Podczas ostatniego urlopu Karine nie było stać na wyjazd za granicę. Szukała więc w okolicy Lizbony czegoś, co nic nie kosztuje. Wybrała jedną z plaż Arrábidy - regionu na południe od miasta, znanego z wapiennych klifów i dzikich plaż.
Robi zdjęcie: skały, ocean, niebo. Fotografię podpisuje - "Nie mam pieniędzy, ale za to 40 minut od domu mam taką plażę" - i publikuje w mediach społecznościowych.
Na odpowiedzi znajomych z rodzinnej Kanady nie musi długo czekać. "Mając taką plażę, nie potrzebujesz pieniędzy" - piszą pod zdjęciem.
"Pomyślałam: nie macie pojęcia, o czym mówicie" - wspomina Karine. "Dla nich brak pieniędzy oznacza, że muszą trochę ograniczyć wydatki. Nie oznacza życia od wypłaty do wypłaty, w którym ledwo utrzymujesz się na powierzchni".


Emigracja dla stylu życia
Karine zakochała się w Portugalii podczas podróży z plecakiem w 2018 roku. Rok później skuszona słońcem i niespiesznym stylem życia postanowiła wyprowadzić się z Kanady i spróbować ułożyć sobie życie w Lizbonie.
"Zamknęłam sobie wiele drzwi w Kanadzie. Moje życie zaczynało być naprawdę wygodne. Wiele poświęciłam, żeby tutaj przyjechać" - mówi.
Jeszcze przed przeprowadzką znalazła pracę nauczycielki w międzynarodowej szkole. Odebrała to jako dobry znak. Wiedziała, że portugalskie pensje są niższe niż kanadyjskie, ale wierzyła, że sobie poradzi.
"Moje oczekiwania nie dotyczyły pieniędzy. Myślałam o słońcu, innym życiu, nowym doświadczeniu i miłości. Pomyślałam: drzwi do Portugalii się przede mną otwierają, wszystko będzie dobrze" - mówi, po czym dodaje: "Nie było".


Mieszkanie stało się luksusem
Dziś Karine ma 43 lata i dzieli mieszkanie na obrzeżach Lizbony z trojgiem współlokatorów.
"To naprawdę szalone, zwłaszcza w moim wieku. Ale w Lizbonie mieszkanie w pojedynkę jest prawie niemożliwe, chyba że ma się pensję spoza Portugalii. Kiedy mówię ludziom z Kanady, że mieszkam ze współlokatorami, po prostu się wstydzę, bo wiem, że dla nich jest to coś niebywałego" - mówi.
Nie pracuje już jako nauczycielka. Po kilku latach w Lizbonie wróciła na kilka miesięcy do Kanady, tylko po to, żeby zrobić kurs z zarządzania - w nadziei na nieco lepsze zarobki. Po powrocie do Portugalii znalazła pracę kierowniczki projektów w międzynarodowej korporacji w centrum miasta. Na jej konto wpływa dziś około 1200 euro (ok. 5200 zł) miesięcznie.
Dla wielu dorosłych mieszkańców Lizbony - zwłaszcza singli - współdzielenie mieszkania stało się jedynym sposobem, żeby utrzymać się w mieście.
Według analizy Banco de Portugal, opublikowanej w czerwcu 2026 roku, mediana miesięcznego wynagrodzenia podstawowego pełnoetatowych pracowników sektora prywatnego wynosiła w 2025 roku około 960 euro brutto (ok. 4170 zł). Obowiązująca wówczas płaca, otwiera się w nowym oknie minimalna wynosiła 870 euro brutto (dziś jest to 920 euro brutto, czyli ok. 4000 zł).
W ogłoszeniach przeglądanych na potrzeby tego tekstu najmniejsze kawalerki - często ciemne, bez okien, zawilgocone, urządzone w zaadaptowanych lokalach - zaczynają się od około 800 euro (ok. 3500 zł).
Centrum dla turystów
Problem z mieszkaniami w Lizbonie widać zresztą podczas spaceru po centrum. Odnowiona kamienica - nierzadko mieszcząca dziś hotel - sąsiaduje z budynkiem, którego okna od lat zabite są deskami. Przy niejednym z remontowanych budynków wisi tablica budowlana z informacją, że powstanie tu kolejny obiekt dla turystów.
Spośród 106 hoteli otwartych w latach 2009-2021 w pięciu centralnych dzielnicach Lizbony aż 98 ulokowano w remontowanych budynkach - wynika z badania opublikowanego w czasopiśmie "Cities". Z kolei między 2011 a 2021 rokiem liczba gospodarstw domowych w historycznym centrum miasta zmniejszyła się o 18 proc.
