Wojciech Łobodziński: Jak izraelsko-amerykańska wojna z Iranem jest odbierana we Włoszech?
Elio Calcagno:- Naturalnie stało się to poważnym problemem dla rządu. Zarówno premier Giorgia Meloni, jak i Matteo Salvini — wicepremier, minister infrastruktury i transportu oraz lider kluczowego partnera koalicyjnego — zainwestowali znaczny kapitał polityczny w poparcie dla Trumpa i ruchu MAGA. W zamian zyskali istotne wsparcie ze strony mediów powiązanych z tym ruchem, od wiralowych nagrań wideo po strategiczne wzmacnianie zasięgów w mediach społecznościowych. Opozycja wykorzystała tę sytuację, przedstawiając zaangażowanie USA jako dowód na to, że rząd sprzymierzył się z "niewłaściwymi sojusznikami" — tymi, którzy destabilizują porządek światowy. Narracja ta jest szczególnie silna wśród ideologicznie pacyfistycznych odłamów opozycji, które tradycyjnie krytycznie odnoszą się do amerykańskiego interwencjonizmu na Bliskim Wschodzie. Gdy weźmie się pod uwagę wymiar izraelski, stawka polityczna staje się jeszcze wyższa.
Zatem reakcja rządu to klasyczne lawirowanie?
- Zadeklarowali oni — z różnym stopniem jasności — że postrzegają uderzenia USA i Izraela jako wykraczające "poza" ramy prawa międzynarodowego, jednak powstrzymują się od jednoznacznego określenia ich mianem "nielegalnych". Zamiast tego przedstawiają te działania jako produkt uboczny długofalowej erozji norm międzynarodowych, często wskazując rosyjską inwazję na Ukrainę jako główny katalizator.
Strategicznie starają się również uspokoić opinię publiczną, że Włochy nie są bezpośrednio zaangażowane. Pytany o to, czy bazy USA na włoskiej ziemi są wykorzystywane do tych operacji, rząd utrzymuje, że ich rola ogranicza się wyłącznie do logistyki. Twierdząc, że jakiekolwiek bezpośrednie loty bojowe z włoskich baz wymagałyby konsultacji parlamentarnych, skutecznie "gaszą pożar" — przynajmniej na razie.
Wydaje się, że radzą sobie ze skutkami tej sytuacji — jeśli nie wychodzą z niej w lepszym świetle, to przynajmniej zapobiegają dalszemu pogorszeniu swojej pozycji. Zobaczymy jednak, jak długo uda się utrzymać tę równowagę.
Warto również zauważyć, że Meloni skrytykowała niedawno atak na irańską szkołę, nazywając go wprost "masakrą". Rzymska korespondentka Polskiej Agencji Prasowej cytowała apel Meloni o ochronę cywilów, a przede wszystkim dzieci. Czy sugeruje to potencjalne pęknięcie na jej dotychczas niezachwianym poparciu dla Donalda Trumpa?
- Nie jest to całkowicie zaskakujące. Włoska polityka ma to do siebie, że gdy w grę wchodzą dzieci, szkoły lub cele cywilne, milczenie rządu staje się niemal niemożliwe. Podobny schemat widzieliśmy w przypadku izraelskich operacji w Gazie; wraz z przedłużaniem się konfliktu Meloni coraz głośniej mówiła o pilnej potrzebie znalezienia rozwiązania. W tym świetle jej ostatnie komentarze wpisują się w logiczną całość. Nie nazywałbym tego sygnałem zmiany o znaczeniu większym niż wewnętrzna rozgrywka polityczna.
Niezależnie jednak od kwestii humanitarnych, w regionie stacjonują wojska włoskie.
- Chodzi konkretnie o siły włoskie z bazą w Irbilu, które są właśnie relokowane. Istnieje wyraźna niechęć do tego, by stali się oni celami lub pretekstem do dalszej eskalacji. Wszyscy zachodni żołnierze w regionie, bez względu na narodowość, są obecnie coraz bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Włochy będą jednak starały się zapewnić pomoc wojskową krajom regionu zaatakowanym przez Iran w odpowiedzi na te działania.
Co to oznacza w praktyce?
