Minęło 61 dni, odkąd Andy Burnham został premierem Wielkiej Brytanii. Na razie udało mu się powstrzymać spadek notowań Partii Pracy w sondażach, stabilizując poparcie na poziomie zbliżonym do Reform UK, czyli około 23%, a także ograniczyć zagrożenie ze strony lewicowej Partii Zielonych, która ma obecnie 13%. Czy to tylko początkowy kredyt zaufania od Brytyjczyków dla "Króla Północy" z Manchesteru, który przybył do Londynu?
- Ciągle słyszę o "efekcie Burnhama" oraz dyskusjach, czy on jeszcze trwa, czy już dobiega końca, czy może właśnie się dopełnił. Wokół dotychczasowych oczekiwań wobec jego urzędowania trwa swoista polityzacja, podsycana zarówno przez krytyków, jak i partie konkurencyjne. Kiedy ogłoszono jego nominację, uznałem to za krok w dobrą stronę. Jego polityka jako mera Wielkiego Manchesteru była zasadniczo udana i sytuowała się na lewo od Keira Starmera oraz ówczesnego kursu Partii Pracy, choć oczywiście nie tak daleko na lewo, jak linia przyjęta przez Jeremy'ego Corbyna.
W coraz bardziej prawicowym i skrajnie prawicowym krajobrazie politycznym był to pomyślny sygnał. Obawiałem się jednak, że może rządzić jako centrysta i nie zdoła w znaczący sposób zmienić kursu Starmera. Ów wcześniejszy kierunek oznaczał skręt w prawo, a przy tym był chaotyczny i pozbawiony wyraźnego punktu ciężkości. Byłem przynajmniej przekonany, że Burnham nie będzie cytować ani parafrazować Enocha Powella. Moje wyjściowe oczekiwania były dość niskie, jednak po objęciu przez niego urzędu widać było brak wyrazistości i pewne kluczenie.
Myślę, że najważniejszym wydarzeniem medialnym była koncepcja utworzenia odpowiednika Downing Street 10 na Północy.
- To niosło ze sobą wiele znaczeń. Po pierwsze, stanowiło odpowiedź na krytykę londynocentrycznej polityki, próbę jej przeorientowania i korekty, a także impuls do postindustrialnego odrodzenia Północy oraz wsparcie dla wyborców i społeczności zarówno z tego regionu, jak i z klasy robotniczej. Chodziło więc o reprezentowanie tych grup i interesów politycznych, które są istotne, a zarazem były dotąd zaniedbywane - chyba że konstruowano je wąsko i w reakcyjnych, populistycznych kategoriach rasowych oraz polityki antyimigranckiej w okresie brexitu i po nim. Wierzyłem, że podważy tę narrację i przedefiniuje ją w oparciu o szersze, regionalne nierówności społeczno-ekonomiczne, co - w idealnym wariancie, jeśli zostanie przeprowadzone właściwie - mogłoby objąć społeczności mniejszościowe, między innymi migrantów i mniejszości etniczne, oraz rzucić wyzwanie neoliberalizmowi i nierównościom, na których bazuje skrajna prawica.
Jednak Burnham, co poniekąd przewidywalne w przypadku centrowej Partii Pracy oraz pragmatycznego polityka obawiającego się skrajnej prawicy, powiela obietnice i narracje dotyczące migracji. W ten sposób zamyka sobie drogę do rzetelnego zmierzenia się ze skrajną prawicą, mechanizmem szukania kozłów ofiarnych oraz wykluczającymi próbami walki z nierównościami.
W kilku innych kwestiach zajął jednak bardziej zdecydowane, progresywne stanowisko, zadeklarował między innymi przeprowadzenie reformy edukacji oraz podjęcie działań wymierzonych we wzrost kosztów życia.
