W Krakowie, Poznaniu i Szczecinie lekarze, pielęgniarki, położne, pracownicy socjalni i osoby z pieczy zastępczej opowiadają o tym samym zjawisku, choć każde miasto ma własną skalę i własne dramaty. W Krakowie to raczej pojedyncze, ale bardzo ciężkie przypadki. W szpitalu dzieci czekają zwykle tygodnie, niekiedy miesiąc, aż znajdzie się miejsce w pogotowiu opiekuńczym. W Szczecinie zdarzało się, że na jednej sali leżało nawet ośmioro takich maluchów. W Poznaniu lekarze mówią wprost, że problem narasta, a rekordziści kończą pierwszy rok życia na oddziale noworodkowym, choć od dawna nie wymagają już hospitalizacji.
W każdym z tych miejsc brzmi ten sam refren: szpital przejmuje funkcję, której przejmować nie powinien. Zaczyna być żłobkiem, przechowalnią, miejscem oczekiwania. A personel - choć nie ma tego w zakresie obowiązków i nie ma na to czasu - staje się rodziną zastępczą na godziny, dni i miesiące.
Dziecko, które przychodzi bez niczego
Na oddziale neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu Magdalena Boczkowska pracuje od prawie czterech dekad.
Gdy zaczyna mówić o "swoich" dzieciach, jej głos od razu mięknie. Nie dlatego, że chce wzruszać. Po prostu tych historii nie da się opowiadać chłodno.
- Jak przychodzi takie dzieciątko, to ono nie ma nic - mówi. - Ani jednego ciuszka. Ani pieluszki. Ani smoczka. Czasem rodzice po prostu znikają. Nie wracają. Nie dzwonią. Jakby tego dziecka nigdy nie było.
Wtedy uruchamia się szpitalny system, którego nie ma w żadnym regulaminie. Ktoś przynosi rożek. Ktoś inny body w rozmiarze 56. Pani pedagog ze szpitalnego przedszkola organizuje kontrastowe książeczki, maskotki, czasem nawet wózek. Pielęgniarki przynoszą ubranka po swoich dzieciach i wnukach - wyprane, wyprasowane, starannie złożone w kostkę. Rodzice innych małych pacjentów dorzucają kocyki, grzechotki, smoczki. W ciągu kilku godzin dziecko, które przyjechało na oddział bez niczego, ma już swoją wyprawkę. Żeby nie leżało jak niczyje.
Ale tak naprawdę nie o rzeczy chodzi.
- Najgorsza jest ta samotność - mówi Boczkowska. - To, że ono cierpi, a nie ma tej jednej najważniejszej osoby. Nie ma mamy. Nie ma tego zapachu, tego przytulenia. My nigdy mamy nie zastąpimy. Możemy tylko zrobić wszystko, żeby nie było samo.
To właśnie z takich drobiazgów buduje się codzienność dzieci, które utknęły w szpitalu: częstsze podchodzenie do łóżeczka, noszenie "na chwilkę", mówienie półgłosem, kołysanie, pokazywanie maskotek z odległości trzydziestu centymetrów - tyle bowiem widzi noworodek. W nocy też trzeba przychodzić częściej. Bo dziecko nie płacze tylko z głodu czy bólu. Czasem płacze, bo chce po prostu poczuć, że ktoś jest obok.
Wojtek: chłopiec o otwartych oczach
Jednym z takich dzieci był Wojtek. Urodził się z ciężkim zespołem wad wrodzonych: problemami twarzoczaszki, wodogłowiem, powikłaniami wymagającymi kolejnych interwencji. Miał też niedomykalność powiek - oczy pozostawały stale otwarte.
- Nas to w ogóle nie raziło. Dla nas był cudny - mówi Boczkowska. - Był kochany, taki specyficzny, taki nasz.
Rodzice się nim nie zajęli. Wojtek trafił na oddział sam. Był wielokrotnie operowany, przechodził kolejne etapy leczenia, a wokół niego powstawał mały, improwizowany świat zastępczej troski. Dostał ubranka, przytulanki, kocyk, rożek. Dziewczyny z oddziału pilnowały zakraplania oczu, nosiły go, uspokajały. Gdy tylko stan pozwalał, brały go do pokoju socjalnego, żeby nie patrzył wyłącznie w sufit sali chorych.
