Małe, spokojne miasteczko na północy Toskanii zamieszkuje 139 osób. Gioviano znajduje się na wzgórzu, ok. 25 kilometrów od otoczonej murami Lukki. To właśnie tutaj mieszka dziennikarz i pisarz Leszek Talko, który swoje przeprowadzkowe perypetie i codzienne życie we Włoszech opisał w książce "Dolcze wita. (Bez)troskie życie na włoskiej prowincji".
- Jesteśmy tu jedynymi Polakami. Włoskie miasteczko zamieszkuje też rodzina amerykańska i rumuńska, ale przyjeżdżają tylko na kilka miesięcy w roku. Lokatorami nie na stałe są również Holendrzy i Francuzi - mówi.
- Po przeprowadzce nie zamykaliśmy się w domu. Zarówno my, jak i tutejsza społeczność, byliśmy na siebie otwarci. Chociaż początkowo mówiliśmy "łamanym włoskim", cieszyli się, że próbujemy i chcemy w ich życiu uczestniczyć. Otworzyli się na nas, a my na nich - wspomina pierwsze dni po przyjeździe Ewelina Lisiecka.


Kraina ze snu?
"Wydawało się, że przyjechaliśmy do krainy ze snu"*.
Rodzina trafiła do miejsca, "które już nie chciało jej wypuścić" - dla żyjących tu od pokoleń Włochów nie są stranieri, a pełnoprawnymi członkami społeczności. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że wydanie książki stało się pretekstem do wspólnego spotkania i świętowania.
- Gdyby nie nasi sąsiedzi, pierwszy rok życia byłby o wiele trudniejszy. Od razu przyjęli nas jak swoich - przyznaje Polka. - Łatwo weszliśmy w tę społeczność.
- Pewnie dzięki temu, że to mała miejscowość. Gdybyśmy zaczynali w dużym mieście jak Florencja czy Piza, bylibyśmy całkowicie anonimowi. Trudno ludzi poznać, a u nas wszyscy znają się z widzenia - dodaje pan Leszek.
Pomocna w podjęciu decyzji okazała się też ścieżka zawodowa. Oboje podkreślają, że ze względu na charakter pracy mogli sobie pozwolić na zmianę miejsca zamieszkania. Pan Leszek nadal działa jako dziennikarz i pisze książki, z kolei pani Ewelina nadal realizuje swoje fotograficzne pasje. Jej marzeniem jest otwarcie w przyszłości małej, artystycznej kawiarni w pobliskim miasteczku.


Polacy szturmują Toskanię. Tyle trzeba zapłacić za dom
Leszek Talko od zawsze marzył o kupnie domu na południu Europy. Wśród potencjalnych miejsc znajdowały się Włochy, Grecja czy Francja, ale ostatecznie padło właśnie na Półwysep Apeniński.
"Zawsze marzyłem o takim widoku, o takim starym domu, o miasteczku, którego początki sięgają tysięcy lat wstecz. I teraz to wszystko mieliśmy. A obok byli sąsiedzi, których też zawsze chciałem mieć: gadatliwi, radośni i bardzo często wścibscy. Wciąż dopytujący, gdzie idziemy i po co, udzielający z serca tysiąca dobrych rad i prowadzący nas za rękę po tym nowym świecie"*
- Północna Toskania nie jest aż tak turystyczna jak część południowa. Mamy stąd blisko nad morze i w góry, które w zasadzie zaczynają się tuż za naszym domem. Otaczają nas tysiącletnie miasteczka, a poza tym ceny domów okazały się bardzo przyjazne - opowiada.
Ceny domów w Toskanii zaczynają się od 30-40 tys. euro - ten pułap cenowy dotyczy niewielkich obiektów do remontu. "Na północy Toskanii wiejski dom z ogrodem można kupić od 100 tys. do 250 tys. euro" - mówiła w 2025 roku w rozmowie z "Newsweekiem" agentka nieruchomości, właścicielka lokalnego biura z Borgo a Mozzano.
