Nie było chyba w XXI wieku filmu, który rozemocjonowałby widzów do tego stopnia, co obecna już w kinach "Odyseja" Christophera Nolana. Powodów ku temu było kilka. Po pierwsze - utwór Homera sprzed 3000 lat to sztandarowe dzieło zachodniej kultury. Po drugie - świadomość, że jeśli ktoś może sprostać temu wyzwaniu, to właśnie twórca "Dunkierki". I wreszcie -może przede wszystkim - spór, jaki rozpalił internet, już w chwili ogłoszenia szczegółów obsadowych.
Mowa oczywiście o części skrajnie konserwatywnych widzów, dla których obsadzenie w roli Heleny Trojańskiej czarnoskórej piękności, Lupity Nyong'o, a rapera Travisa Scotta (też czarnoskórego) w roli greckiego poety, było "skandalem". Wojnę w sieci z tego powodu rozpętał miliarder Elon Musk, twierdząc, że "Nolan zbezcześcił Homera i zlekceważył fakty historyczne". Nie napisał, niestety, jakie fakty. Zapomniał, że mamy do czynienia z mitem, i z mityczną bohaterką. Afera o kolor skóry postaci mitologicznej, brzmi równie idiotyczne, co w przypadku histerii z powodu ciemnoskórej wokalistki Halle Baile w aktorskiej baśni Disneya "Mała syrenka".
W wywiadzie dla "The Time" Nolan tłumaczył swoje wybory, używając przywołanych tu argumentów. Podkreślał też, że w micie tożsamość rasowa ustępuje miejsca symbolicznemu znaczeniu postaci, zaś Nyong'o "wnosi na ekran kluczowe dla Heleny cechy: siłę i opanowanie". Wyjaśnił też, że raper jako poeta to odwołanie się do faktu, że nim Homer spisał "Odyseję", historia krążyła w formie ustnej. Analogicznie do rapu.
Na nic się to zdało. Nawoływanie do bojkotu filmu nie ustało. Oliwy do ognia dodał fakt, że rolę wojownika Sinona, Nolan powierzył transpłciowemu Elliotowi Page'owi. Do teorii o hańbie Musk dopisał "wokeizm" - ideologię narzucającą polityczną poprawność. Odbębniono klęskę filmu na długo przed premierą, zaś gdy trafił do kin, ruszył "review bombing". To masowe wystawianie najniższych ocen. (W Polsce było widoczne na filmwebie, gdzie przepaść między ocenami krytyków, a najniższymi części widzów była ogromna). Oceniający film na "1" chwalili się na forum, że go nie widzieli, ale wiedzą, "że to dno".
Ale po 3 dniach od premiery, oceny mocno wzrosły. Przez weekend film obejrzeli prawdziwi kinomani. Ich opinie są szczere. Na dziś 34 proc. to oceny "bardzo dobre" (8 gwiazdek), 21 proc. to "rewelacyjne" (9), a 11 proc. to "arcydzieło" (10 gwiazdek). Średnią wciąż "zaburza" 6 proc "1" oznaczających "nieporozumienie".
Jeśli jednak wejdziemy na największy portal filmowy świata - Imdb, średnia ocena wynosi 8,5. Spośród 25 mln obecnych w bazie filmów tylko niespełna 40 tytułów ma wyższą ocenę! Tym większy sukces reżysera. "Elon Musk i armia wojowników klawiatury próbowali skreślić 'Odyseję' przed jej premierą - ale to Nolan miał ostatnie słowo" - ocenia "The Independent".
W tym starciu zwycięzca bierze wszystko. Recenzje najważniejszych krytyków są w większości entuzjastyczne. Już w premierowy weekend zwrócił się gigantyczny budżet filmu sięgający 250 mln dolarów.
Czy Nolan pobije własny rekord? "Oppenheimer" zarobił prawie miliard dolarów, także mając kategorię "R".


