Zanim jednak dotrzemy do Doliny Śmierci zatrzymujemy się w Rhyolite. Na początku zeszłego wieku wierzono, że stanie się ono najbogatszym miastem pustyni. Dziś po ambitnych planach zostały jedynie kamienne ruiny i przenikliwa cisza. Jason mówi, że to jedno z najlepiej zachowanych miast-widm amerykańskiego Zachodu i symbol gorączki złota, która potrafiła w kilka lat stworzyć metropolię, a potem równie szybko ją pogrzebać.


Gorączka złota i "Ostatnia Wieczerza"
Historia Rhyolite rozpoczęła się w 1904 roku, gdy w górach Bullfrog Hills odkryto złoto. W kilka lat na pustyni wyrosło nowoczesne miasto. Swoją nazwę zawdzięczało występującej tu skale wulkanicznej, riolitowi. Na początku XX wieku mieszkało tu między pięć a dziesięć tysięcy osób. Dziś hula tu tylko wiatr, kiedyś stała opera, działały trzy baseny, a w saloonach toczyło się życie towarzyskie.
Trzęsienie ziemi w San Francisco, a następnie kryzys finansowy z 1907 roku, odcięły inwestorów od kapitału. Kopalnie zaczęły upadać, a mieszkańcy wyjeżdżać, w 1920 roku zostało ich już tylko czternastu.
Jednym z najciekawszych budynków jest zachowany do dziś Tom Kelly Bottle House, dom zbudowany z ok. 50 tysięcy butelek po piwie i whisky. Ponieważ drewno było na pustyni towarem luksusowym, szkło stało się idealnym materiałem budowlanym. Większość butelek pochodziła z kilkudziesięciu saloonów działających w Rhyolite, a Kelly zebrał je w zaledwie kilka miesięcy. Co ciekawe, nie mył ich przed użyciem - woda na pustyni była zbyt cenna, by przeznaczać ją na czyszczenie szkła. Po ukończeniu budynku jego twórca nigdy w nim nie zamieszkał. Zamiast tego rozlosował dom na loterii, sprzedając losy po 5 dolarów. W 1925 roku budynek odrestaurowała wytwórnia Paramount Pictures, wykorzystując go jako plan filmowy.


Tuż obok ruin miasta znajduje się Goldwell Open Air Museum - park rzeźb założony przez belgijskich artystów. Najsłynniejsza instalacja Alberta Szukalskiego przedstawia naturalnej wielkości gipsowe postacie przypominające duchy, ustawione na wzór "Ostatniej Wieczerzy" Leonarda da Vinci. W miękkim świetle poranka wyglądają jak prawdziwe zjawy. Obok stoją m.in. "Ghost Rider", widmowy rowerzysta, monumentalna "Lady Desert" oraz metalowy pomnik odkrywcy złota Shorty'ego Harrisa w towarzystwie pingwina. To surrealistyczne zakończenie historii miasta, które jeszcze sto lat temu miało być symbolem luksusu i diamentem pustyni.
Pustynne życie
Wschodzące słońce łagodnie oświetla to osobliwe miejsce, a cisza dźwięczy w uszach, gdy Jason zaprasza mnie na śniadanie. Tak trafiam do miejsca o nazwie Stovepippe Wells. Położone na północy parku narodowego ma ponad stuletnią tradycję i najlepszą smażoną peklowaną wołowinę z ziemniakami, jaką zdarzyło mi się zjeść na amerykańskiej ziemi.
To tutaj słyszę historię żyjącego na tym terenie od tysiąca lat rdzennego ludu Szoszonów Timbisha, którego nazwa pochodzi od czerwonej ochry występującej w Górach Czarnych. Dolina Śmierci stała się pierwszym amerykańskim parkiem narodowym, na terenie którego oficjalnie ustanowiono rezerwat rdzennej społeczności. Od tego czasu przedstawiciele plemienia współpracują z National Park Service przy ochronie przyrody, edukacji odwiedzających i zachowaniu miejsc o znaczeniu kulturowym, a odwiedzających witają tablice z napisem: Ojczyzna Szoszonów Timbisha.