Leszek Talko przyznaje, że początkowo chciał kupić dom w Polsce, ale ceny w porównaniu z ofertami włoskim okazały się zaporowe.
- Niemożliwy był zakup domu z ogrodem za 500 - 600 tys. zł w stanie do zamieszkania. W tej cenie znaleźliśmy do remontu albo stare domy przy wschodniej granicy. Padło więc na Toskanię. Kiedy rozmawiałem ostatnio z polską pośredniczką nieruchomości, wspomniała, że codziennie sprzedaje jakiś dom Polakom. Atrakcyjność regionu to jedno. Uważam, że sytuacja geopolityczna też przyczyniła się do zakupu nieruchomości właśnie tu - przyznaje dziennikarz.


Zima w Toskanii. Polacy mają jedną radę. "Najważniejszy element"
Zapadający zmrok, Księżyc, niebo pełne gwiazd i tysiące robaczków świętojańskich. Tak dziennikarz opisywał w książce pierwszy wieczór w Toskanii.
- Oczywiście początkowo mieliśmy takie dolce far niente, kiedy poznawaliśmy okolicę, jeździliśmy nad morze i w góry. Potem przyszła zima i okazało się, że w Toskanii, chociaż nie jest mroźna, to jest uciążliwa. Zwłaszcza, jeśli ma się piec na gaz - mówi Talko. - Wszystkim zajęliśmy się za późno. Za późno zamówiliśmy opał, nie wymieniliśmy pieca. Pierwsze pytanie podczas oglądania domu do kupna powinno zatem brzmieć: jaki jest piec, a dopiero potem się przeprowadzać. Aha, i jeszcze kupić osuszacz! Najważniejszy element toskańskiego życia jesienią i zimą.
- Ceny gazu nie okazały się zaskoczeniem, znaliśmy je. Zaskoczeniem okazało się, ile go trzeba zużyć, by ogrzać średniowieczne mury - dodaje pani Ewelina.
- Akurat trafiliśmy na nietypową zimę. Cały czas padał deszcz. Mieszkańcy mówili, że poleje tydzień i przestanie. Padało trzy miesiące. Zazwyczaj jest 15 stopni, świeci słońce, a niebo jest błękitne. Tym razem było wilgotno i nieprzyjemnie.
- Mało powiedziane. Było okropnie! Wilgotno i zimno!
Za i przeciw? Nie tym razem. "Zaryzykowaliśmy"
- Przed przeprowadzką nie analizowaliśmy dokładnie "za i przeciw". Zaryzykowaliśmy. Myślę, że gdybyśmy się zastanawiali, nie zdecydowalibyśmy się zamieszkać w Gioviano - wspomina fotografka i dodaje:
- Wiedzieliśmy, że musi być dobrze, cokolwiek by się stało. Bałam się, że mój syn Bruno będzie miał trudności z zaaklimatyzowaniem się. Prawda jest taka, że poszło mu to najlepiej dzięki dzieciakom z miasteczka, które od razu przyjęły go do swojej grupy. Z czasem stał się otwartym, przebojowym dzieckiem. Od kolegów przejął nie tylko akcent, ale nawet gestykulację. Odnalazł się świetnie. Przed przeprowadzką rok uczęszczał na konwersacje języka włoskiego, ale najlepszymi nauczycielami okazali się koledzy. Zmianę miejsca zamieszkania i nową szkołę przyjął najlepiej jak tylko można sobie wyobrazić.
- I teraz nas poprawia - śmieje się pan Leszek.
