Reklama

Wczesne poniedziałkowe przedpołudnie na Rodeo Drive w Beverly Hills jest zaskakująco spokojne. Błękitne niebo, palmy i witryny eleganckich butików tworzą scenografię luksusu, który dziś wydaje się oczywisty, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu biegła tędy niepozorna, wąska droga.

Na czerwonym świetle z niewymuszoną obojętnością kierowcy zatrzymują swoje warte miliony luksusowe samochody, a na przejściu dla pieszych zaczepia mnie uliczny fotograf z tabletem w dłoni. Na ekranie zdjęcia, na których walczę z wiatrem chcącym porwać mój kapelusz. Paparazzi to tutaj stały element krajobrazu, podobnie jak butiki Diora, Prady, Versace czy Cartiera, które przyciągają gwiazdy i turystów spragnionych odrobiny hollywoodzkiej magii.

Kopciuszek w wielkim mieście

Reklama

Nawet chodnik nie jest tu zwyczajny. Charakterystyczne, wykonane z żywicy dzikie koty i kolorowe goryle, autorstwa francuskiego współczesnego artysty Richarda Orlińskiego, są częścią czasowej wystawy i doskonale wpisują się w panujący tu blichtr i unoszący się w powietrzu luksus. To właśnie po tej ulicy dumnie kroczyła filmowa Vivian, grana przez Julię Roberts, niosąc swoje warte krocie zakupy - dzień po tym, gdy sprzedawczynie wyprosiły ją z jednego z eleganckich sklepów. Czy dziś Vivian zostałaby do nich wpuszczona, czy ta historia miałaby szansę zaistnieć w takim kształcie?      

Początek lat 90. był czasem wielkich zmian. Euforia po upadku Muru Berlińskiego, koniec zimnej wojny, wszechobecny kult sukcesu i  triumf kapitalizmu rozlały się po świecie, wpływając znacząco na popkulturę. Także w kinie był to czas transformacji, któremu zawdzięczamy rozkwit kina niezależnego i ugruntowanie mitu Hollywood jako fabryki marzeń, która sprzyjała szybkim karierom. To właśnie wtedy nastała złota era rom-comów, które będąc rodzajem współczesnych baśni, wpisały się w spełniony sen o księciu z bajki, równocześnie ubierając bohaterów historii nieco inne role.

Oto zblazowany finansista z Nowego Jorku, Edward (w tej roli Richarda Gere), podczas podróży służbowej do Los Angeles poznaje parającą się najstarszym zawodem świata Vivian. Splot przypadków sprawia, że nieco nieokrzesana dziewczyna z ulicy dostaje od biznesmana propozycję spędzenia z nim całego tygodnia. To pozwala jej wkroczyć w świat luksusu i wielkiego biznesu, gdzie z brzydkiego kaczątka z niewielką pomocą karty kredytowej Edwarda i życzliwych jej osób przeistacza się w pewną siebie salonową lwicę. Edward proponuje jej relację, którą w dzisiejszym świecie określa się mianem sponsoringu, ona unosi się honorem, gdyż marzy o związku opartym nie tylko na pieniądzach. Scena finałowa to prawdziwie hollywoodzki happy end, gdzie miłość wszystko zwycięża, a w ruch idą chusteczki. Ckliwe romansidło chciałoby się dziś rzec.     

Duma i uprzedzenie z dolarami w tle

Bazując na schemacie koncepcji monomitu Joshepa Cambella możemy jednak też film Marshalla odczytać jako współczesną realizację historii o podróży od świata braku i marginalizacji ku odzyskaniu podmiotowości. Klasowe uprzedzenia (pamiętna scena z luksusowego butiku), przekonanie o własnych ograniczeniach i poczucie niedopasowania towarzyszą bohaterce od samego początku. Zewnętrzna metamorfoza staje się też pretekstem do pokazania zmian zachodzących wewnątrz samej Vivian, głęboko na poziomie jej tożsamości. Film przekształca baśniowy schemat Kopciuszka, przesuwając akcent z wybawienia przez księcia w stronę autonomii bohaterki. Prawdziwa przemiana dokonuje się tutaj nie w zmianie statusu społecznego, lecz w redefinicji siebie.

Film, wbrew opiniom krytyków, okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym. Przy stosunkowo niskim, jak na hollywoodzkie warunki, budżecie 14 mln $, zarobił na świecie 463 mln; w samych Stanach Zjednoczonych było to 180 milionów. W momencie premiery był jednym z najbardziej kasowych filmów wszech czasów i jednym z najbardziej dochodowych tytułów 1990 roku. Pozostał także najlepiej zarabiającą komedią romantyczną w historii kina.

Co porwało miliony widzów na całym świecie? Zapewne charyzma głównych postaci. Początkująca, choć mająca już na swoim koncie jedną nominację do Oscara, 22- latka, z czarującym uśmiechem, który stał się jej znakiem rozpoznawczym, burzą kasztanowych loków i młodzieńczą świeżością, była w roli Vivian na tyle autentyczna, że natychmiast udało jej się po raz kolejny wzbudzić sympatię i to nie tylko widzów. Rola w "Pretty woman" zaowocowała po raz kolejny uznaniem krytyków i drugą nominacją do Oscara, tym razem w kategorii "Najlepsza aktorka pierwszoplanowa".