Sprzeciw wobec kierunku, w którym zmierza miasto, widać na murach w centrum Lizbony. "Mniej turystyki, więcej sąsiedztwa", "Nomadzi do domu", "Twoje Airbnb było kiedyś czyimś domem" - to tylko kilka pojawiających się graffiti. Jedne szybko znikają pod warstwą farby, ale w innych miejscach pojawiają się następne - z tym samym przekazem.
Dobra pensja już nie wystarcza
Dinis ma 36 lat i od blisko 14 lat mieszka w Lizbonie. Od prawie dekady pracuje w finansach, dziś jako starszy analityk biznesowy. Pięć lat temu dostał pracę w prestiżowej instytucji, która na początku wydawała się spełnionym marzeniem.
"Sześć czy siedem lat temu za taką pensję jak moja można było bardzo wygodnie żyć w centrum Lizbony i mieć własne mieszkanie. Dzisiaj konkuruję o mieszkanie z osobami, które mieszkają w mieście, a zarabiają w dolarach" - ocenia.
Jeszcze do niedawna, kiedy był singlem, dzielił lokal ze współlokatorami, płacąc 500 euro (ok. 2170 zł) za pokój z dala od centrum.
"Zarabiam więcej niż przeciętny Portugalczyk, a mimo to bardzo trudno byłoby mi wynająć mieszkanie i żyć samemu" - mówi.
"Nie powinniśmy obwiniać przyjezdnych"
Dinis nie obwinia jednak ludzi, którzy przeprowadzają się tutaj w poszukiwaniu słońca i wygodniejszego życia.
"Rozumiem, dlaczego ludzie romantyzują Lizbonę. Kiedy Amerykanka mówi, że znalazła tu tanie mieszkanie z pięknym widokiem, zwraca się do innych Amerykanów. Z ich perspektywy ono rzeczywiście może być tanie. Nie powinniśmy obwiniać przyjezdnych. Odpowiedzialność ponosi władza, która nie chroni wystarczająco miejscowych, a skupia się na zachęcaniu przyjezdnych" - przekonuje.
Trudno wskazać jeden moment, który sprawił, że Lizbona stała się popularna. W 2008 roku w "The Guardian" ukazał się artykuł, przedstawiający portugalską stolicę jako najtańsze miasto Europy Zachodniej. Kolejno doszły tanie linie lotnicze i system ulg podatkowych dla nowych rezydentów, a od 2012 roku także program "złotych wiz" (ścieżkę opartą na zakupie nieruchomości rząd zamknął w 2023 roku, choć program w innej formie wciąż działa).
Kiedy w 2016 roku Web Summit przeniósł się z Dublina do Lizbony, miasto zaczęto przedstawiać również jako słoneczną stolicę start-upów. Wiosną 2017 roku "The Guardian" nazwał Lizbonę "nową stolicą cool" - modną, tanią i innowacyjną. W tym samym okresie do Lizbony przeprowadziła się Madonna, którą można uznać za popkulturowy symbol przemiany miasta.
Każde z tych wydarzeń wzmacniało podobną obietnicę: historyczne, a wciąż uchodzące za nie do końca odkryte europejskie miasto o rosnącym międzynarodowym charakterze. Do tego ocean, słońce i życie znacznie tańsze niż w Londynie czy Paryżu.
"Prawdziwe portugalskie życie"
Dinisa najbardziej drażni nie sam zachwyt nad miastem, lecz przekonanie, że "instagramowa" Lizbona jest dostępna dla wszystkich na tych samych zasadach.
"Kiedy ktoś przedstawia Lizbonę jako najlepsze miejsce do życia, prawdopodobnie nie żyje tak jak Portugalczyk: nie dojeżdża codziennie do pracy i nie korzysta z transportu publicznego, w którym niemal każdego dnia jest jakieś utrudnienie. Łatwo pokazywać miasto jako piękne, kiedy nie żyje się prawdziwym portugalskim życiem" - mówi.
"To życie również ma słońce, ocean, festiwale i jedzenie, za którym tęskni się po wyjeździe. Coraz częściej oznacza jednak odkładanie samodzielności na później. Kiedy osiągasz pewien wiek i nadal musisz dzielić mieszkanie z obcymi, przestaje być romantycznie. Kończysz studia, pracujesz, a mimo to pensja nie wystarcza na wynajęcie najmniejszego mieszkania. To alarmujące" - dodaje.
Mimo stabilnej pracy i lat poświęconych na zdobywanie doświadczenia Dinis nie widzi siebie w tym mieście za pięć ani dziesięć lat. Portugalski rynek finansowy uważa za niewielki, możliwości awansu za ograniczone, a wynagrodzenia - za nieproporcjonalne do kosztów życia. Myśli o wyjeździe.


Zostać mimo wszystko
24-letnia Martyna od dwóch lat próbuje ułożyć sobie życie w Portugalii. Po raz pierwszy przyjechała do Lizbony na wymianę studencką.