Zatrzymujemy się pod jedną z nich, żeby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Jason otwiera bagażnik Dodge'a i z podręcznej lodówki wyjmuje Coca-Colę. - Dobrze, że nie przyjechałaś tu w środku lata, bo wtedy temperatury powyżej 120 stopni (Fahrenheita, około 50 stopni Celsjusza - przyp. red.) są normą i trzeba wozić dużo wody. Jesteś z Europy, wy tam w ogóle macie jakąś obsesję na punkcie jej picia - mówi z przekąsem. - Ale teraz nie ma upałów możemy się zadowolić colą - śmieje się rzucając w moją stronę czerwoną puszkę z napojem.
Pół godziny później spacerujemy już po Mesquite Flat Sand Dunes. Dolina Śmierci leży na pustyni Mojave, ale to właśnie ta jej część jest jednym z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych miejsc. Wydmy są łatwo dostępne, a jednocześnie sprawiają wrażenie, jakby prowadziły do zupełnie innego świata. Jak wyjaśnia mój przewodnik, ich nazwa pochodzi od drzew jadłoszynów (ang. mesquite - przyp. red.), których powyginane pnie są efektem wieloletniej walki z nieustannie przemieszczającym się gorącym piaskiem. Dla rdzennych mieszkańców z plemienia Szosoznów Timbisha rośliny te miały ogromne znaczenie - ich bogate w białko strąki przez stulecia i były mielone na mąkę, która stanowiła jeden z podstawowych elementów diety.
O świcie i tuż przed zachodem słońca wydmy zamieniają się w unikalny spektakl za sprawą gry światła. Ostre grzbiety rzucają długie cienie, a piaszczysta powierzchnia mieni się odcieniami złota, pomarańczowego i różu. Podrzucam garść piasku - drobny pył podświetlany promieniami porannego słońca w obezwładniającej ciszy ma w sobie coś surrealistycznego, choć krajobraz po dłuższej chwili wydaje się nieco jałowy. Jason wyjaśnia, że życie toczy się tu głównie po zmroku. Wtedy na piasku pojawiają się ślady szczuroskoczków, lisów pustynnych i licznych owadów, a wprawne oko potrafi dostrzec także charakterystyczne zygzakowate tropy grzechotników rogatych. W nocy krajobraz zyskuje jeszcze jeden wymiar, Dolina Śmierci posiada status International Dark Sky Park, nocne niebo w tym rejonie należy do najciemniejszych i najbardziej spektakularnych w Stanach Zjednoczonych. W bezksiężycowe noce Droga Mleczna wydaje się tu niemal na wyciągnięcie ręki, o czym przyjdzie przekonać mi się kilkanaście godzin później.


Hollywoodzkie plenery
Mesquite Flat Sand Dunes zapisały się również w historii kina. Dolina Śmierci pomogła stworzyć pustynny świat, który znamy z pierwszych "Gwiezdnych wojen". To tutaj kręcono część scen przedstawiających planetę Tatooine. Na potrzeby filmu wykorzystano je w scenach wędrówki droidów C-3PO i R2-D2 przez bezkresną pustynię. Kilkadziesiąt lat później miejsce nadal przyciąga fanów sagi, którzy próbują odnaleźć kadry znane z kultowego filmu.
Dolina Śmierci stała się zresztą dla producentów z Hollywood naturalnym planem zdjęciowym, który przez ostatnie sto lat potrafił zagrać właściwie każdą historię. Pierwsze kamery pojawiły się tutaj już w epoce kina niemego. W 1924 roku Erich von Stroheim realizował sceny do legendarnej "Chciwości"; filmu, który do dziś uchodzi za jedno z największych osiągnięć w historii kina. Kilka lat później Dolina Śmierci została jednym z ulubionych plenerów twórców westernów. Nic nie oddawało lepiej samotności bohaterów niż bezkresne przestrzenie, spalone słońcem ścieżki i skalne ściany wyrastające z pustynnego krajobrazu. Tędy przed kamerą przejeżdżał John Wayne w "3 Godfathers", a Kirk Douglas maszerował po piasku podczas zdjęć do "Spartakusa", Marlon Brando wybrał ją natomiast jako lokalizację do swojego jedynego filmu reżyserskiego "One-Eyed Jacks".
Nie tylko George Lucas, także inni twórcy science fiction odnaleźli tu krajobrazy wyglądające jak powierzchnia obcej planety. Steven Spielberg wykorzystał pustynię podczas realizacji "Poszukiwaczy zaginionej Arki", surrealistyczne formacje skalne udawały też obce światy w filmach takich jak "Robinson Crusoe na Marsie", "Rocketship X-M" czy postapokaliptyczny "Cherry 2000". Kręcono tu także sceny do "Them", słynnego horroru o gigantycznych mrówkach.