Boczkowska pamięta szczególnie jeden dzień. Rozłożyły pościel w socjalnym, jak zwykle położyły Wojtka obok siebie. Myślały, że będzie się bawił jak zawsze.
- I nagle dziewczyny patrzą, a on na czworakach idzie - opowiada. - Z socjalnego na korytarz. Nikt go nie zatrzymywał. Po prostu ruszył.
Pierwsze raczkowanie Wojtka odbyło się nie po dywanie w salonie, ale po szpitalnym korytarzu. Między dyżurką a salą chorych. Tam, gdzie inni mali pacjenci są tylko przejazdem.
To właśnie ten obraz wraca w niemal wszystkich rozmowach: dziecko rozwija się nie tam, gdzie powinno. Uczy się życia w miejscu przeznaczonym do leczenia, nie do dorastania.
Potem był jeszcze epizod w placówce "pod Kopcem". Tam jednak personel nie dał sobie rady z jego potrzebami medycznymi. Trzeba było szukać dalej. Ostatecznie Wojtek trafił do zakładu opiekuńczo-leczniczego prowadzonego przez siostry w Izbicy.
- Potem przysyłały zdjęcia. Jak rysuje, jak rośnie, jak rządzi - opowiada Boczkowska. - Każda siostra była tam jego matką.
Nawet po przeniesieniu Wojtek nie znika z pamięci oddziału. Boczkowska jeździła do niego, kiedy przebywał jeszcze bliżej Krakowa. Zakraplała oczy, pokazywała opiekunkom, jak się nim zajmować. Nie z obowiązku. Z przywiązania.
Szymuś: "przytulasek"
Jest też Szymuś. Blondynek z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem. Delikatny, spokojny, "przytulasek" - tak o nim mówią. On również spędził na oddziale około siedmiu miesięcy.
- Jak się do kogoś przykleił, to już tak został - wspomina oddziałowa. - Taki był kochany.
Tu także wszystko działo się w półdomowych warunkach stworzonych z niczego. Na oddziale nauczył się jeść. Tu był noszony, karmiony, przytulany, obserwowany. Tu reagował na twarze pielęgniarek, na ich głosy, na rytm dnia. Dla dziecka, które nie ma nikogo stałego, nawet dyżury zaczynają być czymś na kształt porządku świata.
Kiedy dla Szymka znalazło się miejsce tam, gdzie wcześniej trafił Wojtek, personel już wiedział, że to sprawdzone miejsce. Siostry umiały zajmować się dziećmi ciężko chorymi, a przede wszystkim dawały im coś, czego szpital dać nie może: namiastkę ciągłości.
- Jak on do nas potem przyjechał większy, to było widać, że ma tam dobrze - mówi Boczkowska.
Ania: ma brata, którego nigdy nie pozna
Jest jeszcze Ania. Urodziła się z rozszczepem i wodogłowiem. Rodzice mieli już zdrowego syna. Jej nie zabrali, ale też nie zrzekli się praw. To jeden z najbardziej bolesnych wariantów: dziecko formalnie ma rodzinę, ale w praktyce pozostaje poza nią.
- Dziwne to było - mówi Boczkowska. - Nie chcieli się całkowicie zrzec. A ona poszła do ZOL-u. Siostry mówią, że bardzo rzadko ją odwiedzają.
Ania rośnie. Rozpoznaje twarze. Wie, kto przychodzi. Ale nie zna życia rodzinnego. Nie zna swojego brata.
- Smutno mi było z tą Anią, że ma brata i nigdy go nie pozna - mówi oddziałowa.
W takich historiach system nie jest abstrakcją. Ma twarz dziecka, które mogłoby znać rodzeństwo, ale nie zna. Które ma rodzinę na papierze, ale nie ma jej w codzienności.
Dziewczynka z FAS-em i jedna "ciocia" z Katowic
Na neurochirurgii została też w pamięci historia dziewczynki z FAS-em. Matka była uzależniona, dziecko urodziło się z poważnymi uszkodzeniami. Trafiło do ZOL-u. Tam upodobała ją sobie jedna z opiekunek - kobieta z Katowic, która zaczęła regularnie przyjeżdżać, prać ubranka, przynosić nowe rzeczy, nosić ją i odwiedzać. Chciała ją do siebie zabrać ale niestety batalia systemowa o dziecko trwała za długo. Dziewczynka odeszła w ZOL-u.
