdy chciał mieć znak rodowy.

W młodości zaczytywał się w Trylogii  Sienkiewicza i w tym samym czasie - jako nastolatek - przerysowywał herby z dziesięciu tomów Niesieckiego w Bibliotece Czartoryskich. - Chodziłem tam na wagary. Ale zamiast palić za szkołą, siedziałem nad herbami. Jak inni uczyli się chemii, ja się uczyłem rodowodów. I to mi się potem przydało, bo jak dziś patrzę na tłoczenie na flaszce, to od razu wiem, co to za ród.

W jego książce "Polski Herbarz Piwny" każdy browar i każda flaszka mają własną opowieść. Nie tylko o szlacheckich rodach, lecz także o drobiazgach, które mówią o epoce.

- Na przykład w zaborze rosyjskim wszystko liczyli na wiadra, nie na litry - tłumaczy. - Wiadro miało 12,3 litra. Większe butelki miały jedną dwudziestą wiadra, mniejsze jedną czterdziestą. Dlatego jak trzymam taką flaszkę, to czuję ten inny porządek świata. Nawet miary tam mieli inne, jakby i czas inaczej płynął.

To są detale, przez które lepiej rozumiesz historię. Bo każda linia, każdy wytłok, każdy napis ma znaczenie. Butelka to nie ozdoba - to język, którym dawniej opowiadano świat.

Wbrew grawitacji czasu

- Zawsze mnie pociągało to, że nawet w czymś prostym, jak butelka po piwie, jest mnóstwo artyzmu - mówi. - Każdy detal zaprojektowany ręką człowieka, który chciał, żeby to było piękne, nie tylko użyteczne. Dziś robimy wszystko, żeby było taniej. Wtedy robili, żeby było dobrze.

Jego kolekcja to katalog gustów XIX i pierwszej połowy XX wieku. Jest przykładem, jak rozwijał się polski przemysł, jak w browary inwestowali arystokraci i przemysłowcy, a potem jak wszystko to zmiotły wojny i nacjonalizacje.

- Najstarsze browary, które mam na butelkach - zniknęły już 120 lat temu. Przepadły całe rody, a flaszki zostały. Dla mnie to jak nagrobki. Tyle że szklane.

Niebezpieczne wyprawy po przeszłość

Kiedy Krzysztof opowiada o swoich poszukiwaniach, robi się z tego epopeja. - W Barwałdzie wpadłem kiedyś po pas w stare szambo, całe zarośnięte mchem. Myślałem, że to trawnik. Jak się z tego wylazło, to człowiek się śmiał, ale jak bym skoczył w środek, to byłoby po mnie.

Innym razem zawalił się pod nim strop na strychu starego domu. - Wylądowałem w piecu chlebowym. Normalnie jak z bajki. Ale nie zawsze było śmiesznie. Czasem psy pogoniły, czasem ktoś gonił nas z siekierą, bo myślał, że przyszliśmy kraść.

A jednak uparcie wracał. Bo z każdego takiego wypadu przywoził flaszkę i nową opowieść.

Archiwista, nie hobbysta

Ludzie długo nie rozumieli, po co mu to.

- Mówili: "śmieciarz, zbiera butelki, wariat". Dopóki pierwszy raz nie zobaczyli mojej ściany z flaszkami.

Śmieje się, wspominając historię kolegi:

- Julo, też kolekcjoner. Zapełnił całe mieszkanie. Brat go podał do sądu, w papierach napisali, że "przechowuje niebezpieczne przedmioty". A on wstał przed sędzią i mówi: "Proszę mnie nie obrażać, ja nie jestem hobbystą. Jestem archiwistą". I tak to jest. My archiwizujemy historię, która by zginęła.

Kamienie - druga połowa świata

Równolegle z butelkami przyszedł kamień. Najpierw w dzieciństwie: amonity, muszle, agatowe szczątki z Krzeszowic. Potem technikum geologiczne, praca dyplomowa Kamienie szlachetne Polski, huta w Skawinie i rok szlifowania syntetycznych kryształów.

