Czy wychodząc z kina po seansie "Michaela" Antoine'a Fuquy nie mieli państwo uczucia deja vu? Nie chodzi rzecz jasna o samą historię Króla Popu, którą trudno porównać z życiorysem innego artysty, ale o sposób jej opowiadania. Jeśli tak, to całkiem słusznie, bo podobieństwo do "Bohemian Rhapsody" Bryana Singera, opowiadającego historię zespołu Queen, nie sposób przeoczyć.
I trudno się dziwić, skoro rolę głównego producenta w przypadku obu filmów pełnił ten sam człowiek - Graham King. W efekcie oba filmy - choć kręcone pod szyldem artystycznych biografii - tak naprawdę zostały zmienione w wielkie, muzyczne show. Widowisko i skopiowane niemal jeden do jednego najgłośniejsze koncerty muzyków zastępują szczerą opowieść o prawdziwym życiu bohatera/bohaterów filmu.
Tak było w przypadku "Bohemian Rhapsody", gdzie o usunięcie z filmu wszystkich niewygodnych wątków zadbali sami członkowie zespołu. A skoro się sprawdziło i ugrzeczniona laurka zgrabnie omijająca wyskoki muzyków - a zwłaszcza ich lidera - wystarczyła, by zarobić miliard dolarów i zachwycić fanów, czemu twórcy "Michaela" nie mieliby podążyć tym tropem?
Graham King uznał, że to sprawdzony kierunek i najwyraźniej zdołał przekonać do tego - skądinąd zdolnego reżysera, Antoine'a Fuquę. Tyle tylko, że jeśli "Bohemian Rhapsody" to laurka dla zespołu, w przypadku "Michalea" - zapewne pod naciskiem rodziny muzyka, będącej współproducentem filmu - mamy do czynienia z najprawdziwszą hagiografią kontrowersyjnego artysty. W porównaniu z tym, co dostaliśmy od Kinga i Fuquy, ugrzecznione "Bohemian" to wręcz dzieło obrazoburcze! Sam za siebie niech mówi fakt, że nawet córka Michaela Jacksona, Paris, odcięła się od filmu, oświadczając, że jest przekłamany, i widać, że narracja była pod kontrolą rodziny.
"Duża część filmu schlebia specyficznej grupie fanów mojego taty, która wciąż żyje w świecie fantasy, i oni będą z niego zadowoleni. Mnie do tego bełkotu nie mieszajcie" - napisała w mediach społecznościowych Paris. Pod filmem podpisało się jednak liczne rodzeństwo Michaela, poza Janet Jackson. Tak, tak, najbliższa Michaelowi z sióstr, z którą od dziecka byli nierozłączni, już na etapie scenariusza wymusiła usunięcie jej postaci z filmu. I milczy jak zaklęta. Na ekranie widzimy tylko młodą LaToyę. Kogo jeszcze wycięto - o tym niżej.
Powiedzmy wprost: prawdziwa w tym mdłym filmie, jest wyłącznie muzyka Michaela Jacksona i ona ratuje całość. Największe hity artysty wraz ze znanymi dobrze teledyskami, odtworzone wizualnie niemal jeden do jednego, to coś czym karmią się fani artysty. Jakimś cudem to im wystarcza w filmowej biografii. Jeśli jednak nie jesteś bezkrytycznym fanem Michaela Jacksona, nie wyniesiesz z tego filmu zupełnie nic. Muzyczne przeboje artysty możesz włączyć sobie na YouTube.


Czy można udawać, że "Michael" nie powstał?
Czy w ogóle warto pochylać się nad filmem "Michael", zważywszy na jego nijakość, a nade wszystko na fakt, że na bohaterze ciążą poważne oskarżenia o molestowanie seksualne dzieci?
Przyznam, że długo byłam zdania, że niekoniecznie. Jednak skala gigantycznego sukcesu przedsięwzięcia (a to dopiero początek drogi filmu przez świat!), sprawiła, że udawanie, iż nie istnieje, wydaje się niepoważne. Zwłaszcza, że na stronie zbierającej recenzje - Rotten Tomatoes, gdzie spotykają się krytycy i fani, film ma 98 proc. nader pozytywnych ocen od akolitów Jacksona. To tyle samo co... "Ojciec chrzestny", arcydzieło Coppoli! Wobec tego faktu, nie sposób przejść obojętnie, mimo iż to kuriozalne.