- Owszem. Zapowiadane podwyżki podatków, w tym dla sektora bankowego, są obiecujące i mogą przyczynić się do niwelowania nierówności fiskalnych i społecznych. Z kolei doniesienia o planowanych obniżkach wybranych stawek podatkowych oraz podatku od nieruchomości komercyjnych budzą wątpliwości - nie wysyłają spójnego sygnału i trącą zachowawczym centryzmem.
Hasło reindustrializacji brzmi atrakcyjnie, ale wymaga głębszej refleksji. Należy ocenić, czy jest ona realna, czy tworzenie nowych miejsc pracy odpowie na potrzeby społeczne, poprzez sprawiedliwe podatki, prawa pracownicze i politykę inkluzywności, oraz czy uwzględnia wymogi ochrony środowiska. Reindustrializacja nie może stać się jedynie populistycznym frazesem, służącym biznesowi i stwarzającym pozory dbania o klasę robotniczą. Warto też zauważyć, że inicjatywy na rzecz przemysłu bywają często sztucznie przeciwstawiane szkolnictwu wyższemu i wpisywane w wojnę kulturową, co uderza w coraz bardziej skomercjalizowany sektor nauki.


Sygnalizuje również, że zajmie się kwestiami mieszkalnictwa, transportu i edukacji.
- Wszystkie te obszary zmagają się z kryzysami wywołanymi przez prywatyzację, która, mimo częstej krytyki, nigdy nie spotkała się z poważnym sprzeciwem, nie mówiąc już o jej cofnięciu. Zapowiedział także walkę z bezdomnością. Mam nadzieję, że pociągnie to za sobą realne, strukturalne działania pomocowe oraz odpowiednie nakłady finansowe.
Burnham rewiduje również relacje z Donaldem Trumpem. Spora część krytyki płynącej ze strony prawicy i skrajnej prawicy sugeruje, że nowy premier zrujnuje te specjalne relacje. To fascynujące, że Trump stał się punktem odniesienia czy wręcz standardem dla brytyjskich polityków. Mogłoby się wydawać, że stoi to w sprzeczności z tradycyjnym nacjonalizmem skrajnej i szeroko pojętej prawicy. W rzeczywistości jednak odzwierciedla to globalną politykę i sojusze skrajnej prawicy, które stanowią coraz większe zagrożenie dla suwerenności i demokracji, mimo że paradoksalnie to właśnie obrona tych wartości służy często jako wymówka do legitymizowania wszelkiej maści reakcyjnej i autorytarnej polityki. Ostatnio wewnątrz partii pojawiły się głosy zwracające uwagę, że rząd Starmera, podobnie jak poprzednie brytyjskie gabinety, nie zajął jasnego i skutecznego stanowiska wobec ludobójstwa w Gazie i na Zachodnim Brzegu. Zaledwie w tym tygodniu Ed Miliband, szef brytyjskiego MSZ, ogłosił sankcje na towary produkowane na terenach nielegalnych osiedli.
We wspólnym oświadczeniu wraz z Kanadą i Francją.
- Słyszałem, że inne państwa również zmierzają w tym kierunku. Uważam, że to kluczowe posunięcie. Decyzja ta została zinterpretowana - i to w sposób niezwykle upolityczniony - jako przejaw antysemityzmu, przyzwolenie na ekstremizm i terroryzm, a także jako zaprzepaszczenie naszych relacji nie tylko z Izraelem, ale również ze Stanami Zjednoczonymi i samym Trumpem.
Czytałem jednak doniesienia prasowe, według których brytyjskie samoloty zwiadowcze przekazywały Siłom Obronnym Izraela nagrania i zdjęcia ze Strefy Gazy. Nie wiem, czy to prawda, ale podczas operacji w Gazie, w momentach największej eskalacji, samoloty RAF-u miały przeprowadzać misje we współpracy z izraelskim wojskiem działającym na lądzie.