Historia kończy się tragicznie.
- Ta kobieta bardzo płakała - wspomina pielęgniarka. - Tyle walki, a potem taki koniec.
W takich opowieściach nie da się nie czuć rozgoryczenia. Zostaje rozpacz, poczucie niesprawiedliwości i pytanie, ile jeszcze musi zależeć od improwizacji, dobrej woli i ludzkiego odruchu, skoro system wciąż nie umie zapewnić tym dzieciom stabilnego miejsca.
Dwie dziewczynki i trzy lata w jednej sali
Jeszcze wyraźniej widać to na oddziale leczenia żywieniowego w Prokocimiu. Lekarki mgr Julita Pabisek i mgr Kamila Płachno opowiadają o dwóch dziewczynkach, które od urodzenia do trzeciego roku życia spędziły w szpitalu. Nie były siostrami. Łączyło je coś innego: obie utknęły w systemie.
Jedna z powodu problemów alkoholowych w rodzinie. Druga dlatego, że ojciec mieszkający w Norwegii chciał przejąć nad nią opiekę, ale przez dwa lata trwało ustalanie, czy dziecko może wyjechać z Polski.
- To były rzeczy kompletnie niezrozumiałe - zauważa Pabisek
- Ojciec biologiczny chciał się zająć dzieckiem, mieszkał w Norwegii, a sąd przez dwa lata nie potrafił podjąć decyzji.
Dwa lata dla administracji to przewlekłość. Dwa lata to jak całe dzieciństwo.
- To są rzeczy, których dziecko nie odzyska - mówi lek. Płachno. - My na oddziale nie mamy warunków, żeby dziecko wyszło na zewnątrz, żeby miało normalne bodźce, normalną przestrzeń. A brak stałego, ciepłego kontaktu z jedną osobą i ograniczona stymulacja sensoryczna w takim środowisku naprawdę odciskają piętno. Badania i codzienne obserwacje pokazują, że właśnie w tych pierwszych miesiącach i latach najmocniej kształtuje się przywiązanie, zaufanie do świata, rozwój mowy i umiejętności społecznych. Tu, na oddziale, dziecko dostaje dziesięć cioć na zmianę - to pomaga przetrwać, ale nie buduje tej głębokiej, bezpiecznej więzi, która jest fundamentem. Efekty widać później: opóźnienia w mówieniu, trudności z regulacją emocji, czasem lęk przed zmianą czy słabsza ciekawość świata. To nie jest wina personelu. To po prostu nie jest miejsce do dorastania.
Na oddziale leczenia żywieniowego dzieciństwo miało rozmiar jednej sali. Łóżeczko, pompa, stojak, kilka zabawek, okno, przez które widać było nie świat, tylko fragment szpitala. Dziewczynki rosły w rytmie dyżurów: porannej toalety, zmiany opatrunków, podłączania worków żywieniowych, obchodów, wieczornego wyciszania oddziału. Obok pojawiali się i znikali mali pacjenci - jedni na kilka dni, inni na dwa tygodnie. One zostawały.
Nie mogły po prostu wyjść na dwór. Nie wolno było ich zabrać przed szpital, bo procedury nie przewidywały, że pielęgniarka czy lekarz mogą w godzinach pracy stać się spacerującym opiekunem. Nie było też warunków, by stworzyć im choćby namiastkę domu.
- My funkcjonujemy: łóżeczko, gabinet zabiegowy, przeszklone drzwi, sala chorych - mówi Płachno. - To nie jest dom.
Dlatego cały oddział próbował ten dom udawać. Były zajęcia organizowane specjalnie dla jednej z dziewczynek. Było uczenie jedzenia sztućcami, nazywania przedmiotów, reagowania na kolory i dźwięki. Był tort i świeczka w dniu urodzin. Były prezenty. Były "ciocie", które zrzucały się na ubranka, buciki, zabawki. Wszystko po to, żeby dziecko miało choć trochę zwyczajnego życia. Ale nawet personel mówi to bez złudzeń: choćby najczulszy oddział nie zastąpi jednej stałej relacji z jednym dorosłym.
