Choć podejście do zwierząt coraz bardziej się zmienia, przykuty do budy pies wciąż jest nieodłącznym elementem krajobrazu niejednej polskiej wsi. Waruje przy pustej misce, w oczekiwaniu na resztki z obiadu - jeśli w ogóle je tego dnia dostanie. Dzięki coraz większej świadomości i ludzkiej empatii, u progu domostwa oprawców zjawiają się służby. Wśród nich inspektorzy z organizacji pozarządowych.
To właśnie oni od kilkudziesięciu lat działają na rzecz dobrobytu zwierząt nie tylko gospodarskich, ale przede wszystkim tych domowych. Teraz ich dalszy los, a przez to życie tysięcy zaniedbanych, konających psów i kotów, wisi na włosku. Wszystko przez plany Ministerstwa Rolnictwa, które po prawie 26 latach zamierza zmienić przepisy. Dlaczego? Obrońcy zwierząt mają swoje teorie. - Tu chodzi o coś więcej niż o tego pojedynczego "kundla" na łańcuchu. I my, tacy malutcy, niewiele możemy z tym zrobić - mówi prezes DIOZ.
Odbieranie zwierząt z rąk oprawców. Jak wyglądają obecne przepisy?
Zanim o zmianach, przyjrzyjmy się, jak wygląda obecny system. Do tej pory na mocy ustawy o ochronie zwierząt z 1997 r. w Polsce o dobrobyt czworonogów dbają: organy państwowe tj. Inspektorat Weterynaryjny, policja czy straż gminna, a także instytucje pozarządowe: organizacje, fundacje, inspektoraty. Każda osoba przynależąca do tych instytucji, która przejdzie odpowiednie szkolenia, może dokonać interwencji. Sprawdza wówczas stan zwierzęcia i - w przypadku rażącego zaniedbania - może odebrać je właścicielowi. Ta procedura odbywa się w dwóch trybach: administracyjnym i karnym.
W pierwszym przypadku zwierzę może zostać tymczasowo odebrane opiekunowi na podstawie decyzji wójta. Żeby jednak zabrać psa w tym drugim trybie (najpierw odbiór, później zgłoszenie), musi być zagrożenie jego życia. - Pies nie może przebywać w danym miejscu, bo grozi to jego śmiercią - tłumaczy Łukasz Balcer, Dyrektor Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie, inspektor od ponad dwudziestu lat.
- Jeśli mamy lato, jest żar i 30 stopni na plusie, a pośrodku posesji leży pies przywiązany łańcuchem do budy bez wody, to po kilku godzinach to zwierzę umrze. W związku z tym nie może czekać kilku dni, aż uzyskamy zgodę od gminy na zabranie go po weekendzie. Wtedy będzie już za późno - tłumaczy. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Polsce, w którego zarządzie zasiada, to właśnie organizacja pozarządowa z 155-letnią tradycją.
Gdyby w życie weszły przepisy, również jej pracownicy utraciliby uprawnienia do przeprowadzania interwencji. A to właśnie one, zupełnie nagle, stały się dla ministerstwa problemem.
Ratowanie zwierząt przez organizacje. "Skończymy z tym"
- Skończymy z odbieraniem zwierząt rolnikom przez różne organizacje, które czasem robią to tylko z chęci zysku. Takie uprawnienia będzie miała tylko Inspekcja Weterynaryjna - zapowiedział szef resortu rolnictwa w grudniu podczas Zjazdu Polskiej Wsi.
Teraz w ministerstwie trwają prace nad projektem ustawy, który ma trafić do Sejmu w ciągu dwóch miesięcy. - Nowe przepisy zakończyłyby erę ochrony zwierząt w Polsce - mówi Konrad Kuźmiński, prezes Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt i tłumaczy: - Znamy ten system. System, który jest całkowicie niewydolny i w którym działanie polega na spychologii albo na niezauważaniu problemu.