- Krytyka, która narosła wokół sankcji, przybrała skrajnie alarmistyczny ton. Oburzenie i poczucie urazy, w tym nawet dyskusje w Izraelu o nałożeniu sankcji na Wielką Brytanię, są całkowicie nieproporcjonalne i oderwane od tego, co faktycznie leży na stole. Należy wyraźnie zaznaczyć, że propozycja ta nie dotyczy sankcji wymierzonych w Izrael jako taki, lecz sankcji na towary produkowane na terenach nielegalnych osiedli. W gruncie rzeczy nie uderza to w sam Izrael ani w jego państwową politykę. Co więcej, gdyby izraelskie władze tego chciały, dałoby im to pretekst do uczynienia z osadników kozła ofiarnego i sprowadzenia ich do roli problemu wewnętrznego, co zresztą często robi wielu liberalnych syjonistów. Zgodnie z tą narracją, gdyby nie osadnicy i Palestyńczycy, to wszystko byłoby w porządku. To dość kuriozalny argument.
Nie wpływa to jednak na ten moment na wymianę handlową z samym Izraelem, w tym na eksport broni. Współpraca w tym obszarze, podobnie jak wsparcie dla izraelskich operacji w Strefie Gazy, pozostaje bardzo ścisła. Te sankcje w ogóle tego nie dotykają.
- Choć trzeba przyznać, że to progresywny krok i radykalne odejście od polityki Starmera oraz torysów, wciąż nie jest to poważna interwencja w kwestię dokonywanego przez Izrael ludobójstwa w Gazie, ani w sprawy apartheidu, okupacji i aneksji. Ten ruch zwyczajnie ich nie rozwiązuje. Rząd Burnhama w niektórych aspektach okazał się wprawdzie bardziej progresywny, niż się spodziewano, a na pewno bardziej niż Starmer, jednak z drugiej strony - nie posunął się wystarczająco daleko.
Co masz na myśli?
- W polityce często martwi mnie zjawisko podejmowania jedynie minimalnych, zachowawczych działań. Zestawia się je z czymś znacznie gorszym i skrajnym, a potem oczekuje - lub wręcz żąda - by ludzie uznali to za szczyt możliwości. To fałszywe podejście do poważnych problemów. Jedynie przedłuża to wyrządzane szkody, czy to wobec Palestyńczyków w Gazie, czy migrantów na granicach i w samej Wielkiej Brytanii, a przy tym zawęża nasze polityczne horyzonty.
Ma to również zastosowanie do rosnącej znów w siłę skrajnej prawicy. W Dover i Portsmouth widzieliśmy masowe, wręcz paramilitarne bojówki. Szef policji stwierdził, że aby je powstrzymać, potrzebujemy twardszego, jaśniejszego stanowiska wobec migracji. Pokutuje przekonanie, że jeśli wdrożymy nieco łagodniejszą wersję szkodliwej polityki, zapobiegniemy najgorszemu. W kwestii Izraela obserwujemy dokładnie tę samą logikę: proponuje się symboliczny pakiet sankcji i oczekuje, że ludzie będą zadowoleni i przestaną narzekać. Wszystko to w obliczu trwającego ludobójstwa, czy też - jak woli to określać brytyjska klasa polityczna - "czystek etnicznych". Choć to drugie określenie jest bliższe prawdzie, wciąż nie jest wystarczająco precyzyjne ani stanowcze.
Można to jednak uznać za swego rodzaju próbę odzyskania lewicowych wyborców od Zielonych, którzy w kwietniu - pod przywództwem Zacka Polanskiego - osiągnęli 17% poparcia w sondażach, nadając nową dynamikę po tej stronie sceny politycznej.
- Przymilanie się prawicy w kwestiach migracyjnych służy zdobyciu głosów skrajnej prawicy, centro-prawicy, a nawet tych centrystów czy liberałów. Z kolei w tym przypadku chodzi o przyciągnięcie głosów lewicowych, głównie od Zielonych w momencie, gdy Zack Polanski staje do walki w dawnym okręgu Starmera w Holborn i St Pancras, zwolnionym po odejściu byłego premiera z parlamentu. Moim zdaniem próba zagospodarowania pozycji centrowych poprzez zbliżenie się zarówno do skrajnej prawicy, jak i do lewicy, jest karkołomnym zadaniem.