- Dziecko potrzebuje jednej relacji z jednym człowiekiem - mówi Płachno. - A nie dziesięciu cioć.
To zdanie wraca tu jak wyrzut sumienia. Bo "dziesięć cioć" brzmi ciepło, ale jest też opisem braku. Braku jednej stałej osoby, z którą buduje się przywiązanie, poczucie bezpieczeństwa, podstawowy porządek świata.
Na oddziale żywienia pozajelitowego nie można po prostu wypuścić dziecka na spacer. Personel nie może brać za nie odpowiedzialności poza oddziałem. Procedury są restrykcyjne. Wolontariat, który kiedyś bywał pomocą, praktycznie umarł pod ciężarem biurokracji. A dziecko rośnie.
- Takie rzeczy jak raczkowanie po korytarzu? Proszę tego nie mówić głośno - pada z gorzkim uśmiechem. - Ale jak miało się nauczyć inaczej?
Kiedy jedna z dziewczynek wreszcie wychodziła po trzech latach, personel urządził jej pożegnanie jak dla gwiazdy. Walizki, ubranka, zabawki, wszystkie rzeczy gromadzone przez lata.
- Wyprawiliśmy ją z walizami jak gwiazdę filmową - mówi lekarka. - Bo przez te trzy lata nazbierała różnych rzeczy.
To piękny obraz i jednocześnie przygnębiający. Bo nie powinno być tak, że dziecko uzbiera cały majątek zabawek, zanim doczeka się domu.
"Nie ma porzucenia". Jest przewlekłość
W Poradni Socjalnej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie mgr Teresa Staszczyńska, specjalistka kierująca Poradnią Socjalną zwraca uwagę na dobór słów.
- Nie ma czegoś takiego jak porzucenie dziecka - podkreśla.
- Jest zrzeczenie, ograniczenia praw rodzicielskich i procesy sądowe. Ale nie ma "porzucenia".
To ważne rozróżnienie z punktu widzenia prawa i praktyki instytucjonalnej. Jednocześnie co podkreśla zarówno Pani Staszczyńska jak i Pani Alicja Noworolska, pracownik socjalny Poradni, niezależnie od słownictwa dziecko przeżywa sytuację tak samo realnie: jest samo, czeka, a jego życie toczy się w zawieszeniu.
Poradnia zajmuje się koordynacją działań ze środowiskiem, kontaktami z sądami, instytucjami pomocy, pieczą zastępczą. Stara się pilotować sprawy. Ale nawet najlepsza koordynacja nie przeskoczy przewlekłości systemu.
- Szpital jest placówką bezpieczną - mówi Staszczyńska. - przez co, interwencyjne zabezpieczenie dzieci ze szpitali nie jest traktowane przez system priorytetowo, bo wychodzi się z założenia, że dziecko jest zabezpieczone. Tylko, że szpital nie jest miejscem dla zdrowych dzieci ani miejscem do ich wychowywania.
W Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu obecnie skala zjawiska nie jest duża. W 2023 roku były dwa takie przypadki, w 2024 ani jednego, obecnie jeden. Ale właśnie ta "jednostkowość" bywa złudna. Każdy pojedynczy przypadek rozciąga się na miesiące i angażuje cały oddział. Każdy, oznacza dziecko, które rozwija się w nienaturalnych warunkach.
Wystarczy, że pojawi się wątpliwość prawna, że ojciec mieszka za granicą, że rodzina rokuje "jeszcze trochę", że trzeba sprawdzić adres, przesłać dokumenty między sądami, uzyskać opinię, znaleźć miejsce w pieczy albo wyspecjalizowaną rodzinę, gotową szkolić się w procedurach medycznych. Czas płynie, a dziecko czeka.
- Działanie sądów trzeba przyspieszyć - słyszę w Prokocimiu kilkukrotnie.
Siemiradzkiego: list od matki
W szpitalu przy ulicy Siemiradzkiego w Krakowie skala jest inna. Tam dzieci nie tkwią przez lata, częściej przez tygodnie. Ale i tu personel noworodkowy zna doświadczenie "dzieci niczyich".
Danuta Kordas, pielęgniarka oddziałowa oddziału intensywnej terapii noworodka, mówi, że w ubiegłym roku nie zostało im żadne dziecko, a w pierwszym kwartale kolejnego już troje. Czasem decyzją sądu dziecka nie można wydać matce. Czasem trzeba czekać na miejsce w pogotowiu opiekuńczym.