Odyseusz, duchowy krewny Oppenheimera
Gdyby kierować się ocenami (większości) krytyków, należałoby uznać, że Nolan nakręcił kolejne arcydzieło. (Kolejne, bo taki status ma "Oppenheimer", poprzedni jego film, z czym w pełni się zgadzam). "Odyseja" na Metacritic ma 94 proc. entuzjastycznych oceny krytyków, a 6 proc. mieszanych. Negatywnych brak. Czy to najlepszy film Nolana?
W moim prywatnym rankingu "Oppenheimera" stawiam jednak oczko wyżej. Co nie znaczy, że nie doceniam "Odysei". Po seansie wyszłam z kina oszołomiona, z poczuciem, że… Odyseusz to duchowy krewniak Roberta Oppenheimera. To samo poczucie winy po traumie. Ten sam moralny kac po czynach, jakie były jego udziałem. Trudno z nim żyć. Dopiero później przeczytałam wywiad, w którym Nolan mówił wprost: "'Odyseja' to w pewnym sensie sequel 'Oppenheimera'". I tak właśnie się ją ogląda. Nolan uznał, że skonstruowanie bomby atomowej i budowa konia trojańskiego, który służył do wojennej rzezi, to równoważne, niewybaczalne zbrodnie.
Wydaje się, że odbiór tego filmu zależy od tego, czego od niego oczekiwaliśmy. Kto spodziewał się, że Nolan uraczy go baśniową opowieścią z solidną dawką magii z bogami rzucającymi klątwy - będzie zawiedziony. Tych ostatnich nie ma tu wcale. (Nie licząc Ateny (Zendaya), która okazuje się jednak wytworem jego udręczonej duszy i wyrzutem sumienia). Nolan zrezygnował z ich obecności, odrzucił też magię na rzecz realizmu psychologicznego i czysto ludzkiego dramatu. I ta decyzja się broni, nawet jeśli trudno nam wyobrazić sobie dzieło Homera bez bogów i magii. "Uczyń to realnym, a będzie brzmiało jak bajka" - tłumaczył swojej ekipie.
Bo dla Nolana prawdziwi bogowie i potwory, (choć te ostatnie są obecne w filmie), zawsze tkwią w ludzkim geniuszu i w ludzkich wyborach. Nie interesuje go fatum losu czy klątwa bogów - w "Odysei" mówi jasno: to my sami rządzimy swoim losem, od nikogo i od niczego nie zależąc. Zrzucanie winy na bogów w jego rozumieniu jest ucieczką przed odpowiedzialnością bohaterów.


"Absolutny tryumf Christophera Nolana"
Tak naprawdę trudno się dziwić, że Nolan przez pół życia myślał o przeniesieniu na ekran "Odysei". Dzieło Homera jest jednym z najwcześniejszych w historii literatury przykładów zastosowania nielinearnej narracji. Zamiast opisywać wydarzenia od początku do końca, epos zaczyna się w środku akcji - w dziesiątym roku po zakończeniu wojny trojańskiej, gdy bohater jest więziony na wyspie Kalipso.
Zabawa czasem i odejście od chronologii to z kolei znak rozpoznawczy całej twórczości Nolana. Pamiętajmy, że nim zaczął reżyserować, studiował (i ukończył) literaturę angielską. Już wtedy lubił oddawać się narracyjnym eksperymentom.
Choć Nolan siłą rzeczy z 600-stronicowego eposu musiał usunąć niektóre wątki i postacie - nawet trzy godziny to dla nich zbyt mało - to dość wierna adaptacja dzieła Homera. Z naciskiem na słowo adaptacja, która różni się od ekranizacji. Ta pierwsza daje reżyserowi prawo do nowego odczytywania tekstu, po to, by powiedzieć coś ważnego także współczesnym odbiorcom.I to się Nolanowi w stu procentach udaje. Homer jako wyraziciel naszych własnych lęków z dziełem sprzed 3000 lat sprawdził się znakomicie w reinterpretacji Nolana. Paralele do czasów obecnych są czytelne aż nadto, co najbardziej podoba się krytykom.