"Po tygodniu wiedziałam, że chciałabym tutaj zamieszkać. Było pięknie: ładne budynki, zachody słońca, dobra pogoda i ciekawi ludzie z całego świata".
Po ukończeniu studiów wróciła do Lizbony, tym razem już nie jako studentka, lecz pracownica. Znalazła zatrudnienie w korporacji, która zapewniała jej również zakwaterowanie: pokój we współdzielonym mieszkaniu na drugim końcu miasta.
"W zależności od miesiąca i bonusów dostawałam od 700 do 1000 euro (od ok. 3040 zł do ok. 4340 zł). Nie było szans, żeby utrzymać się z samej wypłaty. Jednocześnie udzielałam korepetycji i korzystałam z oszczędności".
Po kilku miesiącach firma rozpoczęła redukcję zatrudnienia. Pracę straciły setki osób, wśród nich Martyna. Ponieważ pokój stanowił część oferty pracodawcy, zakończenie umowy oznaczało dla niej również konieczność wyprowadzki. Została bez pracy i bez mieszkania - szukała obu naraz, rozszerzając poszukiwania z Lizbony na inne miejscowości, byle tylko pozostać w Portugalii i pracować w zawodzie zgodnym z wykształceniem.
Dziś pracuje częściowo dla polskiego start-upu, udziela korepetycji i przyjmuje dodatkowe zlecenia. Nadal przegląda portugalskie ogłoszenia, choć już bez większego przekonania, że właśnie wśród nich znajdzie pracę, która pozwoli jej zostać na dłużej.
Dwie Lizbony przy jednym stoliku
Martyna zna obie strony podziału, który przebiega przez współczesną Lizbonę.
"Spośród moich znajomych z zagranicy tylko jedna osoba pracuje dla portugalskiej firmy. Cała reszta pracuje dla firm ze swoich krajów. Z kolei wszyscy moi portugalscy znajomi pracują dla lokalnych firm".
Różnicę widać przy restauracyjnym stoliku. Portugalscy znajomi Martyny wychodzą do popularnych lokali raz na kilka tygodni, czasem miesięcy. Część obcokrajowców jada w nich niemal codziennie i zachwyca się, że w Lizbonie wciąż jest tak tanio.
Martyna zna ten rozdźwięk również z Polski.
"Jako Polka znam to uczucie. Ktoś przyjeżdża do twojego kraju, płaci w restauracji tyle samo co ty i mówi: «Boże, ale tutaj tanio». Dla ciebie to jest wydatek, a dla tej osoby prawie nic".
"Czy dotrwam do kolejnego miesiąca?"
Jej pobyt w Portugalii miał się zakończyć kilka miesięcy temu. Martyna konsekwentnie przesuwa jednak termin wyjazdu. Najpierw chciała dać sobie więcej czasu na znalezienie pracy, później - zdobyć doświadczenie w polskiej firmie i spróbować ponownie. Mimo to, kiedy pytam, co wybrałaby, gdyby musiała zdecydować między życiem w Portugalii a bezpieczeństwem finansowym, odpowiada bez wahania.
"Życie w Portugalii. Mimo że każdy miesiąc wiąże się z pytaniem, czy dotrwam do kolejnego i czy dam radę tutaj zostać".
Julia Giżycka, psycholożka pracująca z Polakami mieszkającymi w Portugalii, słyszy podobne historie regularnie.
"Sama myśl o powrocie do kraju może być trudna, gdyż oznaczałaby nie tylko zmianę miejsca, ale też pożegnanie z życiem, które zdążyliśmy tutaj zbudować" - mówi mi. "Kiedy pytam pacjentów, dlaczego wyjechali do Portugalii, często słyszę: «chciałem żyć inaczej», «chciałam trochę pożyć»" - dodaje.
Martyna wciąż szuka sposobu, by zostać. Dinis coraz poważniej myśli o wyjeździe.
Karine wkrótce planuje wrócić na kilka miesięcy do Kanady - nie po to, żeby na dobre opuścić Portugalię, tylko żeby zarobić na nowy laptop. Ten, którego używa, ma już trzynaście lat.
Zdjęcie z Arrábidy wciąż wisi na jej profilu. Słońce, ocean, bezchmurne niebo. "Mając taką plażę, nie potrzebujesz pieniędzy" - napisali wtedy znajomi z Kanady.
"Rzecz w tym, że ledwo dajesz sobie radę" - mówi Karine.
"Cały czas po prostu próbujesz przetrwać. Jesteś w stanie za wszystko zapłacić i zostaje ci trochę pieniędzy. Nie możesz podróżować, ale stać cię na dwa albo trzy wyjścia w miesiącu. Tylko na absolutne minimum. To tak, jakby oddychać przez słomkę".