Budzi mnie alarm, który ustawiłem sobie w telefonie. Jest 4 rano. W Baku, stolicy Azerbejdżanu, słońce powoli wychyla się znad Morza Kaspijskiego, aby objąć swoim czułym dotykiem, największą w kraju metropolię.
Kilkanaście minut później jestem gotowy do drogi. Mam do przejechania 230 kilometrów - niby mało, ale największym złodziejem czasu będzie ostatnich kilkadziesiąt. Trafię w sam środek Wielkiego Kaukazu.
Moim celem jest Xinalig - wioska, która rozbudza moją wyobraźnię, odkąd tylko natknąłem się na informacje o niej w internecie.


W górę, w górę i w górę
Mniej więcej 170 kilometrów mija mi jak z bicza strzelił. Jadę główną drogą prowadzącą w stronę Federacji Rosyjskiej. Na wysokości jednego z ostatnich większych miast przed przejściem granicznym odbijam w lewo - do Quby. Teraz przede mną ostatnie 60 kilometrów.
Krajobraz zmienia się niemalże natychmiast.
Po ekspresówce nie ma już śladu. Jadę wąską ścieżką, która pnie się w górę. I w górę. I w górę. Miejscami jest tak stromo, że muszę odpowiednio wcześnie rozpędzić samochód, aby dać radę dotrzeć do wierzchołka. Droga pokryta jest asfaltem, ale tu i ówdzie na jezdni zalegają kamienie, piasek czy błoto. To nie pomaga w optymalnej jeździe.
Jakieś dwie godziny po opuszczeniu Quby docieram na miejsce. Jestem w Xinaligu.
Zostawiam samochód na skraju małego urwiska. Upewniam się, czy zaciągnąłem hamulec ręczny i ruszam eksplorować tę wyjątkową wioskę.
- Where are you from? - słyszę za plecami.
Oglądam się za siebie, a tam dwoje lokalnych maluchów - nie mają więcej niż siedem lat - przyszło do mnie z chukhą na sprzedaż. To tradycyjny wełniany szal, którego produkcją mieszkańcy Xinaligu zajmują się od lat.
- I'm from Poland - odpowiadam. - And you?
Azerbaijan - słyszę.
Ta na pozór niewiele wnosząca konwersacja jest w istocie przełomowa. Pokazuje bowiem rewolucję, jaka wydarzyła się w Xinaligu.


Nikt nie rozumie
Przez lata wioska była niemalże odseparowana od świata. Nie prowadziła do niej żadna asfaltowa czy choćby wybrukowana droga. Nie było prądu, o internecie nawet nie wspominając. Wyprawa do Quby, dziś zajmująca około dwóch godzin, była przedsięwzięciem na co najmniej dwa dni. A zimą ocierała się o miano misji samobójczej.
W 2006 roku prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew ogłosił szeroko zakrojone plany modernizacji infrastruktury w i wokół Xinaligu. Objęły one szkoły, sieci przesyłowe, administrację i przede wszystkim drogę. Wioska została połączona z rdzeniem kraju. Przestała być ciałem obcym.
Jednocześnie zachowała swój niepowtarzalny klimat. Zmiany, choć rewolucyjne, nie wywróciły jednak świata mieszkańców do góry nogami. Ułatwiły życie, ale nie zdefiniowały go na nowo.
Alijew wysłał ludności Xinaligu czytelny sygnał: jesteście częścią tego społeczeństwa. Rok po ogłoszeniu pakietu modernizacyjnego prezydent podjął decyzję o ustanowieniu Państwowego Rezerwatu Historyczno-Architektoniczego i Etnograficznego w wiosce. Przywódcy zależało na tym, aby chronić materialne i niematerialne dziedzictwo. Wkrótce Xinalig i jego okolice zostały też wpisane na listę UNESCO.
Bez wątpienia jednym z ciekawszych elementów dziedzictwa wioski jest jej unikalny język - chinalugijski. To, jak powiedzieliby lingwiści, tak zwana mowa izolowana. A ujmując rzecz prościej - narzecze, którego nie rozumie nikt poza jego natywnymi użytkownikami. Choć ma pewne podobieństwa do języków lezgicznych, do dziś nie udało się ustalić jego powiązań i etymologii ponad wszelką wątpliwość.
W czasach sowieckich w Xinaligu powstał nawet specjalny oddział Instytutu Językoznawstwa ZSRR, którego zadanie polegało na spisaniu chinalugijskiego alfabetu. Oparli go na łacinie, zapisując głoski za pomocą 72 liter.
Dziś zdecydowana większość mieszkańców Xinaligu jest dwujęzyczna - oprócz swojej mowy znają też azerski. Młode pokolenie, na którego przedstawicieli natknąłem się już na samym początku swojej wyprawy do wioski, pilnie uczy się także angielskiego. To efekt reform zapoczątkowanych 20 lat temu.
Z perspektywy Zachodu to może mała rzecz. Angielski. Prąd. Droga.
Tutaj to jednak rewolucja.