Cała histeria o Helenę (Lupita Nyong'o), którą rozpętał Musk, zasługuje na wyśmianie. U Homera jest to postać epizodyczna, u Nolana ma większą rolę, podwójną, ale wciąż to dalszy plan. Nie jest pięknością, o którą toczono wojnę: oszpecona za zdradę, nieszczęśliwa dziś Helena okazuje się tylko pretekstem do legendarnej wojny. Jej mąż śmieje się, że tak naprawdę chodziło o dostęp do szlaków handlowych. Nolan obsadził Lupitę także w roli siostry-bliźniaczki Heleny, Klitajmestry, morderczyni męża.
Aktorka wypada świetnie. Podobnie zresztą jak Elliot Page w roli Sinona, "dopisanego" do filmu, wziętego z "Eneidy" Wergiliusza, którego Odys poświęca, by fortel z koniem się udał.
Aktorskie kreacje w filmie zasługują zresztą na znacznie więcej miejsca, a nawet na osobny tekst. Z całą pewnością spora część obsady może spodziewać się oscarowych nominacji. Matt Damon nareszcie dostał rolę, w której mógł pokazać jak dojrzałym i charyzmatycznym jest aktorem. Jego mroczny Odys na długo po seansie zostaje z nami. Anne Hathaway również stworzyła najlepszą kreację w karierze - jej Penelopa ma znacznie większą siłę sprawczą niż ta w eposie. Wśród zalotników króluje obślizły i zdradliwy Antinousa (świetny Robert Pattinson), którego na pewno zauważy Akademia. Podobnie jak zachwycającą w roli czarodziejki Kirke - Samantha Morton, już namaszczona jako kandydatka w kategorii "najlepsza aktorka drugoplanowa". Scena , w której zamienia towarzyszy Odysa w świnie jest jedną z najwspanialszych w całym filmie i uwaga - przypomina prawdziwy "body-horror".
/FOT. Anne Hathaway i Tom Holland, zr.UIP/
"Odyseja" na współczesne czasy
Wydaje się, że fabułę "Odysei" lepiej lub gorzej, znają nawet ci, którzy Homera nie czytali. Podobnie jak w oryginale, filmowa akcja rozgrywa się 40 dni przed powrotem Odyseusza (Matt Damon) do Itaki, z wojny trojańskiej. Odyseusz od 10 lat tuła się po świecie, zaś w objęciach nimfy Kalipso, która karmi go kwiatami lotosu, zapomina o swojej przeszłości. Jednocześnie rozwijany jest wątek Penelopy (Anne Hathaway) i syna Telemacha (Tom Holland) czekających na jego powrót na Itace. Oblegana przez tłumy zalotników Penelopa wierzy w powrót męża, i wbrew namowom nie chce wyjść ponownie za mąż. Trzeci plan czasowy stanowią retrospekcje, dzięki którym poznajemy historię Odysa - od momentu wyruszenia na wojnę pod Troją, poprzez fortel genialnego wodza z koniem trojańskim. Sama wojna jest pokazana jako przeraźliwa rzeź, a nie heroiczny czyn wielkiego dowódcy.
I to jest główna różnica między oryginałem a filmem. Nolan nakręcił "Odyseję" na nasze czasy. Odnajdziemy tu sceny kojarzące się z piekłem w Strefie Gazy, ale także z wojną toczącą się za naszą granicą. Odyseusz nie jest tu - jak u Homera - herosem i zwycięzcą spod Troi, lecz straumatyzowanym wojownikiem, mającym świadomość, że wojna to czyste zło, a on dopuścił się potwornych czynów.
