Biskup tarnowski Andrzej Jeż zasiadł na ławie oskarżonych w związku ze sprawą dotyczącą zgłoszenia przestępstw wobec osób małoletnich poniżej 15. roku życia. Pierwsza rozprawa odbyła się 18 lutego, podczas której zeznania złożył ordynariusz tarnowski, 2 marca sąd przesłuchał byłego delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży w diecezji tarnowskiej ks. Roberta Kantora, w czwartek kolejnych świadków, m.in. byłego biskupa tarnowskiego, dziś arcybiskupa seniora Wiktora Skworca i pokrzywdzonego mężczyznę.
Jak to się stało, że kościelny hierarcha zasiadł na ławie oskarżonych w procesie karnym? Prokuratura zarzuca biskupowi Jeżowi, że nie powiadomił on niezwłocznie organów ścigania o wykorzystywaniu seksualnym małoletnich poniżej 15. roku życia przez dwóch podległych mu kapłanów - księdza Stanisława P. i księdza Tomasza K., mimo że miał wiarygodną wiadomość na ten temat.
Chodzi o przestępstwo z art. 240 Kodeksu karnego, tzw. obowiązek denuncjacji. Za złamanie tego przepisu grozi kara do trzech lat więzienia. W artykule 240 wymieniono cały szereg przestępstw, o jakich pod groźbą kary należy zawiadamiać organy ściągania. Od 23 marca 2017 roku do tego katalogu dołączono wykorzystanie seksualne małoletniego. Wcześniej również w świetle prawa należało zawiadamiać o tym przestępstwie (ściganym z urzędu), był to jednak tzw. "obowiązek społeczny", za niedopełnienie którego nie była przewidziana kara.
Paradoksalnie za gorliwość jestem oskarżony - mówił w sądzie biskup Jeż, podkreślając, że zawiadomienia zostały złożone.
Ale nie niezwłocznie - wskazywała prokuratura. Według prokuratora Marcina Stępnia zwłoka biskupa Jeża w złożeniu zawiadomienia pozbawiła 23 osoby pokrzywdzone przez księży możliwości dociekania przed sądem sprawiedliwości i ścigania ich oprawców.
Biskup Andrzej Jeż nie przyznaje się do winy. Podczas pierwszej rozprawy w sądzie złożył obszerne wyjaśnienia, na kolejne nie przyszedł.
Przed sądem ordynariusz tarnowski mówił między innymi o tym, że podlega on dwóm porządkom prawnym - prawu kościelnemu oraz cywilnemu, a po uwiarygodnieniu informacji przed sądem kanonicznym zgłaszał sprawy organom ścigania. Zasłaniał się też niewiedzą i wskazywał, że nie od razu znał przepis, na podstawie którego miał zgłosić sprawy dwóch księży. Jak wskazał, interpretacja przepisu z 2017 roku początkowo była niejasna, związku z czym Konferencja Episkopatu Polski wydała w 2019 roku wytyczne, w których podkreśliła, że artykuł 240 kodeksu karnego obowiązuje każdego duchownego.
Obrońca biskupa prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości i prokurator generalny, sprawę swojego klienta ocenił słowami: "mamy tutaj do czynienia ze swego rodzaju sytuacją kozła ofiarnego".
Nad argumentacją obrony można dyskutować i zastanawiać się na przykład, na ile poważne jest zasłanianie się nieznajomością prawa, ale ostateczną ocenę i tak wyda sąd. Niemniej proces biskupa Andrzeja Jeża pokazuje też pewne zjawisko warte opisania.
Zwraca na nie uwagę Michał Królikowski, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor prawa karnego na Uniwersytecie Warszawskim.