Włoski reżyser i scenarzysta, Michelangelo Antonioni, rozsławił z kolei Zabriskie Point, czyniąc z niego jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli kontrkultury i kina lat 70. To właśnie po premierze jego filmu tysiące turystów zaczęły przyjeżdżać do punktu widokowego, który wcześniej był znany głównie geologom. Z kolei fani muzyki rockowej mogą odnaleźć dolinę w kadrach filmu biograficznego "The Doors" Olivera Stone'a. Młodsze pokolenia widzów kojarzą te rejony z dziesiątego sezonu "American Horror Story" oraz serii "Strefa mroku".
Mam wrażenie, że Jason jest w stanie jednym tchem wymienić niemal setkę filmów, które były tutaj nagrywane i opowiadać o nich co najmniej do zmroku, snując opowieści o ekipach filmowych, które pracowały w ekstremalnych warunkach na kompletnym pustkowiu. Sprzęt optyczny i taśmy podobno topiły się w upale, a operatorzy pracowali w grubych roboczych rękawicach, bo dotknięcie kamery groziło poparzeniem. Codziennością na planie były udary, a niektórzy twórcy wręcz cieszyli się, że spękane od upału i pragnienia usta bohaterów wyglądają realistycznie w pustynnych warunkach.
Manson i jego banda
To także tutaj rozegrała się jedna z najmroczniejszych historii amerykańskiej popkultury i raz jeszcze życie napisało gotowy scenariusz na film. Pod koniec 1968 roku Charles Manson i członkowie jego "Rodziny" ukryli się na Barker Ranch oraz sąsiednim Myers Ranch. Wierzyli, że właśnie tutaj przetrwają apokaliptyczną wojnę rasową, którą Manson nazywał "Helter Skelter". Według jego wizji pod pustynią miało istnieć legendarne podziemne miasto, z którego sekta wyjdzie po zagładzie, by przejąć władzę nad nowym światem.
Codzienność okazała się jednak znacznie bardziej przyziemna. Członkowie grupy kradli samochody terenowe, dewastowali park i podpalili buldożer należący do National Park Service. To właśnie te przestępstwa zwróciły uwagę policji. W październiku 1969 roku funkcjonariusze przeprowadzili nalot na Barker Ranch. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że trafili na najbardziej poszukiwaną sektę w Ameryce. Manson próbował ukryć się w niewielkiej szafce pod zlewem, ale został odnaleziony i aresztowany wraz z 25 członkami grupy.
Dopiero kilka tygodni później, dzięki zeznaniom Susan Atkins, śledczy powiązali "Rodzinę" z brutalnymi morderstwami, w tym zabójstwem Sharon Tate. Mroczna historia Barker Ranch i sekty Charlesa Mansona była tematem licznych dokumentów, takich jak nominowany do Oscara "Manson", oraz inspiracją dla wątków w filmie Quentina Tarantino"Pewnego razu w Hollywood".
Dziś po Barker Ranch pozostały jedynie fundamenty, główny budynek spłonął w 2009 roku, ale miejsce wciąż przyciąga tych, których fascynuje jedna z najczarniejszych historii amerykańskiej popkultury. - To trochę daleko, ale jeśli chcesz możemy tam pojechać - proponuje Jason. Widząc moje spojrzenie postanawia jednak skręcić w stronę najgorętszego miejsca na ziemi.
Kraina ekstremów
Wysiadamy w samym sercu Doliny Śmierci. To tutaj 10 lipca 1913 roku w miejscu zwanym Furnace Creek, odnotowano temperaturę 134°F (56,7°C). Przez lata ten wynik był uznawany przez Światową Organizację Meteorologiczną za najwyższą temperaturę powietrza kiedykolwiek zmierzoną na powierzchni Ziemi.
Rekord nie jest jednak wolny od kontrowersji. Klimatolodzy zwracają uwagę, że pomiar, wykonany przez obserwatora Oscara Dentona, może zawierać błędy. Wątpliwości budzi m.in. brak zgodności z danymi z pobliskich stacji meteorologicznych oraz nietypowy przebieg ówczesnych odczytów. Niektórzy badacze sugerują, że rzeczywista temperatura mogła być niższa. Mimo tych sporów rekord z 1913 roku przez dekady pozostawał symbolem ekstremalnego klimatu Doliny Śmierci.