- Ministerstwo Obrony potwierdziło, że kilka państw Zatoki Perskiej zwróciło się z prośbą o wsparcie w zakresie systemów obrony powietrznej, a konkretnie zestawów SAMP/T. Jednak zdolności operacyjne Włoch są ograniczone. Większość naszych sprawnych jednostek jest albo w trakcie konserwacji, albo stacjonuje na wschodniej flance NATO, zwłaszcza w Estonii. Raporty sugerują, że obecnie we Włoszech możemy mieć tylko dwa sprawne systemy. Wysyłka choćby jednej jednostki do Zatoki Perskiej znacząco osłabiłaby naszą krajową obronę powietrzną, która była nadwyrężona już przed wojną na Ukrainie, a następnie dodatkowo uszczuplona przez darowizny dla Kijowa. To wyjaśnia, dlaczego mimo próśb nie zapadła jeszcze żadna decyzja parlamentarna; biorąc pod uwagę obecne zasoby, rozmieszczenie tak rzadkiego sprzętu mogłoby być zbyt ryzykowne.
Naszym najbardziej realnym wkładem pozostaje flota marynarki wojennej. W ciągu ostatnich pięciu lat Włochy przodowały w Europie pod względem wprowadzania do służby nowych jednostek i teoretycznie dysponujemy zdolnością do wysyłania fregat, której brakuje obecnie większości naszych partnerów. Niemniej jednak nawet ta siła jest poddawana próbie.
Włoska marynarka wojenna wysłała już okręty na Cypr i Morze Czerwone w ramach operacji Aspides oraz do Rogu Afryki w ramach operacji Atalanta. Możliwe jest nawet wycofanie innych jednostek z pozostałych misji, aby wzmocnić obecność w szerzej pojętym basenie Morza Śródziemnego.
Choć na morzu jesteśmy w znacznie silniejszej pozycji niż w przypadku lądowej obrony powietrznej, ryzyko nadmiernego rozciągnięcia sił pozostaje realne.
USA nie powiadomiły swoich sojuszników przed atakiem na Iran, co w zasadzie naraziło na niebezpieczeństwo włoskich żołnierzy na miejscu oraz europejskie interesy gospodarcze. Stoimy teraz w obliczu potencjalnego globalnego kryzysu na rynkach paliw. Jak postawa USA została odebrana we Włoszech?
- Myślę, że niewiele jest rzeczy, które rząd USA mógłby zrobić, aby bardziej zrazić do siebie włoskie społeczeństwo niż to, co dzieje się obecnie. W przeszłości zawsze można było znaleźć niszowe grupy, które uzasadniały bardziej agresywną politykę, ale gdy zaczyna się realnie szkodzić gospodarce, nawet najzagorzalszym zwolennikom USA trudno jest bronić takich działań - i to nie licząc kwestii prawa międzynarodowego oraz rozważań dyplomatycznych.
Włoskie społeczeństwo pozostaje skrajnie podzielone w kwestii polityki zagranicznej i tego, jakie powinny być nasze interesy narodowe. Niemniej jednak niektóre sondaże pokazują, że większość opinii publicznej sprzeciwia się wojnie prowadzonej przez USA i Izrael. To prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego Meloni zachowuje tak dużą powściągliwość. Udowodniła, że potrafi trafnie odczytywać nastroje wyborców, a jej odmowa udzielenia pełnego, entuzjastycznego poparcia sugeruje, że znaczna część elektoratu — w tym wielu, którzy głosowali na ten rząd — jest co najmniej sceptyczna.
Włosi generalnie czują się niekomfortowo w obliczu wojny. Widzieliśmy to również w przypadku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Tym razem jednak rośnie poczucie, że USA — a konkretnie Trump — tracą kontrolę nad użyciem siły w celu osiągnięcia rzeczywistych celów strategicznych.
A czy ta sytuacja zmieni podejście Włoch do obronności w kontekście sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi? Wiele krajów europejskich debatuje obecnie nad sposobami "uniezależnienia się od USA" w kwestiach bezpieczeństwa — przyspieszają dyskusje o francuskim parasolu nuklearnym, rośnie też niepokój o przyszłość europejskich baz na Bliskim Wschodzie. Czy biorąc pod uwagę obecny chaos, we Włoszech toczy się poważna debata nad rewizją waszego zaangażowania w tym regionie?
- Zagadnienie to ma kilka warstw. Podczas gdy rząd próbował bagatelizować zmiany w polityce USA w ciągu ostatnich dwóch lat — często przedstawiając je jako zwykłą retorykę, która nie zmieni długoterminowych realiów — nastroje wśród decydentów sektora obronnego, sił zbrojnych i innych ośrodków władzy są zgoła inne. Nie ma już złudzeń: USA się wycofują. Czy nam się to podoba, czy nie, pozostawanie nadmiernie zależnym od Waszyngtonu jest coraz częściej postrzegane jako obciążenie, które naraża Włochy na polityczny "szantaż".