Potomkowie Noego
Chinalugijski jest na tyle innym językiem, że już w Qubie nie zrozumie go nikt. No, poza mieszkańcami wioski, którzy zdecydowali się na wyprowadzkę.
- Młodzi ludzie coraz częściej migrują. Decydują się albo na Qubę, albo na Baku. Szukają lepszego życia, większych możliwości. Nigdy nie zapominają jednak o swojej wiosce, tutaj więzy rodzinne są bardzo silne - mówi mi Amil Ibajew, polskojęzyczny przewodnik turystyczny po Azerbejdżanie, z którym rozmawiam o Xinaligu.
Kiedy w 1988 roku wybuchła I wojna o Górski Karabach, mieszkańcy wioski byli masowo wcielani do armii Azerbejdżanu. Nie służyli jednak jako wojskowi. Byli szyfrantami. Ponieważ ich języka nie rozumiał nikt, a oni sami porozumieli się po azersku, mogli przekazywać tajne wiadomości.
- Gdy rozmawiam z miejscowymi, niektórzy mówią mi, że ich język wywodzi się ze... Skandynawii. Nie ma na to jednak dowodów. Bardziej prawdopodobna jest teoria, że jego korzenie sięgają Albanii Kaukaskiej - dodaje Amil.
Lokalni przekonują też, że są potomkami biblijnego Noego. Według przekazywanej ustnie tradycji, pierwsi mieszkańcy Xinaligu mieli wysiąść z Arki na płaskim szczycie jednej z pobliskich gór. Następnie, jak twierdzą, znaleźli zbocze, na którym założyli osadę.
Tak czy inaczej Xinalig jest jednym z najdłużej nieprzerwanie zamieszkanych przez człowieka miejsc. Ślady cywilizacji sięgają tu 5000 lat.
Owce, miód i zioła
Po krótkiej rozmowie z młodymi mieszkańcami Xinaligu idę w górę wioski. Przyglądam się domom - dość zresztą charakterystycznym. Są podobne do siebie, niskie, zazwyczaj z blaszanym dachem. Konstrukcje podparte są kolumnami umieszczonymi w centralnym punkcie. Wiele budynków liczy sobie kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat.
Kilka dni wcześniej w Baku usłyszałem, że dom w Xinaligu można kupić za... 500 dolarów! W związku z migracją młodszego pokolenia do miast, sporo budynków stoi pustych. Ceny są niskie, bo i popyt jest niewielki. Od razu przeliczam sobie, jak dobrym zarobkiem byłaby inwestycja tutaj.
50 dolarów za noc od turystów, wystarczy mi 10 dni, aby być na zero...
Snucie mocarstwowych planów brutalnie przerwał mi Amil.
- Domów w Xinaligu nie może kupować nikt poza rdzennymi mieszkańcami wioski. To prawo, które wprowadził rząd w Baku. Państwo chce w ten sposób zachować oryginalny charakter tego wyjątkowego miejsca - tłumaczy.
I to byłoby na tyle.
Kiedy wygaszam w sobie egoizm, natychmiast rozumiem jednak taką decyzję. Tylko w ten sposób Xinalig pozostanie Xinaligiem. A nie będzie kolejną turystyczną wydmuszką.
Bo dziś, choć w wiosce pojawiają się podróżnicy z różnych stron świata, nie przytłaczają swoją masą. Nie ma też charakterystycznych dla najpopularniejszych miejsc świata błyskotek, gadżetów i kiczu. Jest wioska. Są góry. Są mieszkańcy, którzy zgodzili się delikatnie uchylić drzwi do swojego życia.
- Lokalsi podchodzą do kwestii turystyki pozytywnie. Cieszą się, że przyjeżdżają do nich ludzie. Nie ma też co ukrywać, że dla części z nich podróżnicy stali się sposobem na życie. Tutejsi mieszkańcy wynajmują pokoje, przygotowują posiłki, niektórzy obwożą gości po pobliskich szlakach górskich - wymienia Amil.
W Xinaligu jest jedno niewielkie muzeum prezentujące historię tego miejsca. Są też ledwo odróżniające się od domów meczety, do których można zajrzeć. Ja przez większość czasu spaceruję jednak między domami. Podpatruję codzienne zajęcia - pranie, wypasanie owiec, majstrowanie przy radzieckiej terenówce.
Ci, którzy nie pracują w turystyce - czyli wciąż większość liczącej niespełna 2000 osób populacji - zajmują się tradycyjnymi pracami. Hodują owce, parają się tkactwem, zbierają zioła lecznicze. Produkują też miód. Ten tutejszy smakuje jak nigdzie indziej - jest silnie aromatyczny i intensywny.
Rytm i tempo życia w Xinaligu wyznacza natura. Zima jest zimą, a lato jest latem. Kiedy przychodzą mroźne miesiące, temperatura regularnie spada nawet do 20 kresek poniżej zera. Śnieg zalega aż do wiosny, a w najwyższych partiach gór - nie topnieje przez cały rok. Czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień są natomiast przyjemnie ciepłe.
Przy niemal każdym domostwie są zwierzęta. Osły, kozy, owce, mnóstwo kotów i psów. Wracające ze szkoły dzieci pomagają rodzicom w pracy, ucząc się przy okazji lokalnych tradycji i etosu.
I choć jako ludzie mamy tendencję do nadmiernego romantyzowania takich miejsc, nie wolno nam zapominać, że wciąż mówimy o wiosce położonej 2180 metrów nad poziomem morza. Życie tutaj naprawdę wymaga dyscypliny. I wystawia bezlitosny rachunek sercom oraz płucom.
- Dlatego od jakiegoś czasu obowiązuje prawo, zgodnie z którym wynagrodzenia w Xinaligu są wyższe o 30%. Jeśli ktoś pracuje legalnie, ma umowę, wówczas państwo dorzuca mu ten bonus. To tak zwana dopłata za szkodliwość warunków - zdradza Amil.
***
Kiedy zaczyna się ściemniać, opuszczam Xinalig. W ciszy zjeżdżam po górskich serpentynach i na kolację dojeżdżam do Quby.
Siadam w restauracji, w której mogę wybrać, czy chcę rozmawiać z kelnerem rosyjsko- czy anglojęzycznym. Wróciłem do cywilizacji.
Ale w tym momencie jeszcze mocniej ściskam kciuki za to, aby Xinalig pozostał autentyczny. Potrzebujemy takich miejsc.