A co z Palestine Action, propalestyńską siecią akcji bezpośredniej z Wielkiej Brytanii, która protestuje przeciwko międzynarodowym koncernom zbrojeniowym i ich współpracy z Izraelem - czy rząd nadal oficjalnie uważa ją za organizację terrorystyczną?
- Tak, a ich przedstawiciele rozpoczynają właśnie procedury odwoławcze od wydanych wyroków. Czas pokaże, jaki będzie ich finał. Miałem nadzieję, że uznanie przez rząd powagi sytuacji w Gazie skłoni go do głębszej refleksji. Tymczasem polityczna burza wokół sankcji tworzy dla Burnhama wyjątkowo wrogie otoczenie. Nic nie wskazuje na to, by w samym rządzie znaleźli się obrońcy Palestine Action. Choć trudno przewidzieć rozwój wypadków, liczę na gruntowną rewizję brytyjskiej polityki - zarówno wobec Izraela i Palestyńczyków, jak i w kwestii traktowania protestujących.
Co to znaczy?
- Przez ostatnich kilka lat skrajnie prawicowi uczestnicy zamieszek i bojówkarze byli nazywani "zwykłymi ludźmi" oraz "protestującymi", którzy wyrażają "uzasadnione obawy". Z kolei uczestników marszów solidarności z Palestyną określano mianem ekstremistów, "uczestników marszów nienawiści", antysemitów czy wręcz zwolenników terroryzmu. Nawet teraz, gdy w Dover i Portsmouth zorganizowane skrajnie prawicowe bojówki przyjmują faszystowskie, paramilitarne formy, wciąż nazywa się ich "protestującymi". To całkowicie błędne i niebezpieczne, choć trzeba przyznać, że spotykają się z większą krytyką establishmentu, mediów głównego nurtu, a nawet - w bardzo ograniczonym stopniu - samego Nigela Farage'a, który skrytykował ich kominiarki.
Kluczowe pozostaje pytanie: czy doprowadzi to do rozprawienia się ze skrajną prawicą, czy raczej do surowszego traktowania wszystkich demonstrantów? To drugie uderzyłoby ze zdwojoną siłą w środowiska propalestyńskie, lewicowe, antyrasistowskie i antyfaszystowskie, całkowicie ignorując przy tym rażącą asymetrię zagrożeń, wyrządzanych szkód oraz ich stosunku do władzy. Biorąc pod uwagę charakter naszej polityki i tendencje z ostatniej dekady, podejrzewam ten drugi scenariusz. Obawiam się szerszych represji. Zresztą słowa Farage'a o kominiarkach wcale nie były atakiem na prawicę. Zapewne próbuje odciąć się od faszystowskich bojówek przed nadchodzącymi wyborami - chce uchodzić za polityka głównego nurtu i osłonić się przed oskarżeniami o skrajną prawicowość i korupcję. Mam jednak wrażenie, że jego sprzeciw wobec zasłaniania twarzy uderza przede wszystkim w muzułmanki. Skrajna prawica od dawna zwalczała zakrywanie twarzy przez kobiety z tej grupy społecznej. Sprzeciwiała się temu również w odniesieniu do działań Antify czy restrykcji z okresu pandemii. Farage wykorzystuje tę sytuację instrumentalnie: by ocieplić wizerunek własny i Reform UK dla wyborców centrum w dobie krytyki chuliganów oraz własnych afer finansowych, a jednocześnie by tylnymi drzwiami przeforsować zakaz zakrywania twarzy przez muzułmanki w przestrzeni publicznej.
Wspominałeś o tym wielokrotnie w naszej rozmowie. O co dokładnie chodzi z tym prawicowym paramilitaryzmem?
