"Mamusia jedzie na trupa, idź spać". Dzieciństwo w domu prokuratorki

Aleksandra Cieślik

Aleksandra Cieślik

123RF.comINTERIA.PL

Klęczałam, płacząc i błagając ją, by nie wpisywała kolejnego "Hania jest niegrzeczna" do zeszytu. Numerowane strony trzymał sznurek z zalakowaną pieczęcią. "Jeszcze kilka i pójdziesz do poprawczaka. O twoich przewinieniach czyta dzielnicowy" - słyszałam. W domu była czasem tak samo bezwzględna, jak w pracy. Teraz wiem, że wynikało to z bezradności i należy jej współczuć. Wtedy czułam przerażenie - wspomina 48-latka, córka prokuratorki.

Widzi pani, tego nie ukryję, to mój żywioł. Ale - choć posiadałam odporność na stres w pracy - bywam całkowicie bezradna na trudności spotykające moją rodzinę. Wtedy czuję cały wachlarz emocji - strach, lęk. Często też płaczę i denerwuje mnie niemożność zrobienia czegokolwiek. Najgorsza w tej robocie jest świadomość, co może spotkać twoich bliskich. Nie potrafię tego wymazać, nawet po tylu latach w zawodzie. Koleżanki mają podobnie. Jako rodzic chciałabym wziąć dziecko pod skrzydła. "Daj znać, jak dojedziesz", "miej ze sobą gaz pieprzowy" - córka słyszy to regularnie. Gdy mówi mi, że jedzie daną drogą, widzę na niej wypadek. Gdy wraca późno, przypominam sobie przesłuchanie ofiary gwałtu. Męczy myśl: "Chcę ją przed tym uchronić".

"Mamusia jedzie na trupa"

"Nie jesteś odpowiednim partnerem do rozmowy"

Gdy nie radziła sobie z moją wrażliwością, słyszałam: "Zabrać do pana psychiatry? On obcuje z takimi, jak ty". Lekarz został straszakiem. Mało tego, uważałam się za "wariatkę", co zresztą też lubiła mi wmawiać. Miałam niską samoocenę i wiele kompleksów. Nie lubiłam swoich oczu - bałam się, że ludzie zobaczą we mnie "świra". Patrząc na to z perspektywy dekad, współczuję tej małej dziewczynce.

Znerwicowane dziecko