- Czekamy tydzień, dwa, trzy, bo niestety brakuje miejsc - mówi. - Dopóki miejsca nie ma, dziecko leży u nas.
W praktyce znów oznacza to, że oddział staje się wszystkim. Kordas opowiada o zabawkach, karuzelach, książeczkach zgromadzonych na stanie - przyniesionych przez personel po własnych dzieciach i wnukach. Opowiada o noszeniu, karmieniu, uspokajaniu głosem.
- My mamy z reguły jedno takie dziecko w danym momencie. Ono jest wykochane za sześciu - mówi.
Ale są też inne sytuacje: matki, które przychodzą codziennie, choć wiedzą, że dziecka nie dostaną. Siadają, biorą je na ręce, karmią butelką. I są takie, które po porodzie od razu zgłaszają, że pozostawiają dziecko do adopcji i nie chcą go nawet zobaczyć.
W pamięci zostaje szczególnie historia listu. Jedna z matek zostawiła dla dziecka list na przyszłość, by kiedyś można mu było przekazać jej słowa.
- Staramy się tych rzeczy od mamy nie używać, tylko zachować razem, żeby to poszło z dzieckiem - mówi. - Bo to może być jedyna pamiątka.
To jeden z tych szczegółów, które rozbijają łatwe osądy. Za każdą taką historią stoi inny powód: przemoc, ubóstwo, bezdomność, choroba psychiczna, gwałt, lęk, całkowity brak wsparcia. Kordas wspomina kobietę, która płakała po urodzeniu trzeciego dziecka: miała już dwóch synów i marzyła o córce, ale mówiła, że jeśli wróci z nią do domu, teść wyrzuci ją z pokoju.
- Gdyby wspierać takie rodziny, które nie są złe, tylko materialnie słabe, może jakieś dziecko zostało by w domu - dodaje.
Szczecin: dzieci na głodzie
Najmocniej dramat szpitala, który zamienia się w coś na kształt żłobka, wybrzmiewa w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Szczecinie. Tam jeszcze niedawno na jednej sali kliniki patologii noworodka potrafiło przebywać nawet ośmioro dzieci czekających na dalsze decyzje.
Rzecznik szpitala Mateusz Iżakowski mówi dziś, że sytuacja nieco się poprawiła - od początku roku było tylko jedno takie dziecko. W poprzednich latach bywało ich około trzydziestu rocznie. Rekordzista spędził na oddziale siedem miesięcy.
- Takie dziecko przez siedem miesięcy przebywa w jednej sali szpitalnej - mówi. - Po dwóch, trzech miesiącach ma potrzebę raczkowania. Tych możliwości w szpitalu nie ma.
W Szczecinie w Klinice Patologii Noworodka dodatkowym dramatem są dzieci rodzące się z zespołem odstawiennym. Ich matki używały alkoholu, marihuany, amfetaminy, mefedronu. Dzieci mają drżenia, problemy neurologiczne, zachowują się "jak dorosły na głodzie narkotykowym".
- Były takie sytuacje, gdzie noworodek miał stężenie mefedronu we krwi, jakiego rzadko spotyka się u dorosłych - słyszę.
Jedna z historii dotyczy młodej kobiety, która trafiła do szpitala przedwcześnie, około 34. tygodnia ciąży. Po porodzie zachowywała się nienaturalnie, chciała natychmiast wyjść ze szpitala, choć była świeżo po cesarskim cięciu. Badania dziecka wykazały obecność amfetaminy. Wtedy matka zniknęła.
- Głód narkotykowy był silniejszy - mówi rzecznik. - Chciała wyjść ze szpitala ze świeżymi ranami, żeby szukać narkotyków.
Szpital został z dzieckiem. Potem wkraczał sąd, MOPR, piecza. Ale pierwsze tygodnie należały do położnych i pielęgniarek.
- Szpital zamienia się w żłobek, a położne w opiekunki - mówi rzecznik. - Zamiast zajmować się dziećmi pod respiratorami, muszą poświęcać czas zdrowym dzieciom, które nie powinny tu być.