- W miniony weekend w porcie w Dover zebrała się grupa kilkuset ubranych na czarno, zamaskowanych bojówkarzy powiązanych z grupą Patriot Platform. Zakłócali ruch, nękali ludzi i grozili siłowym odpychaniem małych łodzi z migrantami. Działali niczym faszystowska bojówka, a nie jacyś "protestujący". Była to ewidentnie wysoce zorganizowana akcja, a na miejscu nie doszło do żadnych aresztowań.
Dzień później podobny incydent wydarzył się w Portsmouth, gdzie doszło do starć z policją i przechodniami. Część mediów i polityków nadal nazywa ich protestującymi, inni zaś dostrzegają w tym przejaw faszystowskiego, paramilitarnego, pozasądowego wymierzania "sprawiedliwości" - a precyzyjniej rzecz ujmując: niesprawiedliwości i przemocy. Trwają dyskusje, czy policja i władze lokalne wiedziały o tym z wyprzedzeniem. Wydaje się, że to zwiastun nowej fali skrajnie prawicowego aktywizmu.
Czy są blisko powiązani z Reform UK?
- Nie wiem. Jak wspomniałem, są związani z Patriot Platform, na której czele stoi Daniel Thomas, znany też jako Danny Tommo. To współpracownik Tommy'ego Robinsona - prominentnej postaci skrajnej prawicy w Wielkiej Brytanii i Europie, odgrywającej kluczową rolę podczas skrajnie prawicowych zamieszek w 2024 roku, wiecu "Unite the Kingdom" w 2026 roku oraz w innych mobilizacjach i aktach przemocy.
Jednym z polskich sojuszników Thomasa jest Dominik Tarczyński, polityk Prawa i Sprawiedliwości, który jest prawdopodobnie lepiej znany w USA czy Anglii niż w samej Polsce.
- Z tego, co rozumiem, Thomas - wyrastający ostatnio na jedną z czołowych postaci skrajnej prawicy - odebrał edukację w prywatnych szkołach i wcale nie wywodzi się z klasy robotniczej. Przeczy to powtarzanym często tezom o przywódcach i członkach tych ruchów, mającym w założeniu legitymizować ich poczucie krzywdy i nadawać im głównonurtowy charakter, jakoby ich sprzeciw wynikał z nierówności społecznych, a nie ze zwykłego rasizmu i faszyzmu. Sam Thomas stwierdził, że organizują te akcje, by wywrzeć presję nie tylko na przybywających na małych łodziach migrantów, uchodźców i osoby ubiegające się o azyl, ale także na samorządy i rząd, zmuszając je do zajęcia stanowiska. To o tyle ciekawe, że liczba takich przepraw w rzeczywistości spadła.
Jak obecnie wyglądają statystyki migracyjne?
- Nie mam przed sobą dokładnych danych, ale najnowsze raporty Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wskazują na spadek liczby przyjazdów. Skrajna - a nawet szeroko pojęta - prawica twierdzi jednak, że te liczby wciąż rosną, podsycając przy tym teorie spiskowe, jakoby każdy mieszkaniec okolic portów mógł na własne oczy zobaczyć ten zalew. Tymczasem to, co wydaje się najważniejsze, to nie liczby samych migrantów przybywających na Wyspy, a to, do czego doszło w 2024 roku przy okazji ogólnokrajowych zamieszek antyimigranckich.
Nawet w tym roku doszło do antymigranckich zamieszek w Irlandii Północnej, które okazały się niezwykle brutalne.
- Owszem, jednak zmierzam do tego, że widzieliśmy już zamieszki, pojedyncze mobilizacje i to, co wprost nazywam pogromami. Widzieliśmy również legalne manifestacje, jak te organizowane pod szyldem "Unite the Kingdom". Dla skrajnej prawicy oznacza to pewien stopień asymilacji z głównym nurtem. Z drugiej strony wcale nie chcą być tak postrzegani, bo wolą kreować się na prześladowane ofiary, stojące na pierwszej linii frontu w obronie społeczeństwa i państwa, które rzekomo ich porzuciło.