Richard Gere początkowo nie chciał przyjąć roli, podobnie zresztą jak mające mu partnerować w pierwotnym zamyśle Michel Pfeifer, Daryl Hannah czy Meg Ryan. Znany już z "Amerykańskiego żigolaka" i mający ugruntowaną pozycję w filmowym światku aktor nie był zainteresowany główną rolą. Do czasu, aż poznał młodziutką Julię. To ona miała przekonać go do wspólnego projektu, co zrobiła z właściwym sobie wdziękiem. Chemia, która się między nimi pojawiła, była jednym z głównych atutów filmu, a gazety na całym świecie rozpisywały się o ich rzekomym romansie jeszcze długo po premierze. Dziś Gere wspomina: "Początkowo nie rozumiałem tej postaci. Nie wiedziałem, jak to zagrać, bo to był trochę nierealny świat. Ale wtedy zobaczyłem, że historia ma w sobie coś ponadczasowego marzenie o miłości i przemianie".  

Widzowie chcieli wierzyć w możliwość awansu społecznego. Zmęczeni codziennością z zachwytem obserwowali uniwersalną baśniową formułę. Opowieść o nadziei, przemianie i miłości, działała na publiczność niezależnie od wieku. Kultowy utwór Roya Orbisona "Oh, pretty woman" po dziś dzień jest chętnie grany przez stacje radiowe na całym świecie, a wykonywany przez szwedzki duet Roxette "It must have been love" z finałowej sceny, długo nie schodził ze szczytu list przebojów.

Było, minęło

Po latach aktorzy grający główne postaci nie mają wątpliwości, że film stanowi obraz swojej epoki i dziś zmierzenie się z rolami w takim kształcie byłoby raczej niemożliwe. "Nie mogłabym teraz wrócić do tej niewinności, którą miała wtedy Vivian. Czuję w sobie za dużo tego, co zebrało się przez lata... Remake byłby niemożliwy. Zmieniła się sama postać, zmienił się świat, zmienił się kontekst kulturowy. Nie mogłabym odtworzyć tego, co było wtedy" - powiedziała 58-letnia dziś Julia Roberts w wywiadzie dla "Deadline" pytana o potencjalny udział w projekcie po latach.

Richard Gere ma podobne zdanie. W rozmowie z reporterem "El Pais" mówił wprost: "Nie wiem, co teraz pomyślałabym o przedstawionej w nim dynamice władzy. Wiele zmieniło się w społeczeństwie i Hollywood na przestrzeni dekad. Być może są w nim aspekty, które nie zostałyby zrealizowane dokładnie tak samo. Filmy odzwierciedlają społeczeństwa danej epoki, a wszystko nieustannie się zmienia i jest poddawane ponownej ocenie.".

Po tym, jak w 2017 ruch #MeToo wstrząsnął fundamentami branży filmowej i stał się jednym z najważniejszych społecznych trzęsień ziemi minionych dekad, zmienił się także język, jakim zaczęto mówić o władzy i seksualności. Zmiany zaistniały nie tylko na planach filmowych, modyfikacji uległy też oczekiwania widzów. Dawniej twórcy upiększali, romantyzowali lub po prostu ignorowali nierówności i wykorzystywanie. Dziś po niemal dekadzie zmieniły się tak artystyczne środki wyrazu, jak i sposób opowiadania historii o molestowaniu i nadużyciach, po systemowe problemy patriarchatu, pokazując je nie jako kulisy dramatu, ale jako jego sedno. Podejmując kwestie przemocy i przewagi władzy w sposób bezkompromisowy, zmuszają widza do konfrontacji z realnymi mechanizmami opresji.

Dlatego też relacje, takie jak ta łącząca Vivian i Edwarda w "Pretty Woman", zyskują  inną perspektywę: to już nie tylko romantyczna opowieść, ale także punkt wyjścia do dyskusji o tym, jak przedstawia się władzę, zgodę i ekonomiczne nierówności na ekranie. Efekt #MeToo w kulturze to dziś także zmiana we wrażliwości widowni. Odbiorcy coraz częściej są skłonni zauważać i kwestionować dynamiki władzy, którym zarzuca się uprzedmiotowienie bohaterów, patriarchalne schematy czy stereotypowe podejście do ról społecznych.

Wydawałoby się, że historia pokazana w kultowej komedii romantycznej staje się raczej materiałem do reinterpretacji, a nie tylko nostalgii. Mój spacer śladami bohaterów popularnej komedii romantycznej zdaje się jednak przeczyć tej teorii. Pod butikiem Christiana Louboutina, gdzie Vivian kupiła ikoniczne szpilki, influencerki pozują ze zdjęciami kadrów z filmu, pod hotelem Beverly Wilshire, w którym kręcono większość scen, przechadzają się w kreacjach nawiązujących do kultowych stylizacji Julii Roberts.

W samym hotelu też można poczuć się jak Vivian i Edward. W specjalnym pakiecie przewidziano: zakwaterowanie w apartamencie prezydenckim, zwiedzanie butików na Rodeo Drive z osobistym stylistą, kolację w gwiazdkowej restauracji Wolfganga Pucka, masaż w SPA, aromaterapeutyczną kąpiel w apartamencie, lekcję etykiety kulinarnej i piknik z muzyką. Wszystko to za cenę małego mieszkania na polskiej prowincji. Dopisek "już od 100 tysięcy dolarów" sugeruje, że to tylko początek wydatków. Obsługa hotelu potwierdza, że chętnych na pakiet nie brakuje, choć podobno szczyt zainteresowania oferta ma już za sobą. Jak widać, mimo że historia Vivian i Edwarda, oglądana oczami współczesnego widza, staje się punktem wyjścia do rozmowy o władzy i stereotypach, wciąż trudno oprzeć się tak jej, jak i urokowi miejsc, które uczyniły tę opowieść legendą.