Bardziej wiarygodne współczesne pomiary pochodzą z 16 sierpnia 2020 roku oraz 9 lipca 2021 roku, gdy w Furnace Creek termometry wskazały 130°F (54,4°C). To wartości, które pokazują, że dolina należy do najgorętszych miejsc na Ziemi.
Jeszcze bardziej niewiarygodny rekord dotyczy nie powietrza, ale samej powierzchni ziemi. 15 lipca 1972 roku zmierzono tutaj temperaturę gruntu wynoszącą 201°F (93,9°C). Był to pierwszy i jedyny potwierdzony przypadek naturalnego przekroczenia granicy 200°F na powierzchni Ziemi.
- Skąd się bierze takie piekielne gorąco? - pytam, Jason objaśnia obrazowo: - Dolina Śmierci leży głęboko między górami, a jej ciemna, pozbawiona roślinności powierzchnia szybko nagrzewa się od słońca. Gorące powietrze zostaje uwięzione między skalnymi ścianami, krąży w dolinie i zamiast uciekać, ponownie się ogrzewa. Działa po prostu jak wielki naturalny piec.
To nie koniec ekstremów, jedziemy pomiędzy surowymi krajobrazami pustyni Mojave mijając po drodze znaki ostrzegające przed wysokimi temperaturami, ryzykiem śmierci a także biegaczy trenujących do Badwater 135, jednego z najbardziej ekstremalnych ultramaratonów świata odbywającego się rok rocznie w lipcu. Trasa biegu liczy 217 km, czas na jej ukończenie to 48 godzin. Zawodnicy mierzą się nie tylko z ogromnym dystansem, ale także z temperaturami przekraczającymi 50°C, palącym słońcem i przewyższeniem ponad 4,5 tys. metrów. Równie ważna jak kondycja jest odporność psychiczna i umiejętność przetrwania w jednym z najbardziej niegościnnych miejsc na Ziemi.
- Biegacze startują tutaj - mówi Jason gdy parkujemy obok tabliczki mówiącej o tym, że znajdujemy się 282 stopy, czyli 85,5 metrów pod poziomem morza. To najniżej położony punkt Ameryki Północnej. Mój przewodnik zdradza jeszcze jedną tajemnicę - najniższy punkt nie znajduje się przy samej drodze, lecz kilka kilometrów na zachód i zmienia swoje położenie w zależności od ilości opadów oraz poziomu parowania wody. - Tam trudniej dotrzeć, więc umownie stoimy najniżej jak się da na tym kontynencie - mruga porozumiewawczo.
Badwater (Zła woda) swoją nazwę zawdzięcza jednemu z geodetów pracujących w Dolinie Śmierci. Mężczyzna podobno próbował napoić tam swoje zwierzę, ale muł odmówił picia ze względu na ogromne zasolenie wody. Dziś wiadomo, że tamtejsze pozostałości jeziora zawierają wodę nawet cztery razy bardziej słoną niż ocean, niemal w całości złożoną z soli kuchennej.
Choć miejsce wygląda jak martwa pustynia, żyje tu kilka wyjątkowych gatunków, m.in. endemiczny ślimak Badwater, którego nie można znaleźć nigdzie indziej na świecie. Charakterystyczne sześciokątne wzory na powierzchni solniska powstają dzięki cyklom parowania, zamarzania i wysychania.
- Większość czasu Badwater jest suchą równiną soli, ale po wyjątkowo intensywnych opadach potrafi zamienić się w jezioro, które dwa lata temu było na tyle głębokie, że pływałem po nim kajakiem - mówi Jason i pokazując mi zdjęcia tego osobliwego zjawiska na ekranie telefonu. Pierwsze kroki po Badwater są dziwnie niepewne. Biała skorupa pod stopami wygląda jak lód, ale zamiast chłodu daje tylko odbijające się od ziemi gorąco. Spacerujemy po solnisku, co rusz oślepiani słońcem odbijającym się od połaci soli, które pękają pod naciskiem butów. Jason zatrzymuje się i palcem wskazuje na jedno ze wzniesień. - Widzisz ten biały punkt? - pyta gdy mrużę oczy i wytężam wzrok. - Tam zaznaczony jest poziom morza, właściwie powinnaś teraz bulgotać - śmieje się gromko.
