Naiwność, autodestrukcja, nieodpowiedzialny romantyzm. To tylko niektóre z określeń, do jakich sprowadzana bywa akcja "Burza", realizowana przez Armię Krajową (AK) na przestrzeni roku 1944.
Kształtowanie opowieści o tej operacji - stanowiącej apogeum antyniemieckiego wysiłku zbrojnego Polskiego Państwa Podziemnego, a zarazem próbę reakcji na zagrożenie sowieckie - w ostatnich dwóch dekadach zdominował bowiem nurt utożsamiający polityczny realizm z możliwie daleko posuniętym antykomunizmem.
Pozornie - "na Boga, jak można było ujawniać się przed Sowietami?!; "to jeszcze głupota, czy już zdrada?"; "kto miał w tym interes?" - proponowane z tej strony hasła i tezy działają na wyobraźnię. Wydają się sensowne i przekonywające. Luźno zainteresowany odbiorca na ogół chwyta tę argumentację, zwłaszcza, gdy sugestie podawane są w sosie emocjonalnych odwołań do tak zwanego zdrowego rozumu.
Problem w tym, że okoliczności schyłkowego etapu wojny były znacznie bardziej złożone.
Przywódcom Polski Podziemnej oczywiście nie brakowało świadomości zagrożenia ze strony Moskwy. Wychodzili jednak z założenia, że w obliczu wkraczającej na ziemie polskie w pościgu za Niemcami sowieckiej potęgi dopuszczenie do jakiejkolwiek konfrontacji z nią, czy to otwartej czy też opartej na działaniach konspiracyjnych, byłoby dla sprawy polskiej samobójstwem. Zarówno w wymiarze militarnym (różnica potencjałów i możliwości była w zasadzie nieporównywalna, a nowy wróg tyleż przebiegły, co bezwzględny), jak i politycznym, bo oznaczającym de facto wykluczenie Polski z wygrywającej właśnie wojnę koalicji antyhitlerowskiej.
Z kolei dla Sowietów, bynajmniej nieprzesadnie obawiających się perspektywy starcia ze słabo uzbrojoną setką tysięcy polskich partyzantów, właśnie to byłby scenariusz najkorzystniejszy.
Po pierwsze - załatwiający problem "londyńskich Polaków i ich krajowej ekspozytury" w sposób kompromitujący przeciwnika w oczach zachodnich sojuszników; po drugie - potwierdzający głoszone od lat tezy moskiewskiej propagandy o polskiej wrogości wobec ZSRR i niechęci do walki z Niemcami; po trzecie, może nawet kluczowe - oddający, właściwie bez walki, mandat do władzy w uwolnionej od Niemców Polsce wspieranym przez Kreml komunistom.
"Burza" - często błędnie utożsamiana z powstaniem warszawskim, będącym w sekwencji zdarzeń niejako krokiem kolejnym, właściwie sprzecznym z dotychczasowym sposobem działania AK - była próbą wyjścia z tego historycznego potrzasku.


Kontekst
Zacznijmy od przywołania kilku faktów podstawowych, a często w krytycznych rozważaniach o "Burzy" pomijanych.
1. Na skutek klęski z września 1939 roku podmiotowość polityczna Polski uległa diametralnemu ograniczeniu. Odtąd główną kartą przetargową legalnych władz polskich na uchodźstwie i ich przedstawicielstwa w kraju, pozostawał udział w alianckiej koalicji antyniemieckiej, której zwycięstwo było warunkiem niezbędnym dla restytucji polskiej państwowości.
Od 1941 roku i ataku nazistowskich Niemiec na ZSRR nieporównywalnie silniejszym członkiem tej samej koalicji, w przeciwieństwie do Polski - cieszącym się pełną, umocowaną w twardej sile militarnej podmiotowością, pozostawał jednak również nasz niedawny okupant.