Stąd paramilitaryzacja wydaje się kolejną falą. Przeszli od zamieszek i wieców do działań o wiele bardziej bojówkarskich, które jedynie utrwalają pogromy i ataki na hotele. Wiele osób jest tym przerażonych. Nikt jednak nie boi się bardziej niż migranci i uchodźcy, którzy stanowią ich główne cele - zwłaszcza gdy widzą, że na takie działania się pozwala, a w niektórych przypadkach nikt nie zostaje nawet aresztowany.
Sytuacja ta daje również Nigelowi Farage'owi okazję do odcięcia się od pewnych elementów. Może on w ten sposób wybielić swój wizerunek i skupić się na strategiach wyborczych, z których bezpośrednio czerpie korzyści. Tyle że granica między przemocą uliczną a polityką wyborczą wcale nie jest taka wyraźna. To dwie strony tego samego medalu, które wzajemnie się napędzają. Skrajna prawica startująca w wyborach często polega na ulicznych bojówkach, które podgrzewają nastroje i forsują radykalną agendę. Pozwala to politykom powoływać się na "wolę ludu", a jednocześnie kreować się na siłę umiarkowaną - swoisty wentyl bezpieczeństwa i antidotum na ten sam ekstremizm i przemoc. To samo robi zresztą głównonurtowa prawica i centryści.
Te radykalne i brutalne akcje dają przeciwnikom imigracji pretekst do argumentowania, że bez wprowadzenia rygorystycznej kontroli skrajna prawica tylko urośnie w siłę. Mimo to wszystkie dane wskazują, że skala migracji spada - zmniejsza się zarówno liczba przyjazdów, jak i docierających do brzegu małych łodzi. W rzeczywistości grupom tym chodzi o stworzenie zamkniętej, obwarowanej, antyimigranckiej twierdzy, niezależnie od realnych statystyk. Spadek liczby migracji nie sprawi, że nagle zmienią zdanie.
Partie głównego nurtu od lat postępują w ten sposób, próbując dostosować się do skrajnej prawicy. Czy one również się mylą?
- Tak, i będziemy świadkami dalszej eskalacji, ponieważ ta retoryka została głęboko zlegitymizowana, wprowadzona do głównego nurtu. Jednocześnie - wracając do Andy'ego Burnhama - stanowi to dla niego i jego rządu okazję do stanowczego sprzeciwu. Znajduje się on w kluczowym momencie. Jeśli obierze za cel wyłącznie najbardziej skrajne ugrupowania, straci szansę na wypracowanie postawy, która autentycznie włączałaby obywateli w proces demokratyczny i wiązała jego gabinet, Wielką Brytanię oraz samą brytyjską demokrację z prawami człowieka i prawem międzynarodowym.
Nigel Farage ubiegał się o reelekcję w swym okręgu w Clacton, a jego głównym rywalem był satyryczny kandydat Hrabia Binface. W sondażach Partia Pracy i Reform UK remisują z poparciem na poziomie ok. 23%, Konserwatyści mają 19%, a Restore Britain - partia, która odłączyła się od Reform UK, uznając ją za zbyt ugodową - notuje 4%. Co właściwie dzieje się na prawicy?
- Farage znalazł się pod lupą, kiedy zrezygnował ze swego mandatu i doprowadził do uzupełniających wyborów. Główne partie zbojkotowały głosowanie, uznając je za polityczną sztuczkę i manipulację, przez co Hrabia Binface stał się jego głównym oponentem, a nie tylko satyrycznym tłem. Farage wygrał, lecz w sposób kompromitujący - znalazł się pod ostrzałem, a nad nim wciąż wisi odium skandalu. Afery z udziałem zagranicznych darczyńców, potajemne nagrania i przemoc wobec demonstranta na konferencji Reform UK sprawiły, że Farage znalazł się pod bezprecedensową lupą mediów głównego nurtu. A mimo to raz po raz wychodzi z tych kryzysów obronną ręką.