Niestety, rację ma krytyk "The Independent", Adam White, pisząc w swoim eseju, że to dowód na to, że ludzie ignorują lub wręcz zaprzeczają oskarżeniom wysuwanym pod adresem Jacksona za jego życia. Bez znaczenia jest fakt, że powstało kilka dokumentów , jak choćby ten najgłośniejszy "Finding Neverland", które nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że przynajmniej część z nich to nie fikcja. Jeszcze gorzej brzmi stwierdzenie, że fanów Michaela zupełnie nie interesuje to, że oskarżono go o potworne, traumatyzujące ofiary czyny. Kochają jego muzykę i reszta ich w ogóle nie obchodzi.
Dlatego nieprawdziwego, zakłamującego prawdę filmu, pokazującego go wyłącznie jako uosobienie dobroci, anielskości i wiecznej niewinności, nie wolno przemilczeć. Swoją drogą - usunięcie z filmu mrocznej strony Michaela, zwyczajnie mu (filmowi, nie MJ) szkodzi, bo ona do pewnego stopnia tłumaczy jego różne dziwactwa, które miały miejsce później. Dziwaczne małżeństwa, nieustanne operacje plastyczne, dzieci urodzone przez surogatki itd.
To nie przypadek, że ta "biografia" Michaela kończy się na 1988 roku, czyli pięć lat przed tym, jak pojawiły się pierwsze oskarżenia pod jego adresem ze strony 13-letniego Jordana Chandlera. Sprawa zakończyła się ugodą - rodzinie chłopca wypłacono 23 mln dolarów, a śledztwo zamknięto. Sprawa, jak wiadomo, dała początek kolejnym oskarżeniom.
W przejmującym tekście krytyk "The Independent", który poznał bliżej Michaela Jacksona, pisze o człowieku samotnym, nieszczęśliwym i dosłownie zmiażdżonym przez sławę. Ale żadnej z tych rzeczy nie znajdziemy w filmie.


Wygładzanie fałd na wizerunku Jacksonów
Początkowo akcja "Michaela" miała rozgrywać się w latach 90., a całe dzieciństwo i droga do sławy, miały być opowiadane w retrospekcjach.
Nietrudno zgadnąć, że w tej wersji musiały pojawiać się oskarżenia wysuwane przez kolejne dzieci i ich rodziny. Potem scenariusz jednak przerobiono, zapewniając: "Złożoność życia Jacksona jest dobrze znana i nie zostanie zignorowana w filmie, który obejmie całe jego życie".
I rzeczywiście nakręcono sceny pozwu o molestowanie dziecka w 1993 roku, przeciw Jacksonowi. Wiadomo jednak, że w filmie Fuquy (on sam ponoć nie wierzy w oskarżenia) Michael był niewinny. Pokazany został jako ofiara chciwości rodziców Chandlera, którzy oskarżali go wyłącznie dla pieniędzy. Niestety wszystko zostało usunięte, bo producenci odkryli klauzulę w ugodzie z młodym oskarżycielem, która zabraniała przedstawiania go lub choćby wspominania o nim w filmach. Zmiany w scenariuszu były problemem, który zwiększył budżet o dziesiątki milionów dolarów. Pieniądze dołożyli spadkobiercy artysty, zapewne stawiając dodatkowe warunki.
Trzeba przyznać, że obok świetnie nakręconych scen muzycznych (te zajmują co najmniej połowę filmu i można odnieść wrażenie, że oglądamy teledysk z dialogami!), udało się też trafnie obsadzić odtwórcę głównej roli. Jak wiadomo, zagrał go Jaafar Jackson, bratanek Michaela, syn Jermaine'a Jacksona. To jego debiut filmowy, bardzo udany. W większości ujęć koncertowych słyszymy oryginalnego Michaela (to jedyny pożytek ze współpracy z rodziną), ale w kilku scenach nagrań w studiu śpiewa również robiący muzyczną karierę Jaafar. Dzięki protezom i charakteryzacji jest łudząco podobny do wuja, tańczy też fantastycznie.