Prezes DIOZ, organizacji pozarządowej, która od lat odbiera zwierzęta z rąk oprawców, podkreśla, że codziennie otrzymuje blisko 50 zgłoszeń i próśb o interwencję. - Ludzie nam ufają. Dostajemy zdjęcia, pakujemy się i jedziemy na drugi koniec Polski działać. Jak pani coś zgłosi urzędnikom z Inspektoratu Weterynarii w piątek o 17.01, to może (może!) dostanie pani odpowiedź po weekendzie. No a chore zwierzęta nie poczekają - mówi mi Kuźmiński.
Zresztą, kilka naszych pierwszych rozmów w ogóle nie doszło do skutku. "Przepraszam, pilna interwencja. Odezwę się jutro" - głosił SMS tuż przed umówionym spotkaniem. Godzinę później w mediach społecznościowych pojawiała się nowa relacja o wstrząsających warunkach w gminnych przechowalniach zwierząt czy na wiejskich podwórkach.
Inspekcja Weterynaryjna. "Już jest niewydolna"
Z kierownictwem Głównego Inspektoratu Weterynarii także trudno się skontaktować. Powód jest jednak zgoła inny. - Dzisiaj nie da rady. Wszyscy na konferencjach - tłumaczył uprzejmie głos w telefonie. Podstawową różnicą między organizacjami pozarządowymi a organami państwowymi jest to, że pierwsi w gumiakach z zapchlonymi kotami w ramionach przemierzają wsie, drudzy przy biurkach siedzą zasypani "po uszy" dokumentami.
- Gdyby zapowiadane przez ministerstwo zmiany weszły w życie, interwencje na taką skalę jak mamy dziś by się skończyły, bo inspekcja byłaby niewydolna. Poza tym, że musiałaby jako jedyna instytucja interweniować, miałaby też dużo innych obowiązków, którymi dzisiaj się zajmuje - ocenia Dyrektor Schroniska w Celestynowie - Trzeba byłoby zatrudnić wówczas dziesiątki tysięcy nowych pracowników, bo taka aktualnie jest liczba osób działających na rzecz ochrony zwierząt.
Inspekcja nie działa w weekendy. To kolejny problem, na który wskazuje Balcer. - Zwierzęta będą miały bardzo małe szanse na to, że nadejdzie dla nich szybka pomoc. Państwowa Inspekcja Weterynaryjna będzie obciążona dużą ilością spraw, a niektóre sprawy sądowe ciągną się latami. Na to wszystko po prostu nie będzie czasu przy takiej skali obowiązków nałożonych na Inspekcję - mówi.
"Inspekcja Weterynaryjna nie stwierdziła zwierząt"
Konrad Kuźmiński zwraca z kolei uwagę na jakość przeprowadzonych interwencji przez organy państwowe w Polsce. Bo, jak zauważa, co z tego, że do nich doszło, skoro zaniedbane zwierzę nie zostało nawet przez urzędników znalezione.
- Po zapowiedziach ministra odsyłaliśmy część zgłoszeń do inspektoratu. Zaczęliśmy dostawać masę odpowiedzi, że "nie stwierdzili zwierząt na miejscu". Wtedy sami musieliśmy interweniować i rozsyłać im zdjęcia, że zwierzęta jak stały, tak stoją na tych łańcuchach. Jak w takim razie wygląda praktyczna strona tych interwencji, skoro nie zauważają psa, który - umówmy się - nie jest wielkości pchły? - pyta Kuźmiński - Dopiero po złożeniu przez nas stosownej skargi, okazało się, że jednak da się odnaleźć zwierzę.
Mówi o problemie relacji korupcjogennych. Czy powiatowemu inspektorowi weterynaryjnemu, który jedzie do gospodarstwa, gdzie dostanie mleko, drób, mięso, serek zależy na znalezieniu zagłodzonego psa koleżanki ze wsi? - Te wszystkie gminne powiatowe instytucje działają w taki sposób, że się każdy z każdym zna - zaznacza.