Jego niedawne potępienie zamaskowanych bojówek to po prostu próba zachowania pozorów przyzwoitości. Ostatecznie Farage trwa, ponieważ Partia Pracy, prawica głównego nurtu i media nieustannie powielają jego kluczowe narracje o migracji i klasie robotniczej, która ma "już dość". Powtarzając jego retorykę w nieco bardziej przystępnej formie, zapewniają mu trwały bufor legitymizacji.
W moich niedawnych wywiadach po wydarzeniach w Dover i Portsmouth dziennikarze wielokrotnie podważali moją analizę dotyczącą faszystowskich bojówek i skrajnie prawicowego paramilitaryzmu. Pytali, czy obawy związane z małymi łodziami są uzasadnione i czy nastroje obecne w głównym nurcie można w ogóle nazwać "skrajnie prawicowymi". Taka postawa normalizuje faszyzm i sprawia, że fundamentalne człowieczeństwo oraz prawa migrantów i uchodźców traktowane są jako kwestie podlegające dyskusji.
Taka dynamika poważnie ogranicza zdolność Burnhama do przeciwdziałania skrajnej prawicy. Nie zdoła on pokonać tego ruchu, jeśli przejmie jego język, będzie zabiegał o prawicowy elektorat i zepchnie na margines zarówno lewicę, jak i prawa osób ubiegających się o azyl - i to bez względu na jego politykę obniżek podatków czy łagodzenia skutków wzrostu kosztów życia.
Jednak czy Burnham w ogóle jest w stanie zwalczyć skrajną prawicę na polu gospodarczym poprzez podniesienie poziomu życia? Ludzie mają tendencję do szukania kozłów ofiarnych, ponieważ standard życia w Wielkiej Brytanii spada od czasu globalnego kryzysu finansowego - a to już w zasadzie 18 lat. Realne płace w Wielkiej Brytanii pozostają w stagnacji od kryzysu z 2008 roku, co zdaniem ekspertów oznacza blisko 20 lat "utraconego wzrostu". Z powodu tak długotrwałego zamrożenia płac brytyjskie gospodarstwa domowe weszły w obecny kryzys kosztów życia z bardzo skromnymi rezerwami finansowymi. Sytuację tę drastycznie pogorszyła rekordowa inflacja z 2022 roku, która doprowadziła do największego od czterdziestu lat spadku realnych dochodów, uderzając najmocniej w najuboższych. Choć sama stopa inflacji wreszcie zaczęła spadać, utrzymujące się wysokie ceny podstawowych towarów oznaczają, że Brytyjczycy będą potrzebowali wielu lat, by powrócić do standardu życia sprzed kryzysu. W tym samym czasie w dyskursie politycznym straszy się, że Polska wkrótce będzie bogatsza od Wielkiej Brytanii.
- Po pierwsze, nawet jeśli nie jest w stanie całkowicie zmienić kursu, musi przynajmniej spróbować, a nie jedynie uwiarygadniać obarczanie winą kozłów ofiarnych. W przeciwnym razie, w miarę pogarszania się warunków materialnych, takie narracje będą jedynie zyskiwać na legitymizacji.
Po drugie, sprzeciw wobec migracji opierał się kiedyś na populistycznej narracji o "pozostawionej w tyle białej klasie robotniczej". To już nie jest jej główna siła napędowa. To, co widzimy dzisiaj, to nagi rasizm, ksenofobia i twardy etnonacjonalizm: jawny faszyzm, na którego czele stoją mężczyźni wykształceni w elitarnych szkołach prywatnych, którzy nawet nie starają się już tego ukrywać. Być może przegapiliśmy moment, w którym dałoby się przeciwdziałać skrajnej prawicy wyłącznie za pomocą opieki społecznej i inwestycji. Kiedyś to podejście było przekonujące i mogło realnie poprawić warunki życia osób podatnych na radykalizację, zbijając przy okazji argumenty skrajnej prawicy. Teraz jednak skrajna prawica opiera się na teoriach "wielkiego zastąpienia" i pseudonaukowych argumentach rasowych, na które trudno odpowiedzieć narzędziami społeczno-ekonomicznymi, zwłaszcza po tak wielu zmarnowanych szansach.