- Z pewnością wyjątkowe jest to, co swoimi wyjaśnieniami ujawnia biskup Andrzej Jeż. Mianowicie stawia się w sytuacji, w której on widzi konflikt pomiędzy swoimi zobowiązaniami w świetle prawa kanonicznego i prawa powszechnego, uważając te pierwsze za bardziej istotne. Niezależnie od oceny spójności czy słuszności argumentacji ordynariusza tarnowskiego, na uwagę zasługuje sam fakt myślenia, że prawo kanoniczne nakłada na niego określone obowiązki, które powodują, że modyfikacji ulegają obowiązki według prawa powszechnego, czyli mówiąc wprost: że jego pozycja nie jest równa innym obywatelom w państwie - mówi w rozmowie z Interią. I podkreśla: - To myślenie błędne.
Jednak nie odosobnione.
- Wydaje mi się, że tu mamy do czynienia z szerszym zjawiskiem wśród biskupów w Polsce, u których - choć nie wszystkich - obserwuję pewien kłopot z prowadzeniem tego typu spraw, od emocjonalnego, przez lojalnościowy, na niechęci kończąc. Drugim jego wymiarem jest, moim zdaniem, właśnie to przekonanie, że obowiązki biskupa wynikające z prawa kanonicznego oraz relacje, jakie wiążą biskupa z księżmi, mają taki szczególny charakter i modyfikują pewnego rodzaju pozycje duchownych i biskupa w odniesieniu do innych obywateli, jeżeli chodzi o interwencję państwa. Obserwuję, że to przekonanie i to zjawisko uległo w ostatnich latach istotnej zmianie na rzecz myślenia, że państwo ma prawo takie rzeczy wyjaśniać, wchodzić do kurii, sprawdzać dokumenty z archiwów. Jak pamiętam, jeszcze jakiś czas temu to było w ogóle nie do wyobrażenia - wskazuje prof. prof. Królikowski, który jako ekspert prawny współpracuje z delegatem KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży abp. Wojciechem Polakiem oraz Fundacją Św. Józefa.
I przytacza pewną historię.
- Zapadła mi w pamięć rozmowa z jednym biskupem, który pytał mnie: jak to jest, że prokurator może przyjść i zatrzymać księdza z mojej diecezji bez mojej zgody? Odpowiedziałem pytaniem: jak to jest, że prokurator może przyjść i zatrzymać bez mojej zgody mojego syna? Na czym polega różnica? Pamiętam, że rozmówca był wyraźnie zdumiony tym zderzeniem, a była to osoba otwarta, chętna do rozmowy, w jego pytaniu nie widziałem złej woli, a raczej refleks pewnej kultury myślenia - opowiada.
Gdy spojrzymy bliżej na kwestie stawiania prymatu prawa kanonicznego nad prawem świeckim w kwestiach dotyczących wykorzystywania seksualnego małoletnich, zobaczymy, jak poważne mogą być konsekwencje takiego podejścia.
W gruncie rzeczy efekt takiego postępowania może być nie mniej tragiczny w skutkach, od ukrywania przestępców, na przykład przez przenoszenie ich z parafii do parafii.
Dlaczego? Bo nawet najostrzejsza kara w procesie kościelnym nie sprawi, że sprawca przestanie być zagrożeniem dla otoczenia.
Mówimy o dwóch porządkach prawnych, odmiennych narzędziach i zgoła różnych konsekwencjach wobec sprawców.
Rozbieżności dotyczą chociażby tak podstawowej kwestii jak wiek pokrzywdzonego - w prawie świeckim do 15. roku życia, w kościelnym do 18. roku życia.
W prawie kościelnym najsurowszą karą dla księdza jest wydalenie ze stanu duchownego. Czyli najwyższą karą, jaka może spotkać, dajmy na to, seryjnego sprawce czynów pedofilskich, który skrzywdził wiele dzieci i może krzywdzić dalej, jest fakt, że przestanie być on księdzem.
A co się wtedy dzieje? Kościół przestaje mieć nad taką osobą jakąkolwiek władzę i kontrolę. Mówiąc wprost - temat dla instytucji kościelnych przestaje istnieć. Istnieje za to sprawca, który - jeśli nie stanął nigdy przed sądem świeckim, jest po prostu wolną osobą.