Widzieliśmy to niedawno w raportach o agresywnym lobbingu Białego Domu, nakłaniającym kraje europejskie do zakupu amerykańskiego sprzętu, nawet gdy te same narody są wzywane do zwiększenia autonomii. Włochy znajdują się w szczególnie trudnym położeniu, ponieważ nasz aparat obronny jest głęboko spleciony z USA i cieszy się szerszym dostępem do tamtejszego rynku niż większość partnerów z UE.
Choć ostatnie dane think tanku Bruegel pokazują, że Włochy i Niemcy nie importują amerykańskiej broni w tak ogromnej skali, jak Polska, która jest pod tym względem wyjątkiem, to systemy, które kupujemy — takie jak F-35 — są zaawansowane technologicznie i kluczowe dla naszego kompleksu militarnego.
Co więcej, należy wziąć pod uwagę masową obecność zarówno amerykańskich baz narodowych, jak i instalacji NATO na włoskiej ziemi. We Włoszech stacjonuje około 12 000 amerykańskich żołnierzy.
Tak, i ta zależność sprawia, że jakikolwiek "zwrot" jest wyjątkowo skomplikowany. Establishment jest obecnie pęknięty: ci, którzy historycznie najbardziej ufali USA, czują się teraz najbardziej zdradzeni i w niektórych przypadkach stali się najostrzejszymi krytykami administracji Trumpa. Tymczasem ci, którzy zawsze byli sceptyczni, przyjmują teraz postawę w duchu "a nie mówiliśmy".
Wyzwanie stojące przed Włochami różni się od tego, przed którym stoją kraje bałtyckie. Podczas gdy one polegają na USA jako na dosłownej tarczy przeciwko Rosji, więzi Włoch mają charakter bardziej historyczny i instytucjonalny. Nadal brakuje nam prawdziwej kultury strategicznej. W przeciwieństwie do Francji, która wypowiada się bez ogródek i bardzo jasno określa swoje interesy, Włochom tradycyjnie łatwiej było uzasadniać decyzje obronne jako część wysiłków wielostronnych, w tym na szczeblu NATO. Zmiana tego kursu teraz, pośród tak silnych podziałów wewnętrznych, będzie niezwykle trudna.
To prowadzi mnie do pytania o to, jak mechanizm SAFE jest postrzegany we Włoszech. Niedawno polski prezydent, Karol Nawrocki, zawetował go, a premier Donald Tusk zapowiedział plany obejścia tego weta poprzez działania rządowe. Biorąc pod uwagę, że prezydent Nawrocki jest bliskim sojusznikiem Giorgii Meloni, czy we Włoszech istnieje podobny sceptycyzm wobec SAFE?
- To nieco skomplikowane. Początkowo włoski rząd wydawał się dość sceptyczny wobec SAFE, gdy program ten ogłoszono po raz pierwszy, choć wynikało to być może bardziej ze sposobu, w jaki go zakomunikowano, niż z samej jego istoty.
Komisja, a konkretnie Ursula von der Leyen, używała bardzo odważnej retoryki o "gotowości do wojny". Jest to coś, wobec czego włoscy wyborcy są historycznie nieufni, zwłaszcza że we Włoszech występuje znaczna ilość dezinformacji zbliżonej do narracji rosyjskiej — zarówno na skrajnej lewicy, jak i na skrajnej prawicy — głoszącej, że UE i NATO aktywnie dążą do konfliktu z Rosją.
Początkowa defensywna postawa rządu wynikała również z czegoś, co wielu postrzegało jako "sztuczkę komunikacyjną" dotyczącą finansowania.
To znaczy?
- Chociaż mówiło się o zastrzyku 800 miliardów euro na obronność, bardzo niewiele z tej kwoty faktycznie pochodziło z budżetu UE. Liczbę tę uzyskano, sugerując, że jeśli państwa członkowskie zwiększą własne wydatki o 1,5% PKB, da to łącznie 650 miliardów w ciągu czterech lat, co po dodaniu do 150 miliardów pożyczek wspieranych przez UE na pilne zakupy, pozwoliłoby osiągnąć próg 800 miliardów. Krytycy we Włoszech często przedstawiali to jako "zabieranie" przez UE 800 miliardów z kieszeni podatników, co zmuszało rząd do przyjęcia roli defensywnej w celu ochrony własnej pozycji politycznej.
Jednak w klasycznym pokazie włoskiej dwuznaczności, tuż przed upływem terminu Włochy ostatecznie wystąpiły o około 14 lub 15 miliardów euro pożyczek z mechanizmu SAFE. Mimo publicznego sceptycyzmu, siły zbrojne i przemysł obronny desperacko potrzebują dostępu do tych unijnych zachęt i możliwości finansowania. Włochy wciąż cierpią z powodu skutków ogromnych cięć budżetowych po zimnej wojnie oraz stagnacji gospodarczej. Byłbym bardzo zaskoczony, gdyby rząd porzucił SAFE, niezależnie od tego, co wydarzy się w Polsce. Te pieniądze i tak musimy pożyczyć, a zrobienie tego w ramach mechanizmu SAFE jest znacznie wygodniejsze ze względu na korzystne stopy procentowe w porównaniu z pożyczkami krajowymi.