- My wystąpiliśmy z postulatem, żeby w przypadku interwencji, dokumentów nie weryfikował powiatowy lekarz weterynarii czy gmina tylko przykładowo sąd rejonowy pierwszej instancji. To chyba jedyny filar, w którym ta niezależność od społeczeństwa się zachowała - proponuje swoje rozwiązania szef DIOZ.
"Oni kontrolują tylko bydło. Nie podchodzą do psów"
Ponadto, według Kuźmińskiego, pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej mają wiedzę teoretyczną głównie w zakresie nadzoru nad bezpieczeństwem żywności. - Taka inspekcja jeździ po gospodarstwach rolnych i kontroluje głównie bydło - zauważa.
- Oni nigdy sami z siebie nie zwracają uwagi na psy na łańcuchach czy zagłodzone koty. Czasem przyjeżdżamy tydzień po ich wizycie na tę samą posesję, a tam: rozpadająca się buda, obok psy z żebrami na wierzchu. Trzeci pies w ogóle nie ma budy, tylko ziemiankę sobie wykopał. Zlewy obrzydliwe dostają do jedzenia. Skiśnięty chleb z ziemniakami - opisuje prezes DIOZ i rozkłada ręce.
Jeśli mowa o dobrostanie to tej wiedzy, jego zdaniem, także brakuje. - Mieliśmy na przykład ucho u psa, z którego lała się ropa. Organy państwowe stwierdziły wtedy, że "robimy problem z zapalenia ucha". My jednak tego psa odebraliśmy, poddaliśmy leczeniu i biegły profesor z uniwersytetu ocenił, że mało brakowało, a doszłoby do zakażenia mózgu i śmierci. Tego typu sprawy są ciągle bagatelizowane - oburza się 26-letni inspektor.
"Testowaliśmy system, zablokowali naszego mejla"
W związku z pomysłem ministerstwa Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt zaczął przekazywać wszystkie zgłoszenia organom państwowym.
- Dostaliśmy odpowiedź od ministra, że bez podstawy prawnej się tym nie zajmie. Co więcej, postraszył nas prezesem urzędu ochrony danych osobowych, bo przekazując dalej zgłoszenia, wpływające do nas łamiemy RODO. Prokuratura Krajowa zablokowała z kolei naszego mejla, a z Komendy Głównej Policji dostałem telefon, że to nie może tak wyglądać, bo to jest za dużo roboty i ilość zgłoszeń paraliżuje ich codzienną pracę. Chcieliśmy przetestować ten system i powierzyć interwencje polskiemu państwu i nie wyszło z tego nic.
O komentarz poprosiłam szefa sejmowej komisji ds. rolnictwa, Roberta Telusa. Dopytuję, co, jeśli okaże się, że sam Inspektorat Weterynaryjny będzie zbyt przeciążony ilością zgłoszeń. - Inspekcje nie dotrą do każdego zwierzęcia - zauważam.
- Ja myślę, że takiej sytuacji nie będzie - odpowiedział polityk - A nawet jeśli będą, to wtedy będziemy myśleć, żeby do inspektoratu weterynarii zatrudnić więcej osób, stworzyć cały wydział, który będzie odpowiadał za dobrostan zwierząt.
Ministerstwo: Strach jest przedwczesny
Kiedy zauważam, że organizacje pozarządowe boją się nie tylko utraty swoich dotychczasowych praw, ale przede wszystkim pogorszenia jakości interwencji, usłyszałam, że ten strach jest "przedwczesny".
- Wszystkim nam zależy na tym, żeby to organizacje państwowe, publiczne, bo do tego są stworzone, mogły kontrolować rolników. Nie ktoś, kto nie ma do tego prawa. To na pewno musi się odbywać w obecności policji. Nie może być tak, że ktokolwiek będzie chciał, będzie mógł wejść na podwórko i zabrać rolnikowi zwierzęta. To musi być uregulowane odpowiednimi przepisami - mówił Robert Telus przewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Powtórzył jeszcze kilka razy, że będzie tak, żeby to inspekcje państwowe mogły sprawdzać stan zwierząt i kontrolować ich dobrostan. - Nam zależy, żeby zwierzęta były hodowane w dobrostanie - oświadczył.