Przez cały film przewija się prawo Zeusa zwane ksenią, święte prawo gościnności, uznawane przez Greków za obowiązek wobec ludzi i bogów. Nakazuje ono traktować obcych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Także dlatego, że ten przebrany za żebraka może okazać się bogiem. W "Odysei" ten obywatelski obowiązek jest często ignorowany, co ma katastrofalne konsekwencje. "Ma on utrzymywać ludzi w ryzach" - mówi Nolan. "Interesowała mnie idea, że współzależność między ludźmi jest fundamentem, a być może definicją cywilizacji. Zarówno "Oppenheimer", jak i "Odyseja" pokazują nam, jak często jest to ignorowane, a co za tym idzie, jak krucha jest cywilizacja i jak łatwo może ulec zniszczeniu" - tłumaczy.
W najjaskrawszy sposób prawo Zeusa łamie sam Odyseusz - w fortelu z koniem trojańskim. To, że musi potem stawić czoła potworom to nie wola bogów, ale konsekwencje jego własnych czynów - zniszczenia wojenne i upadek moralny - dogoniły jego świat.
Bo w finale, gdy w końcu dociera do Itaki, do ukochanej Penelopy, i syna, którego zostawił niemowlęciem, nasz bohater postępuje inaczej niż u Homera. Tam po zabiciu zalotników w aureoli zwycięzcy zasiada na tronie. Tymczasem Nolan każe mu samemu wymierzyć sobie karę za uczynione zło.
I choć zakończenie wydaje się nader hollywoodzkie, wszystko tu działa i ma głęboki sens.


Wizualny majstersztyk i analogowe kino
O każdym filmie Nolana zwykliśmy mówić, że to wizualny majstersztyk, ale nakręcony z użyciem kamer IMAX-a na taśmie 70 mm obraz, przebija wszystko. To pierwszy taki film w historii. Szkoda tylko, że w Polsce nie ma kina w pełni dającego możliwość kunsztu jego operatora Hoyte van Hoytema.
Nolan konsekwentnie trzyma się "analogowego kina". Przez ten termin rozumiem reżyserski puryzm Nolana, który konsekwentnie rezygnuje niemal całkowicie z efektów komputerowych i z cyfryzacji na rzecz tradycyjnej taśmy światłoczułej .Niesamowita scenografia została tu w całości zbudowana, a nie wykreowana z pomocą efektów specjalnych. W wywiadach z twórcami można znaleźć opisy tego, w jaki sposób powstawały najbardziej spektakularne sceny. A te pojawiają się średnio co kilka minut.
"Chris ciągle używał słowa 'uziemiony'" - mówi Damon. - Chciał, żeby rzeczy były prawdziwe i namacalne. Chciał, żeby garderoby były pokryte warstwami brudu, żeby scenografia przypominała prawdziwe miejsca, w których ludzie mieszkają i pracują, żeby wydawała się realistyczna".
Realistyczny epos mitologiczny brzmi dość karkołomnie, ale nie w tym wydaniu. Najlepiej oddają obsesję Nolana sceny z potworami. Jak ta najbardziej niesamowita z Cyklopem - ludożerczym synem Posejdona, do której zbudowano 18-metrową kukłę, którą ożywiono wykorzystując lalkarstwo i animatronikę (animowany system elektroniczny),BY stworzyć jak najbardziej realistyczny efekt. Większość reżyserów zrobiłaby to z pomocą komputera - ale nie Nolan.
W rolę samego potwora wciela się Bill Irwin, którego doświadczenie w teatrze i przy choreografii pomogło stworzyć niepokojący spektakl. Według Matta Damona: "Bill wydawał głosy i dźwięki i był z nami przez cały czas". Wyjaśniając ideę stojącą za tą sekwencją, Nolan tłumaczył: "Cała sekwencja z Cyklopem ma na celu próbę wyobrażenia sobie: Jak to wyglądałoby w rzeczywistości? Nie chodzi o podejście z perspektywy baśniowej czy kreskówkowej, ale o prawdziwą próbę bycia tam z Odyseuszem i jego ludźmi. To przerażająca sytuacja". Kiedy Odyseusz wraz ze swoimi wojownikami wchodzą do jaskini cyklopa, znów przypomina to bardziej horror niż ekranizację antycznego eposu.