Popatrzmy teraz na sprawę ks. Stanisława P. - to jeden z kapłanów, o których przestępstwach zawiadomił organy ścigania biskup Andrzej Jeż.
Zawiadomił, gdy otrzymał informację zwrotną z Watykanu.
Historię ks. Stanisława P. nagłośnił w 2020 roku ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, a dziennikarskie śledztwo w jego sprawie prowadził Szymon Piegza w Onecie.
Sprawą ks. Stanisława P. zajęła się także prokuratura. W toku śledztwa ustaliła, że P. miał dopuścić się krzywd wobec 95 małoletnich, w większości przypadków śledczy zarzucili duchownemu "doprowadzenie do innej czynności seksualnej z udziałem nieletniego". Postępowanie jednak umorzono w 2022 roku ze względu na przedawnienie.
P. krzywdził w Polsce i w Ukrainie, gdzie został wysłany przez przełożonych mimo wcześniejszych sygnałów o niepokojących skłonnościach duchownego.
W 2010 roku do tarnowskiej kurii zgłosił się pokrzywdzony przez ks. P., w 2013 roku Watykan wydał dekret w sprawie ks. P., nakładając na niego kary kościelne.
W tym czasie w Ukrainie, gdzie P. pracował w latach 2003-2008, ujawniają się ofiary duchownego. Proces kościelny w Ukrainie rozpoczyna się w 2018 roku. W marcu 2019 roku kuria tarnowska otrzymuje akta sprawy z Ukrainy.
Do prokuratury sprawa trafia w sierpniu 2020.
Według prokuratora Marcina Stępnia zawiadomiono organy ścigania, bo kuria "nie mogła już dłużej ukrywać" czynów księdza P., które trafiły do prokuratury w dużej mierze dzięki ks. Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, który upublicznił sprawę (zrobił to 2 sierpnia 2020 roku). - Ta koincydencja czasowa w moim przekonaniu nie jest przypadkowa - mówił prokurator dziennikarzom po drugiej rozprawie.
Wróćmy do art. 240 Kodeksu karnego, o złamanie którego oskarżany jest biskup tarnowski Andrzej Jeż.
- Kluczowe jest zadanie sobie pytania, jaki jest sens przepisu o zawiadamianiu? Chodzi o to, żeby państwo weszło ze swoimi możliwościami wykrywczymi, których ani osoba prywatna, ani Kościół nie mają, by dochodzić prawdy na drodze procesowej. W związku z tym nigdy procedury kanoniczne nie będą tak efektywne w ustalaniu faktów i w przesłuchiwaniu, jak będą procedury państwowe - zauważa prof. Królikowski.
Nie bez powodu pod koniec 2019 roku papież Franciszek zniósł tzw. "sekret papieski" w sprawach dotyczących małoletnich. Co to znaczy? Tłumaczył to obrazowo w wywiadzie, który ukazał się w książce "Zranieni. Rozmowy o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele" prawnik kanonista ks. dr Jan Dohnalik, dziś już doktor habilitowany: [decyzja Franciszka] sprawia, że biskup czy przełożony zakonny jest tutaj ‘dysponentem sekretu’, czyli on decyduje, już bez oglądania na Stolicę Apostolską, co i komu można ujawnić" w sprawach m.in. pedofilii.
Może ujawnić na przykład organom ścigania.
Warto przypomnieć też inną zależność, którą wyjaśniał we wspomnianym wywiadzie kanonista. Zapytany, jaką wartość dla prokuratury mają zeznania osoby pokrzywdzonej w procesie kościelnym, odpowiedział: są jak urzędowa notatka. "Nie mają takiej samej wartości procesowej co w państwowym procesie karnym, bo świadek nie zeznaje w procesie kościelnym pod sankcją karną. To znaczy, że państwowe organy ścigania najczęściej będą musiały drugi raz przesłuchać taką osobę. W drugą stronę jest inaczej. Dla nas [strony kościelnej] zeznania z procesu świeckiego to dokument, który może pozwolić uniknąć ponownego przesłuchania".