Reklama

Według mitologii greckiej, awantury na temat piękna nieobce były nawet boginiom, a najpiękniejsza kobieta świata stała się przyczyną krwawej wojny, która w rezultacie doprowadziła do upadku Troi.

Platon uważał piękno za najwyższą wartość, Artystoteles utożsamiał je z harmonią i ładem, Tomasz z Akwinu uznał piękno za jedno z transcendentaliów, podstawowych cech bytu. Księgarnie, biblioteki i strony internetowe usiane są poradami z gatunku: jak pięknie żyć, a Meghan Markle nakręciła na ten temat 16 odcinków dla Netfliksa plus specjalny, z okazji świąt.

Reklama

Nie jest to idea nowa, bo ludziom na przestrzeni tysiącleci przychodziły do głowy takie metody dążenia do piękna, że współczesnych groza ogarnia. Można było za nie zapłacić zdrowiem, a nawet życiem, a chętnych i tak nie brakowało.

W marcu 1782 roku we Francji ukazała się powieść Pierre’a Choderlosa de Laclos "Niebezpieczne związki". Jej bohaterowie: markiza de Mertauil i wicehrabia de Valmont knuli dworskie intrygi, które wyrządzały ludziom krzywdę. W tle czaiły się inne niebezpieczne związki, które w tamtych czasach krzywdziły fizycznie.  Jak pisze brytyjska badaczka Sally Pointer w książce "Urodowe sztuczki: historia perfum i kosmetyków": "Historia piękna jest historią chemii. A chemia przez wieki bywała niebezpiecznym eksperymentem na żywym organizmie".

Fizyczna atrakcyjność zawsze była utożsamiana z dobrymi genami i zdrowiem. I rzeczywiście, żeby sprostać kanonom piękna przeszłych epok, trzeba było dysponować naprawdę żelaznym. Nie każdemu udawało się przetrwać upiększające zabiegi, które przed wiekami były elementem podstawowej higieny, a dziś mrożą krew w żyłach.

Piękno w oku patrzącego. I alchemików

Historia śmiercionośnego piękna sięga starożytności. W ówczesnych imperiach: Egipcie, Grecji i Rzymie za oznakę statusu uchodziła jasna, alabastrowa cera. Arystokraci akcentowali swoją przynależność do wysokiej kasty stosując cerusyt - zawiesinę ołowiu w occie. Substancja faktycznie rozjaśniała skórę, jednocześnie zatruwając organizm, ale kto by na to zwracał uwagę, skoro specyfik działał.

Nawet gdy modnisiom wypadały zęby, strajkowały nerki, a paraliż obejmował kolejne części ciała, nikt nie kojarzył związku przyczynowo-skutkowego. Do tej pory historycy są pewni, że większość ówczesnych ofiar mody zmarło w cierpieniach, nie mając pojęcia, że same się tak urządziły.

Pragnienie piękna było tak silne, że nie pomogło trzeźwe spojrzenie z zewnątrz. Piliniusz Starszy w jednym ze swoich listów pisał: "Kobiety zatruwają swe twarze i ciała, z próżności".

Paradoks polegał na tym, że kiedy ołów zaczynał niszczyć skórę, na której pojawiały się rany, przebarwienia, chorzy nakładali jeszcze więcej kosmetyku, by ukryć efekty. Spiralę toksycznego piękna kończyła dopiero śmierć.

Cera to jedno, ważne było też, zresztą jak i teraz, magnetyzujące spojrzenie. Kohl jest kosmetykiem, który przetrwał do współczesnych czasów. Warto pamiętać, jakie miał początki. Jego korzenie sięgają starożytnego Egiptu. Był wtedy wytwarzany z antymonu, siarczku ołowiu i pyłów mineralnych. Miał chronić przed "złym okiem" i infekcjami, lecz przy długotrwałym stosowaniu prowadził do uszkodzeń nerwów wzrokowych i przewlekłych zatruć metalami ciężkimi.

Badania opublikowane w "Nature Chemistry" potwierdziły, że regularne używanie kohlu w jego pierwotnej formule mogło prowadzić do uszkodzeń nerwów wzrokowych. A jednak używano go przez ponad cztery tysiące lat.

Porcelanowe twarze Renesansu

Upadek Cesarstwa Rzymskiego narobił arystokratom kłopotu. Dawny, czytelny system kastowy, ze swoimi zewnętrznymi atrybutami, do których wszyscy zdążyli się przyzwyczaić, runął i trzeba było podjąć nowe wysiłki, by zaakcentować swój status.

Włoskie patrycjuszki obsesyjnie smarowały twarze bielą wenecką - mieszanką kredy i ołowiu o gładkiej konsystencji. Efektem była porcelanowa, niemal elfia skóra. Z tamtych czasów zachował się list pewnej weneckiej fashionistki, napisany w 1585 roku:

"Urodę kupuje się dzisiaj jak suknie, a cena, jak słyszę, może być wysoka".