Nawet Bill Gates nie miał szans
Po dotarciu do miasteczka pozostała kwestia residenzy, czyli włoskiego zameldowania. W tym momencie zaczęły się schody. Nawet Bill Gates na własnej skórze przekonał się, że z włoską biurokracją nie wygra. Miliarder zakupił historyczną Villa San Giorgio w Portofino za 50-60 mln euro. Chciał przekształcić "zamek" w luksusowy hotel. Enklawa luksusu jednak nie powstanie, bo na drodze stanęły lokalne przepisy zagospodarowania przestrzennego.
Biurokracja daje się też we znaki nowym mieszkańcom Italii. Para usłyszała w lokalnym urzędzie, że residenzę otrzyma bez problemu ze względu na zakup domu. Musi tylko dostarczyć z miejscowego Casa della Salute potwierdzenie ubezpieczenia zdrowotnego. Polacy myśleli, że po zakupie domu wszystko, co trudne, już za nimi. Miało pójść z górki, ale okazało się, że konieczne są kolejne dokumenty warunkujące otrzymanie zameldowania.
- Mieliśmy je otrzymać, gdy tylko dostarczymy taki i taki dokument. Urzędnicy byli bardzo mili, ale tłumaczyli to przepisami. Przepychanki z biurokracją trwały w najlepsze - opowiada pisarz.
- Urzędnicy są przekochani. Jeszcze z dwa razy pewnie będziemy przechodzić ze wszystkimi na ty. W przeuroczy sposób potrafią tłumaczyć, że nie mogą nam pomóc. Robią to jednak w taki sposób, że człowiekowi w ogóle nie jest przykro i z przyjemnością stawia się w urzędzie kolejny raz - śmieje się pani Ewelina.
Ostatecznie, residenzę, parze udało się uzyskać dopiero po sformalizowaniu wszystkiego, co się tyczy założenia firmy i rozliczania się we Włoszech. Konieczny był dokument potwierdzający. I tu zdarzyły się kolejne perypetie, ale najważniejsze, że urzędnicy w końcu zaakceptowali dokumenty.
Przeprowadzka do Toskanii i pozytywne zaskoczenia
Zaskoczeniem na plus było za to działanie ochrony zdrowia. Para zaznacza, że ze względu na małą liczbę mieszkańców, dostęp do specjalistów jest dość prosty. - Mieliśmy trzy sytuacje wymagające pilnej pomocy lekarskiej i otrzymaliśmy ją szybko - przyznają.
- Póki co mamy jak najlepsze zdanie. Przynajmniej o naszej przychodni w miasteczku. Miłym zaskoczeniem jest otrzymywanie listów z zaproszeniem na badania - dodaje pani Ewelina.
Powszechnie uważa się, że we Włoszech cappuccino w dobrym tonie jest zamawiać tylko do godz. 12. Pan Leszek rozprawia się z mitem: - To wcale nie tak, przynajmniej w naszej okolicy. Wielokrotnie w miejscowych barach widzieliśmy, że Włosi sobie siedzą i "bezczelnie" zamawiają cappuccino o 15. Ktoś im robi wyrzuty? Nie!
Pani Ewelina przyznaje, że na razie odpowiada jej styl życia Włochów. - W Polsce brakowało mi tak bliskiego kontaktu z ludźmi, celebracji czasu, jaki można spędzić z bliskimi. Niektórzy narzekają na brak możliwości załatwiania urzędowych (i nie tylko) spraw przez internet. Początkowo może być trudno, ale z czasem to plus. Dla mnie kontakt z żywym człowiekiem jest ważniejszy - nie kryje fotografka.
-Trzeba się na to przygotować. Owszem, można wysłać maila i nie dostać odpowiedzi. Dla wielu Polaków to absurdalne i trudno się do tego przyzwyczaić. Nie jest to jednak niemożliwe - dodaje dziennikarz. - Wszędzie trzeba pójść osobiście i pogadać z drugim człowiekiem. We Włoszech trzeba być analogowym, wtedy nic nie dziwi.
Co ugotować Włochom?