W Szczecinie, gdy tylko pozwala pogoda, personel wywozi dzieci w wózkach na teren szpitala. To jeden z nielicznych obrazów normalności. Spacer, powietrze, światło dzienne. Coś, co dla większości dzieci jest oczywistością, tu staje się wydarzeniem.
Poznań: roczne dziecko na oddziale noworodkowym
W Poznaniu lekarze mówią o problemie coraz ostrzej. Prof. Jan Mazela, kierownik Kliniki Neonatologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, podaje, że w ich szpitalu w ubiegłym roku ponad 80 dzieci było objętych procesem szukania rodzin zastępczych albo adopcji. Dwa lata wcześniej było ich mniej więcej o połowę mniej. W chwili rozmowy na oddziale przebywało siedmioro takich dzieci.
Najmocniej wybrzmiewa historia Emilki. Dziewczynka urodziła się przedwcześnie i początkowo wymagała specjalistycznej opieki. Została wyleczona. Dziś jest zdrowa. Ma trzynaście miesięcy i nadal przebywa na oddziale noworodkowym.
- Jesteśmy oddziałem noworodkowym, a mamy trzynastomiesięczną zdrową dziewczynkę - mówi profesor. - Ona przebywa w boksie izolowanym, obok są dzieci z zakażeniami. To jest środowisko kompletnie nienormalne.
Matka przychodzi codziennie. Sytuacja prawna dziecka jest skomplikowana. Sąd najpierw wydał decyzję pozwalającą wypisać dziecko rodzicom, po czym po trzech godzinach tę decyzję cofnął. Miejski Ośrodek Pomocy alarmował, by nie wypisywać dziecka. Profesor nie ukrywa bezradności.
-- Nie wiem, co mam powiedzieć. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje - mówi profesor.
Położne robią dla Emilki, co mogą. Zorganizowały jej kącik zabaw, wychodzą z nią na spacery, kupują słoiczki - szpitalna kuchnia nie jest przygotowana do żywienia rocznego dziecka. Cała ta opieka opiera się wyłącznie na dobrej woli personelu.- To funkcjonuje tylko dzięki dobrej woli personelu - słyszę.
U prof. Jana Mazeli wybrzmiewa jednak coś więcej niż pojedyncza historia - skala zjawiska. Zdrowa trzynastomiesięczna dziewczynka, która dopiero zaczyna chodzić, nadal mieszka na oddziale patologii noworodka. Gdy oddział jest pełny, takie dziecko realnie blokuje łóżko noworodkowi, który rzeczywiście wymaga hospitalizacji. To nie jest już tylko dramat jednego dziecka, lecz symptom większej zapaści systemu.
W Poznaniu jest jeszcze jeden wątek, o którym rzadziej się mówi, a który dodatkowo komplikuje sytuację oddziałów noworodkowych: dzieci rodziców ukraińskich. Prof. Mazela przyznaje, że to osobna grupa małych pacjentów, wobec których procedury są jeszcze trudniejsze.
- Mam teraz czwórkę takich dzieci, a w skali roku to jest kilkanaście albo kilkadziesiąt - mówi. Jak tłumaczy, tych dzieci nie można po prostu kierować do pieczy zastępczej ani procedować tak jak wobec dzieci polskich, bo są objęte szczególnym statusem ochronnym. To wydłuża cały proces i oznacza dla szpitala kolejne tygodnie, a czasem miesiące odpowiedzialności za dzieci, które nie wymagają już leczenia, ale nie mają dokąd pójść.
Lekarze alarmują od lat
Prof. Tomasz Szczapa, prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego i konsultant krajowy, mówi o jeszcze szerszym tle. Jego zdaniem problem od lat jest znany, dyskutowany, opisywany, ale nadal nie doczekał się realnych, systemowych rozwiązań. Były rozmowy w ministerstwie, były deklaracje, pomysły ośrodków preadopcyjnych, lokalne zachęty dla rodzin zastępczych. Ale na końcu oddziały nadal zostają z dziećmi, które nie wymagają leczenia, tylko domu.
- Nasze położne mają za zadanie opiekować się chorymi noworodkami i wykonywać procedury medyczne - mówi profesor. - One oczywiście starają się, na tyle ile mogą, znaleźć czas i dostosować do potrzeb zdrowych dzieci, ale to nie jest ich zasadnicza rola. Dziecko potrzebuje stałego kontaktu i odpowiednich bodźców. Jeśli ich nie zapewniamy, rozwój może nie być optymalny.