- Później los mnie zaprowadził do zakładu jubilerskiego braci Janickich. Miałem może dwadzieścia kilka lat. Tam nauczyłem się rzeźbić herby w kamieniu. Dla Potockich, dla Sanguszków, dla wnuczki Piłsudskiego. I to był ten sam rodzaj emocji co przy butelkach: historia, dłonie, ród, ciągłość.

Jego dłonie - dość drobne, ale silne - potrafią rzeźbić mikroskopijne znaki w kamieniach o powierzchni kilku milimetrów. W agacie potrafi zmieścić hełm, koronę i trzy pióra. - To trudna robota. Dłubiesz mikron po mikronie. Trzeba mieć swoje narzędzia, samemu je robić, bo niczego takiego nie da się kupić. A każdy ruch jest ołtarzem skupienia.

Czas, skupienie, cisza

Pracuje wcześnie rano, zanim otworzą warsztat. - Po dwunastej się nie da, bo przychodzą klienci, a ja wtedy się rozpraszam. Pomyliłem się raz - jedna fasetka poszła krzywo, kamień za dwa i pół tysiąca do niczego. Od tego czasu - święty spokój i cisza.

Nie słucha muzyki, bo "muzykę ma w głowie". - Rzeźbienie, płukanie złota w potoku, szlifowanie - to wszystko jest ten sam rytm. Jak modlitwa albo mantra. Te same ruchy, ta sama cisza.

Szafir i złoto

Najbardziej ukochał szafiry. - Ludzie myślą, że w Polsce nie ma szafirów. A są. I piękne. Wydobywali je już w średniowieczu Walonowie, wysłannicy Medyceuszy. Ja też jeżdżę po górach, szukam. W potokach Dolnego Śląska, w Izerach, pod Krzeszowicami. Szafiry, cyrkony, złoto. Tylko o złocie nie mów głośno, bo zaraz będą tłumy - śmieje się półgębkiem.

Każdą trasę ma naniesioną na mapę - kropki, kreski, ślady dawnych żył kwarcowych. - W lesie śpię, w kociołku gotuję zupę, potem ten sam kociołek służy mi do płukania żwiru. To nie hobby. To życie w ruchu.

Ród i ciągłość

Z czasem jego warsztat stał się też miejscem, gdzie historia się zamyka. - Przychodzą ludzie i zamawiają herb do sygnetu. Bo dziadek miał, pradziadek miał, a teraz chcą mieć własny. To nie kwestia prestiżu - to chęć, żeby nie przerwać łańcucha. Jak patrzą na gotowy kamień, czuję w nich wzruszenie. Wtedy wiem, że moja robota ma sens.

Samotność, której nie trzeba leczyć

- Ja w ogóle lubię być sam - mówi po chwili ciszy. - Sam ze szkłem, sam z kamieniem. Może dlatego, że w tej samotności dzieje się najwięcej. Wtedy widzę więcej.

Nie ma w tym goryczy. To raczej rodzaj skupienia, które daje mu drugie życie. - Jak inni boją się ciszy, to ja w niej słyszę historię. Taką, która nie krzyczy.

Historia została, ludzie odeszli

Kiedy rozmawiamy, dotyka butelki z Zarszyna - browaru, który przed wojną należał do jego dalszej rodziny, rodu Wiktorów.

- To taka, którą jak biorę do ręki, to się wzruszam. Bo to moi. 

Oni zniknęli, ale butelka została. To jest dla mnie symbol - wąż, który zjada własny ogon. Historia wraca do punktu wyjścia.

Na pożegnanie

Pokazuje maleńki agat - dziewięć na siedem milimetrów. - Tu masz trąbę, krzyż, koronę, trzy pióra. Jak się odbije światło, widać każdy detal.

Mówi, że kiedyś, jak już nie będzie mógł dłubać w kamieniu, zostaną mu butelki. Bo szkło - w przeciwieństwie do człowieka - nie starzeje się.

- Najfajniejsze jest, jak sam coś znajdę. Bo wtedy to nie ja trzymam przedmiot, tylko on trzyma mnie. On pamięta za mnie.