Patrząc na to, jak przebiega konflikt między Iranem, Izraelem a USA, czy wierzy pan, że Europa ma zdolność do samoobrony? Jeśli rozważymy scenariusz, w którym Rosja używa dronów lub prowadzi operacje o niskiej intensywności w przestrzeni powietrznej państw bałtyckich lub Polski, czy naprawdę jesteśmy na to przygotowani?
- Wierzę, że mamy zdolność do obrony, ale to, czy możemy to robić na dużą skalę i przez dłuższy czas, jest znacznie bardziej wątpliwe. Kiedy rosyjskie drony naruszyły niedawno polską przestrzeń powietrzną, NATO zdołało przechwycić niektóre z nich, ale wymagało to użycia zaawansowanych środków — systemów Patriot lub myśliwców. W wielu przypadkach te drony nie zostały nawet zestrzelone; po prostu rozbiły się w szczerym polu. To uwypukla krytyczną lukę: wciąż brakuje nam skalowalnych, tańszych systemów obrony powietrznej, niezbędnych do skutecznego przeciwdziałania tego typu zagrożeniom.
W tych kalkulacjach kosztów i korzyści często pojawia się błędne przekonanie. Ludzie pytają: "Jak możemy uzasadnić użycie pocisku za 3 miliony dolarów do przechwycenia drona za 200 000 dolarów?". Twierdzą, że to nieekonomiczne. Ale prawdziwym problemem nie jest koszt pocisku; jest nim wartość tego, czego bronisz — czy jest to centrum cywilne, węzeł logistyczny, czy elektrownia jądrowa.
Choć od czasu inwazji na Ukrainę mentalność w Europie uległa zmianie — i istnieje obecnie większa akceptacja dla faktu, że użycie drogich systemów może być konieczne — brutalna rzeczywistość jest taka, że nasze zapasy tych zaawansowanych pocisków przechwytujących są niebezpiecznie niskie. Co więcej, nie wdrożyliśmy jeszcze w wystarczającej liczbie skalowalnego, ekonomicznego rozwiązania. Istnieją obiecujące projekty firm europejskich, ukraińskich i amerykańskich, takie jak drony przechwytujące czy tańsze, specjalistyczne pociski zaprojektowane do wystrzeliwania z samolotów konkretnie w stronę wolno poruszających się dronów, ale nie są one jeszcze powszechną rzeczywistością w europejskich magazynach.
Europa boryka się obecnie z ogromną liczbą pilnych luk w zdolnościach operacyjnych i choć obrona powietrzna jest priorytetem, stale rywalizuje ona o zasoby z innymi krytycznymi potrzebami. Krótka odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie jesteśmy przygotowani na taką intensywność działań, jaką widzimy w Zatoce Perskiej. Poza sprzętem wojskowym pozostaje jeszcze kwestia odporności cywilnej: czy nasze społeczeństwa są gotowe znosić codzienne ataki rakietowe i dronowe o niskiej intensywności przez całe tygodnie? To pytanie, na które większość rządów ma nadzieję nigdy nie musieć odpowiadać.
Elio Calcagno jest pracownikiem naukowym w programie Obrona, Bezpieczeństwo i Przestrzeń Kosmiczna w Instytucie Spraw Międzynarodowych (IAI), gdzie koncentruje się na przemysłowych, strategicznych, operacyjnych i politycznych aspektach obronności na poziomie krajowym, europejskim oraz NATO. Na przestrzeni lat zgłębiał różnorodne zagadnienia we wszystkich domenach operacyjnych: od morskich systemów walki i środowiska podwodnego, przez artylerię w konfliktach o wysokiej intensywności i samoloty bojowe szóstej generacji, aż po cyberzagrożenia dla infrastruktury kosmicznej. Wcześniej pracował w Brukseli w International Crisis Group, Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych (ESDZ) oraz w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ukończył historię na University of Worcester, następnie uzyskał stopień magistra stosunków międzynarodowych na University of Nottingham oraz drugi stopień magistra w zakresie zarządzania konfliktami i praw człowieka w Scuola Superiore Sant’Anna. Pełni funkcję profesora wizytującego w Centrum Morskich Studiów Wojskowych Marynarki Wojennej.