Tomasz Szczapa podkreśla, że środowisko neonatologów od dawna nie ogranicza się do opisywania problemu. Były spotkania, rozmowy i deklaracje współpracy z administracją publiczną, także na poziomie ministerialnym. Lekarze zgłaszali gotowość do wspólnego wypracowania rozwiązań, które odciążyłyby oddziały i pozwoliły dzieciom szybciej trafiać do pieczy lub placówek pośrednich.
- Jako prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego i jako konsultant krajowy jestem żywo zainteresowany tym, żeby rozwiązania systemowe w interesie naszych pacjentów pojawiły się jak najszybciej - mówi profesor.
Ale z etapu rozmów i analiz system wciąż nie przeszedł do etapu realnych działań.
- Mam nadzieję, że dynamika oczekiwanych zmian będzie większa - dodaje.
To ważne: lekarze nie mówią, że nikt z nimi nie rozmawia. Mówią raczej, że rozmawiają od lat, tylko z tych rozmów wciąż nie wynika zmiana, którą byłoby widać na oddziałach neonatologicznych.
Tam, gdzie kończy się szpital
Po drugiej stronie są ludzie z pieczy zastępczej, którzy odbierają te dzieci ze szpitali albo próbują odbierać. Katarzyna Kapela-Legut z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Krakowie nie ma wątpliwości, co jest jednym z największych problemów: przewlekłość postępowań.
- Nawet jak trafi do nas noworodek, zdarza się, że przez dwa lata nie można uregulować jego sytuacji prawnej - mówi. - I ono przez dwa lata siedzi w pogotowiu zamiast iść do normalnej rodziny adopcyjnej.
To oznacza nie tylko zawieszenie formalne. To oznacza także dramat więzi. Dziecko przywiązuje się do opiekunów zastępczych, a potem - kiedy ma dwa czy trzy lata - może zostać przeniesione gdzie indziej. Mogłoby od początku mieć jedną rodzinę, ale system nie nadąża.
Kapela-Legut mówi też wprost, że dzieci z niepełnosprawnościami albo ciężkimi chorobami rzadko trafiają do adopcji. W rodzinach zastępczych jest ich dużo. Część od razu trafia do ZOL-i, bo stan zdrowia nie pozwala na opiekę domową bez zaawansowanego sprzętu i przeszkolenia. Czasem jednak znajdują się ludzie, którzy biorą na siebie ogromny ciężar.
Opowiada o dziewięciomiesięcznym chłopcu, którego ojciec uderzył głową o podłogę. Była walka o życie. Wiele wskazywało na to, że dziecko pozostanie głęboko niepełnosprawne. Specjalistyczna rodzina zastępcza jednak je przyjęła.
- Dziś jest wzorowym przedszkolakiem - mówi.
W tej historii łatwo popaść w czarną rozpacz, ale pojawiają się też momenty, które przypominają, że nie wszystko kończy się na szpitalnym korytarzu. Są ludzie, którzy nie oddają dzieci, i podjęli się opieki nad nimi. Rodziny, które szkolą się, żeby zajmować się dzieckiem leżącym, karmionym przez sondę, pod respiratorem. Problem w tym, że jest ich za mało.
Gdzie zawodzi system
Skala problemu nie kończy się na samych oddziałach noworodkowych i dziecięcych. W 2025 roku około 1900 dzieci w Polsce czekało na umieszczenie w pieczy zastępczej. To nie są wyłącznie dzieci przebywające w szpitalach, lecz wszystkie dzieci oczekujące na zabezpieczenie w systemie. Ta liczba pokazuje jednak rozmiar przeciążenia: szpitalne historie są tylko najbardziej widocznym, najbardziej przejmującym fragmentem dużo większego kryzysu.
Ze wszystkich rozmów wyłania się kilka tych samych pęknięć.
Pierwsze to sądy. Przewlekłość, brak priorytetu, miesiące oczekiwania na decyzje, czasem kuriozalne cofanie postanowień, czasem spory kompetencyjne między sądami albo problemy z ustaleniem miejsca zamieszkania rodziców.