Ważnym wydarzeniem wśród mieszkańców jest coroczna wiejska kolacja. To impreza składkowa, na którą każdy przygotowuje jakiś specjał. Co Polacy mogą ugotować Włochom? Oto jest pytanie. Pani Ewelina i pan Leszek postanowili przygotować racuchy z jabłkami i ciasta drożdżowe. Znajoma pary co prawda odradzała im tę propozycję, twierdząc, że "Włosi tego nie zjedzą", bo nie dla nich kulinarne wynalazki. Finał był zgoła inny, bo polskie specjały "zostały zmiecione do ostatniego okruszka"*.
- To był przepiękny wieczór. Po raz pierwszy miałam okazję w czymś takim uczestniczyć. Stoły ciągnęły się przez całe miasteczko. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak można spędzić wspólnie wieczór w tak sympatycznej atmosferze - wspomina pani Ewelina.
Ulubione dania kuchni włoskiej? Bruno szczególnie upodobał sobie tradycyjną włoską kiełbasę dojrzewającą Salsiccia Curva Piccante.
- W naszym regionie je się tłusto. Ulubione danie naszych sąsiadów serwowane na wiejskich kolacjach to polenta - kaszka kukurydziana z duszonymi żeberkami, pieczone kiełbaski, steki, czerwona fasola. Nie sałatka czy karczochy, tylko pieczona, czerwona fasola i mnóstwo mięsa - opowiada pan Leszek.
- Może dlatego że to już jest początek gór i nie jest to nadmorski, sałatkowy klimat? Aha, espresso smakuje tu wyśmienicie - podkreśla pani Ewelina.
W poszukiwaniu nowych miejsc. "Ten świat jest bliższy naszym sercom"
Rodzina w wolnych chwilach uwielbia odkrywać nowe miejsca. Wszyscy zgodnie podkreślają, że wolą niewielkie i klimatyczne wioski, nieodkryte przez turystów. - Bardziej łapią za serce niż typowo turystyczne, zatłoczone lokalizacje - przyznają. Stare kościoły, ruiny, kaplice? To jest to.
Wśród ulubionych miejsc znajduje się też licząca 10 tys. mieszkańców Barga. Jest określana "najbardziej szkockim miastem we Włoszech". Znajduje się w prowincji Lukka, a wielu mieszkańców początkiem XX wieku wyemigrowało do Glasgow i wróciło, przynosząc ze sobą szkocką kulturę i język. Malownicza miejscowość słynie z kamiennych uliczek, katedry Il Duomo i widoków na Alpy Apuańskie, mały łańcuch górski Toskanii.
- Katedra znajduje się na samym szczycie. Wschody i zachody słońca wyglądają z tego miejsca obłędnie - zwraca uwagę pani Ewelina.
- Doceniamy piękno znanych zabytków, ale męczy nas tłum. Florencję zwiedzaliśmy w styczniu, poza sezonem. Liczyliśmy, że będzie mało turystów. A gdzie tam! Z Galerii Uffizi wychodziliśmy z poczuciem ulgi. Wolimy małe, zagubione w górach nieznane kościółki. Mało kto o nich wie, więc nikogo tam nie ma - kontynuuje pan Leszek. - Z większych miast polecamy Lukkę. Turyści są, ale to nieporównywalnie mniejsze liczby niż we Florencji i Pizie.
- Cudowne szlaki trekkingowe, bliskość gór, spływy pontonowe. Latem szczególnie popularna jest turystyczna miejscowość Bagni di Lucca. Może nie trafia tu dużo Polaków, ale co jakiś czas język polski słychać - mówi pani Ewelina.
Czy w przyszłości wrócą do Polski? - Znaleźliśmy skrawek miejsca na ziemi, w którym jest nam po prostu dobrze. Z całą miłością do Polski i mojej rodzinnej Łodzi, nie wróciłabym. Tutaj świat jest nam bliższy sercu, ludzie też - podsumowuje Ewelina Lisiecka.