Ale historia zaczyna się dużo wcześniej - od prób w domu położonym w ubogiej dzielnicy, rodzinnego zespołu The Jackson 5. Najmłodszy, 6-letni Michael od początku wyróżnia się talentem i chwyta za serce. Od początku do końca to poczciwy, dobroduszny, utalentowany chłopak. Mamy też czarny charakter czyli ojca, Josepha (niezły Colman Domingo), który każe synom ćwiczyć do upadłego, traktując ich jak maszynkę do zarabiania pieniędzy.
Ale nawet jemu daleko do wizerunku ojca-kata, znanego z wywiadów Michaela. Najwyraźniej i jego dotknęła silna potrzeba wygładzania "fałd" na wizerunku rodziny Jacksonów.


W aureoli choć skrzydeł brak
Tak naprawdę cała opowieść o genialnym Michaelu sprowadza się do odhaczania kroków milowych z początkowego etapu jego kariery, rodem z Wikipedii. Twórcy prowadzą nas poprzez jej kolejne etapy najpierw w zespole, aż do zerwania z nim i wbrew ojcu skupieniu się Michaela na karierze solowej.
Jaafar Jackson gra swojego wuja jako cichego i niezwykle ambitnego, dobrego chłopaka. Scenariusz uparcie pokazuje dorosłego Michaela jako dużego dzieciaka, przeskakującego z kolejnych kartek ukochanych książek o Piotrusiu Panu, marzącego o tym, że Nibylandia to prawdziwe miejsce i uwielbiającego zwierzęta, którymi się otaczał. Szympansa Bubblesa, żyrafę spacerującą wokół domu, pokój pełen pluszaków i zabawek typowych dla maluchów. Dorosły facet w tym otoczeniu wygląda kuriozalnie, do tego wiedzie życie samotnika. Pracuje też sam. Nie ma przyjaciół, nie chodzi na randki. Rodzeństwo go uwielbia (i nigdy nie okazuje zazdrości o jego sukcesy), matka wręcz czci. "Nie jesteś jak inni ludzie" - mówi mu w pewnym momencie, a jej głos drży niczym świętej, gdy dodaje: "zawsze miałeś w sobie światło".
Wolny czas 20-letni Michael spędza na jedzeniu lodów na kanapie z mamą. Kiedy w końcu wychodzi, to żeby odwiedzać chore dzieci w lokalnych szpitalach lub... kupować zabawki. Niczym Matka Teresa siedzi przy łóżkach chorych chłopców i wygłasza wzniosłe myśli, rodem z prozy Paula Coelho. "Moim celem jest pomagać i kochać" - mówi do chorego chłopca i w tej scenie brakuje mu już tylko anielskich skrzydeł. No może jeszcze aureoli nad głową.
Ale na tym nie koniec, bo pracując nad choreografią do "Thrillera" Michael zatrudnia członków gangu. Domyślamy się, że ten sposób w pojedynkę (prawie) rozwiązuje jednocześnie problem przestępczości w Los Angeles!
Anielsko dobry, od początku pokazywany jest jako ofiara. Nie oznacza to wcale, że Michael nie doświadczył naprawdę smutnych wydarzeń - od przemocy ze strony ojca po incydent z reklamą Pepsi, gdy zapaliły mu się włosy na czubku głowy, powodując trwałe oparzenia i początek lekowych uzależnień. Problem w tym, że to duże dziecko w filmie rzekomo biograficznym nie ma nie tylko osobistych opinii ani żadnych rozpoznawalnych cech, ale nie dowiadujemy się też niczego o nim jako wielkim artyście. Dbałość o ochronę wizerunku legendy sprawiła, że zniknął jako człowiek. Dostaliśmy pomniczek pozbawiony wad i słabości, choć wiemy całkiem sporo o tych naprawdę godnych potępienia.