Chemiczne sploty i morze gwiazd
Gdy ruszamy krętą, jednokierunkową asfaltową drogą biegnącą przez labirynt kanionów Jason opowiada o swoich dzieciach - najstarsze bliźniaczki mają już ponad 40 lat, najmłodsza córka dopiero skończyła 11. Pomiędzy nimi jeszcze dziesięcioro pozostałych z trzynaściorga rodzeństwa. - Przywoziłem je tu po kolei - wspomina. Każde bez wyjątku lubiło najbardziej to miejsce - mówi, gdy wysiadamy w u podnóża gór, które wyglądają tak jakby ktoś rozlał na zboczach kolorowe farby. Skały mienią się w słońcu mozaiką odcieni: od delikatnego różu i głębokiego fioletu, przez jaskrawą żółć, aż po uderzającą zieleń. Jason tłumaczy, że ten surrealistyczny efekt to wynik procesów chemicznych zachodzących w bogatych w metale osadach wulkanicznych. Za róże i czerwienie odpowiada utlenianie się żelaza, fiolety to zasługa manganu, natomiast unikalna zieleń powstała dzięki obecności chlorytu. - Dzieciakom mówiłem, że był tu olbrzym, bawił się malował i nie posprzątał - mówi z uśmiechem dumnego ojca.
Kolejne kilometry i niekończące się zakręty, szutrowych i asfaltowych dróg wiodą nas poprzez kolejne punkty Doliny Śmierci. - Muszę pokazać ci jeszcze trochę zła - żartuje Jason parkując przy Zabriskie Point. Patrz to badlands (zła ziemia - przyp. red.) - mówi wskazując na pofalowane formacje skalne. - Miliony lat temu było tu jezioro, potem zostały po nim tylko osady, które skamieniały i oprócz tego, że kochają je geolodzy, jest to chyba jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w parku - mówi mój przewodnik.
Nieco egzotyczna nazwa tego miejsca pochodzi od Christiana Brevoorta Zabriskiego, prezesa Pacific Coast Borax Company, która na początku XX wieku eksploatowała w regionie złoża boraksu, którego wydobycie na masową skalę rozpoczęło się tutaj w latach 80. XIX wieku. Minerał, nazywany "białym złotem", przysłużył się budowie wielkich fortun i stał się legendą regionu za sprawą słynnych wozów transportowych ciągniętych przez zaprzęgi złożone z 18 mułów i 2 koni, które z kolei zostały symbolem pionierskich czasów. Z czasem wizerunek charakterystycznego zaprzęgu trafił na opakowania produktów 20 Mule Team Borax i stał się jedną z najbardziej znanych marek związanych z Dzikim Zachodem.
Tuż przed zachodem słońca, Jason kieruje jeszcze samochód krętą drogą w stronę Black Mountains. Naszym ostatnim celem jest Dante's View, najwyżej położony punkt widokowy w Dolinie Śmierci, na który można dotrzeć autem. Dopiero tutaj można ogarnąć wzrokiem skalę tego miejsca, od białych solnisk Badwater po odległe pasmo Panamint z wznoszącym się na ponad 3 300 m.n.p.m ośnieżonym szczytem Telescope Peak. Jemy kanapki, a Jason wskazuje palcem na zachód. - O tam mieszkam z tamtej strony - mówi. - Dlaczego wybrałeś takie odludzie? - pytam. - Wiesz, w tym kraju łatwo jest żyć poza systemem i jeśli tylko chcesz zniknąć, znikniesz. Ja trochę chciałem, a trochę musiałem - mówi, przełykając ostatni kęs bułki. - Jedźmy na dół, stamtąd lepiej będzie widać gwiazdy, znam świetny punkt obserwacyjny, mam nadzieję, że zobaczysz dziś piękną drogę mleczną. Nadzieja nie okazuje się płonna.
- Żegnaj, Dolino Śmierci! - mówię, gdy mijamy granicę parku narodowego. Te same słowa mieli wypowiedzieć pionierzy, którzy w 1849 roku, po miesiącach zmagań z pustynią, opuszczali tę niegościnną ziemię, nadając jej nazwę, która przetrwała do dziś.
Dwieście lat później Dolina Śmierci nadal pozostaje krainą skrajności. Jest jednocześnie jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi i przestrzenią pełną historii i krajobrazów, które z pozoru monotonne kryją w sobie bogactwo kolorów i form. Całkiem nieźle jak na przeklęte pustkowie, na którym nic nie ma.