Już nawet renesansowi lekarze, jak Gabriele Falloppio, ostrzegali, że biel wenecka niszczy tkanki skóry, uszkadza nerwy i prowadzi do "chorób melancholijnych". Współcześnie nazwalibyśmy je przewlekłym zatruciem metalami ciężkimi. Efekt wizualny był jednak tak pożądany, że kobiety nie rezygnowały z kosmetyku nawet wtedy, gdy skóra zaczynała pękać i ropieć. Po prostu poprawiały ją kolejną warstwą bieli.

Jednak świat włoskich patrycjuszek i ich porcelanowych twarzy był jedynie wstępem do kolejnego etapu historii niebezpiecznego piękna. 

Toksyczny dress code królowej Elżbiety I

Gdyby ktoś zaproponował współczesnym kobietom, by wyrwały sobie wszystkie włosy znad czoła, tak, by ich linia zaczynała się w połowie głowy, zapewne nie spotkałby się ze zrozumieniem. A dla dam z epoki elżbietańskiej alabastrowe czoło sięgające ciemienia uchodziło za ideał piękna. Teraz wiemy, że ówczesna influencerka, królowa Elżbieta I Tudor wypromowała tę fryzurę nie z kaprysu, tylko z konieczności, gdy skutkiem ospy, przebytej w wieku 29 lat, okazały się nie tylko blizny na twarzy, lecz także łysienie. 

Kiedy szlakami kupieckimi biel ołowiowa trafiła do Anglii, monarchini uczyniła z niej fundament dworskiej etykiety. Jej słynna "maska młodości" - mieszanka cerusytu i octu, przez dziesięciolecia stanowiła nieformalny dress code, którego przestrzegano równie rygorystycznie jak protokołu dyplomatycznego. Elżbieta I była władczynią absolutną, nikt nie odważył się jej sprzeciwić.

W XVI i XVII wieku Europa stawała się, jak na owe czasy, coraz bardziej zglobalizowana. Handel kolonialny oferował nie tylko przyprawy i tkaniny, ale też nowe substancje kosmetyczne: talk z Turcji, cynober z Almerii, antymon z Anatolii. W miastach kupieckich — od Amsterdamu po Lyon — rosły pierwsze pracownie kosmetyczne, których właściciele i pracownicy eksperymentowali na sobie. Jednocześnie  zmieniała się europejska kultura dworska. Wraz z umocnieniem monarchii absolutnych piękno stawało się coraz bardziej polityczne, a zarazem teatralne.

Wersal: rewia trującego piękna

Dwory hiszpańskie i austriackie preferowały bladość wręcz chorobliwą, angielski barok — surowość, ale dopiero Francja wyniosła kosmetykę na poziom, który współcześnie wzbudza jednocześnie zachwyt i przerażenie.

Jak pisze francuski badacz, Georges Vigarello w "Historii piękna, ciała i sztuki zdobienia od renesansu do dnia dzisiejszego":

"Od połowy XVII wieku piękno stało się obowiązkiem, a nie gustem. Twarz była dokumentem społecznym, a kosmetyk — podpisem".

Wraz z początkiem panowania Króla Słońce, człowieka o problematycznej cerze, makijaż przestał być atrybutem kobiecym, a stał się rytuałem życia dworskiego. Właśnie ta tradycja, trwająca nieprzerwanie przez kolejne stulecia, doprowadziła do kulminacji w XVIII wieku.

Toksyczny emocjonalnie świat markizy de Merteuil i wicehrabiego de Valmont znalazł idealne tło: utkane z jedwabiu, ołowiu i perfum, w czasach, gdy od smugi na pudrze czy potarganej peruki mogła zależeć reputacja. Jak pisała markiza de Merteuil w jednym z listów: "Cała nasza cywilizacja jest sztuką maskowania". 

Muszki, peruki, arszenik: arystokraci na wojnie z naturą

Ze źródeł, analizujących warunki higieniczne, panujące w ówczesnym centrum świata, czyli Wersalu, wiemy, że współczesny człowiek nie wytrzymałby tam pięciu minut, głównie z powodu woni. Wszechobecne wachlarze, uważane za symbol tajemniczości i atrybut flirtu, służyły do maskowania braków w uzębieniu i przykrego zapachu.

Muszki, małe aksamitne pieprzyki, uchodzące za uroczy detal, a obecnie powracające w postaci naklejek, też miały swoje zadanie. Jak tłumaczy Anna Marie Roos w opracowaniu "Estetyczna trucizna":

"Muszka była po prostu plastrem, tyle że ładniejszym. W epoce, gdy skóra była polem bitwy między ospą, syfilisem a ołowiem, nie sposób było jej nie używać."

Peruki, duma dworów angielskich i francuskich, były arcydziełem charakteryzacji i biologiczną katastrofą. Pudrowano je mieszaniną skrobi, talku i tlenku ołowiu, tworząc chmurę, która drażniła oczy, płuca i skórę, a w samej peruce toczyło się burzliwe życie. Jak pisze Kate Lister w książce "A Curious History":

"Peruka XVIII wieku potrafiła żyć. Nie w sensie metaforycznym, lecz dosłownym. Wszawica nie była incydentem, lecz normą".