Podobnie jak "Bohemian Rhapsody" kończy się spektakularnym odwzorowaniem występu zespołu Queen na koncercie Live Aid na stadionie Wembley w 1985 roku, tak "Michaela" kończy przebojowy londyński koncert promujący wspaniały album "Bad". Trwa on w filmie tak długo, że w zasadzie można by go wyciąć z filmu i wyświetlać jako osobna produkcję.
Tak więc mimo zapowiedzi twórców, docieramy ledwie do połowy życia Jacksona, a wszystko, co kontrowersyjne, mocno nadwyrężające anielski wizerunek artysty, znika z filmu. Na koniec pojawia się co prawda napis "His Story Continues" (Historia toczy się dalej), i słychać plotki o kontynuacji, ale czy to na pewno dobry pomysł?
I tylko Diany Ross żal
Była mowa o tym, że w filmie nie pojawia się ukochana siostra Michaela, Janet Jackson, ale nie tylko jej brakuje z niewyjaśnionych przyczyn. Nie wiemy też, czy przyczynili się do tego twórcy (do nich zalicza się też jak wiadomo rodzina - spadkobiercy), czy też może gwiazda - chodzi o Dianę Ross, sama wyraziła takie życzenie.
Relacje Michaela Jacksona i Diany Ross były niezwykle bliskie, opisywane jako przyjaźń, fascynacja, a przez samego Jacksona jako "relacja łącząca cechy matki, siostry i kochanki". Poznali się, gdy Michael był dzieckiem, a Ross wprowadzała go do świata show-biznesu, stając się jego mentorką i platoniczną miłością. Jackson otwarcie przyznawał, że był w niej zakochany. Więcej - wyznaczył ją nawet na opiekunkę swoich dzieci, gdyby zabrakło jego matki. Jego kolejne operacje plastyczne miały na celu upodobnienie się do niej.


Ross broniła Jacksona publicznie po oskarżeniach o molestowanie, nazywając go "niesamowitą inspiracją". Jakim cudem kogoś tak ważnego dla niego mogło zabraknąć w filmie? Wiadomo, że nakręcono sceny z Dianą, ale ostatecznie wszystkie one zostały usunięte. Dlaczego? Tego nikt nie wie, a jeśli nawet wie, to milczy.
Najmłodsze pokolenie fanów muzyki Michaela Jacksona nie wie tego wszystkiego. Czas również okazał się wielkim atutem: dzisiejsi 20-latkowie raczej nie pamiętają nagłówków gazet o mrożących krew w żyłach popisach Jacksona z wystawianiem dzieci w wieku niemowlęcym na balkon, nie mówiąc już o jego głośnych białych małżeństwach. O oskarżeniach raczej musieli słyszeć, ale jeśli fanatycznie czczą geniusza, także nie wierzą w nie. W internecie pojawiła się ostatnio ponownie słynna rozmowa Martina Bashira z Jacksonem z 2003 roku. Ta, podczas której Jackson przyznał się i bronił faktu dzielenia łoża z małymi chłopcami.
Przed kilkoma dniami kolejny obok Jaafara bratanek Jacksona, Taj, zasugerował, że wszystko to było złośliwą, medialną prowokacją. "Sorry drogie media, nie macie już kontroli nad narracją na temat tego, kim naprawdę był Michael Jackson. Publiczność obejrzy ten film i sama zadecydują. A wy nie możecie z tym nic zrobić" - napisał na platformie X.
Bo nie ulega wątpliwości, że "Michael" po trzech tygodniach od premiery, zajmujący zaszczytne drugie miejsce wśród muzycznych biografii kina, niebawem prześcignie film Bryana Singera i usadowi się na miejscu pierwszym. "Bohemian Rhapsody" obejrzało 900 milionów widzów na całym świecie, "Michaela" w 20 dni 620 milionów. Czy trzeba to komukolwiek tłumaczyć?
I tylko szkoda, że film przedstawia Króla Popu takim, jakim chcielibyśmy wszyscy, aby był. Nie takim, jakim był naprawdę.