Sęk w tym, że tu nie trzeba nic zmieniać. W Polsce Inspekcja Weterynaryjna już odpowiada za wszystkie zwierzęta w Polsce. Ona już teraz może nadzorować ich stan. Problem polega na tym, że jest niewydolna.
- Czasem Inspekcja Weterynaryjna odpowiada nam w ciągu dwóch, trzech dni. Czasem jest cisza przez wiele dni - relacjonuje Konrad Kuźmiński.
Nie potrafi sobie wyobrazić urzędnika, który miałby - tak jak jego zespół - wejść na posesję i fizycznie odebrać zwierzę. - Taka pani urzędnik wejdzie do właściciela i własnoręcznie odetnie psa z łańcucha? Ja tego nie widzę. W większości przypadków oni do tych zwierząt nawet nie podchodzą, bo się ich boją - twierdzi.
- Przy obecnej liczbie organizacji pozarządowych, działań, które te organizacje podejmują i interwencji, które przeprowadzają, nie będzie można tej skali nadrobić jednym państwowym inspektoratem weterynaryjnym - stwierdza także Łukasz Balcer.
Zwierzęta skazane na śmierć. "My je socjalizujemy"
"Ziomek" to w prasłowiańskim języku naszych przodków "ten, który mieszka na mojej ziemi". Nie bez powodu w XXI wieku pieszczotliwie nazywamy tak naszych czworonożnych przyjaciół. Choć dla wielu mieszkańców wsi to wciąż tylko żywy podwórkowy alarm, mentalność Polaków coraz bardziej się zmienia. Zapewniamy zwierzętom dobre warunki w mieszkaniach, dbamy o ich zdrowie i samopoczucie. Oczywistym staje się fakt, że zwierzak w domu jest częścią rodziny.
Taka idea przyświeca też organizacjom pozarządowym.
- W ciągu mojego ponad 20-letniego doświadczenia odbierałem zwierzęta z pseudohodowli i miejsc, w których ludzie się nad nimi znęcali: chcieli z siekierą iść za szopę i zabić zwierzę, bo się zestarzał i był już niedołężny. Takie zwierzęta ratujemy z rąk oprawców i socjalizujemy w naszym schronisku - mówi Łukasz Balcer.
Schronisko w Celestynowie, którego jest dyrektorem i jednym z najstarszych pracowników. - Działamy już ponad 65 lat. Przez cały ten czas priorytetem jest zawsze dobro zwierzęcia - mówi przedstawiciel organizacji pozarządowej.
Sanatorium dla zwierząt
DIOZ zajmuje się z kolei budową "Raju dla zwierząt" - wielohektarowego terenu, w którym uratowane zwierzęta mogą cieszyć się życiem. Nieustannie trwa tam budowa nowych domów, sektorów dla psich seniorów, szczeniaków czy "chorutków". Ma powstać tam także sztuczne jezioro, które w upalne dni będzie cieszyć niejednego czworonożnego amatora wodnych sportów.
To wszystko dlatego, że organizacje, które odbierają zwierzęta, w głównej mierze przejmują nad nimi opiekę: leczą je na koszt darczyńców, bo gminy nie partycypują w tych kosztach. Właściciele odebranych zwierząt tym bardziej. - Zapowiadane przez ministerstwo rolnictwa zmiany mają to całkowicie wykluczyć, a systemu zwyczajnie na to nie stać - mówi prezes DIOZ. Gdzie więc, w przypadku wejścia w życie nowych przepisów będą trafiały zwierzęta?
- Jedna z naszych interwencji dobitnie pokazuje, gdzie będą jeździły zwierzęta. I to wygląda jak średniowiecze - mówi. Chodzi o tak zwaną "przechowalnię" psów, którą gmina na niejasnych zasadach zorganizowała na swoim terenie.