Nietrudno to zrozumieć, biorąc pod uwagę, że w XVIII wieku regularne mycie uchodziło za niebezpieczne dla zdrowia. Kąpiel w arszeniku uchodziła za tak skuteczną, że można było ją stosować raz na kilka tygodni. To, że arszenik wysuszał skórę i powodował pękanie naskórka, uważano za dowód, że dobrze myje. O tym, że wnikając przez skórę, niszczy organizm od środka, nikt wtedy nie wiedział.

Ironia tamtych czasów polegała na tym, że właśnie ci, którzy obsesyjnie dbali o wygląd, niszczyli swoje ciała najszybciej i najskuteczniej. Literaturoznawczyni, Terry Castle, badając kulturę francuskiego oświecenia, zauważa w książce "Maskarada i cywilizacja":

"Społeczeństwo XVIII wieku żyło w ciągłym spektaklu. Ciała były kostiumami, twarze — scenografią. Prawdziwe życie toczyło się pod warstwą pudru."

Wyboista droga do ciałopozytywności

Zanim zrozumieliśmy, że ciało jest naszym domem i powinniśmy o nie dbać, zanim pojawił się trend body positive, sporo się wydarzyło.

Nawet XIX wiek, choć miał już świadomość ryzyka, nie zrezygnował z niego w pełni, tylko zmienił dekoracje. W epoce wiktoriańskiej oficjalnie potępiano makijaż jako coś niemoralnego, zarezerwowanego dla aktorek i kobiet z półświatka. Szanująca się dama miała wyglądać naturalnie. Tyle że ta "naturalność" była starannie wyreżyserowana. Zamiast bieli ołowiowej pojawiły się pudry, a kosmetologią rządził arszenik. 

W aptekach i drogeriach można było kupić specjalne pastylki, które miały wybielać skórę od środka, nadając jej mleczny blask. W praktyce wywoływały anemię, zaburzenia rytmu serca a, w najlepszym razie, permanentne zmęczenie.

Jednocześnie to właśnie w XIX wieku zaczęła się rodzić nowoczesna higiena. Budowano kanalizacje, pojawiały się, po raz pierwszy od czasów rzymskich, miejskie łaźnie, mycie przestało być luksusem zarezerwowanym dla elity. W 1861 roku w Anglii sprzedano pierwsze mydło reklamowane jako "środek zdrowia narodowego", a nie tylko kosmetyk. Lekarze przekonywali, że czyste ciało zmniejsza ryzyko chorób zakaźnych.

Wiktoriańska moralność wprawdzie deformowała kobiece ciała gorsetami, ale jednocześnie otwierała drogę nowemu przekazowi urody, łączącemu dobre wychowanie i czystość moralną ze schludnym wyglądem. Pogoń za pięknem stała się obowiązkiem.

Na przełomie XIX i XX wieku do gry wkroczyła siła, która ostatecznie zmieniła reguły - przemysł. Fabryki, które wcześniej produkowały mydło, perfumy i pudry na skalę lokalną, zaczęły działać globalnie. Reklamy w gazetach i później w kinach obiecywały: z tubki, słoiczka i flakonika już nie tylko gładką skórę, ale też lepsze życie.

Makijeż ostatecznie został zdemokratyzowany. Dla kobiet wszystkich warstw społecznych szminka i pomalowane paznokcie stały się symbolem pewności siebie. Przemysł beauty okazał się jednym z najszybciej rosnących sektorów konsumpcji. Kremy, toniki, maseczki, zabiegi mniej lub bardziej inwazyjne zaczęły tworzyć gęstą sieć obietnic: życia bez starzenia, skóry bez porów, twarzy bez zmarszczek. Branża urodowa stała się globalną maszyną, napędzającą konsumpcję, od drogeryjnych marek po luksusowe domy mody, od gabinetów medycyny estetycznej po influencerów wciskających kolejne "must have" w postaci masażerów, masek ledowych, wybielaczy do zębów, suplementów...

Historia zatoczyła koło: dawne upiększacze niszczyły ciało, współczesne celują w psychikę. Gdyby dziś Choderlos de Laclos pisał "Niebezpieczne związki", jego bohaterowie nie knuliby intryg pisząc listy przy świecach, tylko prywatne wiadomości na komunikatorach. Zamiast wachlarza mieliby smartfon, zamiast bieli ołowianej - filtr wygładzający, zamiast peruki - fryzurę z tutoriala.

Niebezpieczne związki bywają nie tylko chemiczne. Czasem toksyczny bywa skład kosmetyku, a czasem obawa, że bez niego nie będziemy wystarczająco piękni. I to być może jest największe zagrożenie w całej historii urody: nieustające przekonanie, że nasze ciało jest projektem do ciągłej poprawy.