Niemniej nierówności społeczno-ekonomiczne, które z natury obejmują też nierówności rasowe, muszą zostać rozwiązane. Przez długi czas nie podjęto żadnych starań, by złagodzić kryzys kosztów życia czy cofnąć cięcia w opiece społecznej, prywatyzację, zaniechanie budownictwa komunalnego i niedofinansowanie edukacji. Te trendy należy odwrócić, ponieważ żyjemy w rzeczywistości materialnej. Tymczasem traktujemy mocno ugruntowaną narrację o szukaniu kozłów ofiarnych, jakby to ona była naszą materialną i polityczną rzeczywistością, z czym trzeba walczyć. Cierpią na tym ludzie, a polityka nie powinna być dyktowana wyłącznie chęcią zdobywania głosów.
Jednocześnie wszyscy powoli zaczynają wierzyć, że antyimigranckie hasła wygrywają wybory. Od Warszawy po Londyn, Paryż i Berlin.
- Przekonanie, że postawa antyimigrancka pozwala wygrać wybory, jest w gruncie rzeczy błędne: traktuje całą resztę jako straty uboczne, a do tego wcale nie działa. Potrzebujemy autentycznej poprawy warunków materialnych, choćby jako projektu długoterminowego, ponieważ ludzie potrzebują godności, stabilności oraz środków do życia. Ich zapewnienie powinno być głównym zadaniem rządu, a nie prowadzenie walki wyborczej opartej na fałszywych przesłankach, które jedynie podsycają poczucie rasowej i etnicznej wyższości. Dlatego kluczowe są inwestycje strukturalne. Tymczasem Burnham zabiega o względy centrystów i prawicy, obniżając podatki dla przedsiębiorców, co - nawet przy podwyżkach w innych obszarach - nie wygeneruje zasobów niezbędnych do inwestowania w równość i lepszy standard życia.
Aby skutecznie poradzić sobie z migracją, rząd powinien finansować bezpieczne szlaki i legalne ścieżki migracyjne oraz sprawnie rozpatrywać wnioski i odwołania, zamiast pozostawiać uchodźców i osoby ubiegające się o azyl w długotrwałym zawieszeniu. Powinien także odrzucić model sprywatyzowanego kwaterowania w obskurnych hotelach, a co gorsza, w masowych ośrodkach detencyjnych i deportacyjnych, które są nieludzkie i faszystowskie.
Surowsze środki pociągają za sobą koszty: angażowanie policji do walki z bojówkami pochłania ogromne pieniądze, a same te działania uderzają w najbardziej bezbronnych, czyli tych, którzy naprawdę zostali "pozostawieni w tyle". Humanitarne inwestycje powinny być czymś oczywistym. Tymczasem cięcia wydatków sprawiły, że życie wszystkich stało się bardziej nieludzkie, a faszyści wykorzystujący narrację o kozłach ofiarnych czynią tę sytuację jeszcze trudniejszą.
Aaron Winter jest starszym wykładowcą socjologii (Senior Lecturer) na Uniwersytecie Lancaster oraz członkiem (Fellow) brytyjskiej Academy of Social Sciences. W swoich badaniach zajmuje się skrajną prawicą, analizując jej związki z polityką głównego nurtu. Wraz z Aurelienem Mondonem jest współautorem książki Reactionary Democracy: How Racism and the Populist Far Right Became Mainstream (Reakcyjna demokracja. Jak rasizm i populistyczna skrajna prawica trafiły do głównego nurtu). Jego najnowsza publikacja to Far-Right Extremism and the Sociology of Race and Racism (Ekstremizm skrajnej prawicy a socjologia rasy i rasizmu).