Drugie to niedobór rodzin zastępczych, szczególnie wyspecjalizowanych, gotowych przyjąć dzieci chore, niepełnosprawne, żywione pozajelitowo, wymagające respiratora czy skomplikowanych procedur medycznych. Lekarze i pracownicy społeczni mówią zgodnie: adopcja ciężko chorego dziecka to ogromne wyzwanie, ale rodziny zastępcze-specjalistyczne mogłyby tworzyć choćby pomost, dzięki któremu dziecko nie musiałoby mieszkać w szpitalu.
Trzecie to brak placówek pośrednich - ośrodków preadopcyjnych, hospicjów stacjonarnych dla dzieci, ZOL-i i innych miejsc, do których takie dzieci mogłyby trafiać bezpiecznie, zamiast zajmować łóżka szpitalne.
Czwarte to fakt, że szpital z definicji nie jest środowiskiem rozwojowym. Nawet jeśli medycznie jest "bezpieczny", emocjonalnie i rozwojowo pozostaje miejscem obcym. Dziecko widzi przeszklone sale, słyszy alarmy aparatury, ma kontakt z wieloma opiekunami, ale nie z jedną, stałą osobą. Nie wychodzi na trawę, nie biega po podłodze w domu, nie zasypia przy codziennym rytuale z tą samą twarzą obok.
Piąte to obciążenie dla samych szpitali. Łóżka zajmowane przez zdrowe już dzieci, personel wykonujący dodatkową, nieformalną pracę opiekuńczą, koszty, których NFZ nie rekompensuje, organizacyjne improwizacje i stale obecne ryzyko zakażeń.
Zarówno prof. Jan Mazela, jak i prof. Tomasz Szczapa mówią o tym samym: szpitale nie powinny pełnić roli placówek opiekuńczych, a środowisko medyczne od lat sygnalizuje gotowość do współpracy przy tworzeniu lepszych rozwiązań. Problem w tym, że alarm lekarzy od dawna wybrzmiewa głośniej niż odpowiedź państwa.
A jednak ktoś je kołysze
Najłatwiej byłoby oskarżyć system i na tym poprzestać. Ale są ludzie, którzy ten system codziennie łatają własnym sercem.
Położne kupujące słoiczki dla rocznego dziecka na oddziale noworodkowym. Pielęgniarki, które przynoszą z domu ubranka, piorą, prasują, dobierają rozmiary. Nauczyciele i pedagodzy organizujący dziecku przedszkole na kółkach. Personel, który robi zdjęcie przy wyjściu dziecka z oddziału, bo chce mieć pewność, że odjeżdża z nim też cały ten zebrany przez miesiące świat: kocyk, pluszak, butelka, kilka body, smoczek, może pierwszy wózek.
Kobiety, które mówią "nasze dziecko", choć wiedzą, że nie powinny się przywiązywać. A potem i tak się przywiązują.
- Człowiek wyczuwa już po płaczu, czy boli, czy jest głodny, czy chce na ręce - mówi Magdalena Boczkowska.
To zdanie mówi bardzo dużo. Szpitalny personel uczy się dzieci nie tylko pielęgnować, ale i czytać. Rozpoznawać ich lęk, przyzwyczajenia, ulubione twarze, rytmy uspokojenia. Tworzy więzi tam, gdzie system nie dał rady.
I może właśnie dlatego ten temat tak boli. Bo z jednej strony widać ogrom czułości, której nie sposób nie podziwiać. A z drugiej - bezradność wobec faktu, że wszystko to dzieje się nie tam, gdzie powinno.
Dziecko nie powinno uczyć się raczkować na korytarzu oddziału. Nie powinno kończyć roku życia w boksie izolacyjnym. Nie powinno pierwszy raz dotykać trawy dopiero po wyjściu ze szpitala. Nie powinno mieć "dziesięciu cioć" zamiast jednej osoby, która po prostu jest.
Szpital może uratować życie. Nie powinien zastępować dzieciństwa.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej od wielu miesięcy pracuje nad reformą systemu pieczy zastępczej. Jak wynika z zapowiedzi, porzucone noworodki i inne dzieci, których rodzice nie mogą się nimi zajmować, mają od razu trafiać do pieczy zastępczej. Nowe przepisy mają w większym stopniu wspierać rozwój rodzicielstwa zastępczego i prowadzić do wzrostu liczby takich rodzin.