I wreszcie drażliwy temat. To, co wytykają Nolanowi filolodzy klasyczni, to kwestia języka, jakim posługują się bohaterowie. To bardzo współczesny angielski, z amerykańskim akcentem w dodatku. Gdy Telemach zamiast ojcze mówi "tato", faktycznie brzmi to dziwnie w zestawieniu z otoczeniem w jakim się znajduje i stroju, jaki nosi. Dążąc do znalezienia "języka, który ma dla ludzi znaczenie emocjonalne, a nie intelektualne", Nolan zdecydował się na użycie potocznej mowy, współczesnego dialogu podczas konstruowania scenariusza, zamiast sztucznie uwznioślonej mowy. "Może byłem naiwny, może mnie to dobić, ale zależało mi na prostej narracji. Dla mnie to było oczywiste"- wyjaśnia.
W tej kwestii pewnie zdania pozostaną podzielone.


"Całe życie kręcę tę sama opowieść"
Kinomani śledzący od lat twórczość Nolana bez trudu zauważą, że w jego kinie dominują stałe wątki. Nade wszystko wątek powrotu bohatera do miejsca, które nazywa domem. - Dopiero praca nad tym projektem uświadomiła mi, jak głęboko ten motyw był obecny w mojej twórczości - podkreśla reżyser.
Cobb ("Incepcja") jest dosłownym Odysem, którego Penelopa (Mal) zmarła, ale wciąż nawiedza go jako projekcja i więzi w świecie snów, nie pozwalając mu na fizyczny powrót do realnego domu i dzieci.
Podróż Odysa trwała dwadzieścia lat, a w domu czekał na niego syn, Telemach. Nolan przeniósł ten tragiczny koszt upływu czasu na relacje rodzicielskie także w "Interstellar": Cooper wyrusza w kosmiczną odyseję, gdzie czas płynie wolniej i traci młodość swojej córki. Podobnie jak w mitologii, ta podróż to desperacka próba ocalenia domu kosztem porzucenia najbliższych na lata. W "Dunkierce" bohaterem zbiorowym jest armia, dla której Itaką są widoczne na horyzoncie białe klify Dover. Cały film to minimalistyczna odyseja przetrwania, gdzie celem jest powrót przez morze. Nawet w kolejnych "Batmanach" pojawia się ten wątek.
Oczywiście w żadnym filmie nie występuję on w takim wymiarze jak w "Odysei", która przecież w całości opowiada o powrocie do domu. Reszta niejako "przydarza się w drodze". W języku greckim pojawia się słowo nostos, oznaczające powrót do domu, ale rozumiany nie tylko jako zakończenie podróży, lecz przede wszystkim jako proces odzyskiwania własnej tożsamości. W świecie Homera droga prowadzi bowiem nie tylko przez morza i wyspy, ale również przez pamięć, stratę i przemianę. I to akurat interesuje Nolana, bo odzwierciedla nasz świat. Nasz strach, że zdajemy się balansować na krawędzi ciemności. Nie dlatego, że bogowie tego chcieli, ale dlatego, że to my go zniszczyliśmy.
"Żyliśmy w świecie piękna, ślepi na nie, dopóki go nie zniszczyliśmy" - mówi Odyseusz do Penelopy, gdy dociera do niego, że nie ma już dawnej Itaki, z której wyjechał dawno temu. Zmieniła się, bo on się zmienił po tym, co uczynił w Troi. Pewnie dlatego Nolan raz po raz sugeruje nam, że jakby przeczuwając to, Odys przesadnie się do domu nie śpieszy…


Connor Heart z "The Wall Street Journal" napisał o Nolanie i ekipie jego filmu: "Po 3000 lat przekonali ludzi do tego, co nigdy nie udało się nauczycielom: by sięgnęli po 'Odyseję'" . Wykładowcy uniwersyteccy filologii klasycznej również donoszą, że ilość chętnych na zajęcia poświęcone Homerowi podwoiła się w ostatnim czasie.
I to jest wartość dodana świetnego filmu Christophera Nolana. Jego kolejne zwycięstwo.