O ile mocarstwa zachodnie, od których Polska była niemal w pełni zależna gwarantowały wsparcie dyplomatyczne i mediacje w sporach z Moskwą, o tyle z przyczyn zupełnie pragmatycznych - front wschodni absorbował i wykrwawiał bowiem wyraźną większość sił potężnego Wehrmachtu - wykluczały jakąkolwiek pomoc w wypadku ewentualnej otwartej konfrontacji z Sowietami.
2. Armia Krajowa, utworzona z początkiem roku 1942 na bazie istniejącego już wcześniej Związku Walki Zbrojnej, była strukturą przeznaczoną stricte do prowadzenia akcji antyniemieckiej. Obrony ludności, organizowania dywersji na tyłach frontu, a w chwili załamania Niemiec wywołania ogólnokrajowego powstania.
Ze względu na fakt, że stanowiła ona część Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, już choćby z przyczyn sygnalizowanych w punkcie pierwszym, w zasadzie wykluczone było jej wykorzystanie antysowieckie. Taki ruch wiązałby się bowiem w praktyce z postawieniem się poza obozem alianckim.
Analogiczne skutki - abstrahując od zagrożenia wojną domową w warunkach niemieckiego terroru - miałaby postulowana przez część podziemnej prawicy generalna rozprawa z rodzimymi strukturami komunistycznymi, którym patronowała Moskwa.
Pokazał to casus Jugosławii, gdzie podziemie wierne legalnemu rządowi uchodźczemu w Londynie po podjęciu otwartej walki z jugosłowiańskimi komunistami, szybko straciło poparcie aliantów i zaczęło staczać się na drogę kolaboracji z Niemcami.
3. Nastroje społeczne w wyniszczonej wojną Polsce, zwłaszcza w drugiej fazie okupacji - po roku 1942, ulegały wyraźnej radykalizacji. W naznaczonych biedą warunkach z każdym miesiącem niemieckiego terroru - co z niepokojem odnotowywały w swych raportach wojskowe i cywilne agendy podziemia - coraz mniejsze obawy budziła perspektywa wkroczenia Sowietów. Stopniowo rosła też popularność i siła konkurencyjnego wobec władz Polski Podziemnej, dyspozycyjnego wobec Moskwy, komunistycznego ruchu oporu i jego przybudówek.
Obok motywów koniunkturalnych, swoje robiła tu sprawna propaganda, łącząca hasła patriotyczne z obietnicą wielkiej przebudowy społeczno-gospodarczej, która położy tamę ogromnym nierównościom, cechującym przedwojenną Polskę. Istotnym atutem komunistów był wreszcie atrakcyjny zwłaszcza dla młodzieży postulat natychmiastowej walki zbrojnej przeciw Niemcom.
W takich okolicznościach bierne ustosunkowanie się przez AK do ustępujących, znienawidzonych sił okupacyjnych, równałoby się de facto oddaniu inicjatywy w "bitwie o Polskę" konkurencyjnej orientacji prosowieckiej. Zupełna utrata wiarygodności przez ośrodek niepodległościowy, od lat - za sprawą AK, ale także Delegatury Rządu na Kraj czy poszczególnych ugrupowań politycznych Polski Podziemnej - zapowiadający wyczekiwane wystąpienie antyniemieckie, była najmniejszą ceną tak nieobliczalnej sytuacji.
Geneza
Plany ogólnokrajowego powstania, mającego być kluczowym zadaniem polskiego ruchu podziemnego, na przestrzeni pierwszych lat wojny ewoluowały. Ich kolejne wersje zakładały jednak współdziałanie z aliantami zachodnimi. W rachubach tych front wschodni - po początkowych błyskawicznych sukcesach Wehrmachtu przesunięty daleko na wschód - utknąć miał głęboko w ZSRR.
Pod koniec roku 1942, gdy Niemcy wyraźnie zaczęli tracić inicjatywę, w kierownictwie AK - także za sugestiami władz w Londynie - zaczęto rozważać jednak wariant alternatywny, zakładający że Niemcy na wschodzie jednak załamią się i to Sowieci pierwsi dotrą do granic RP.
"Wobec Rosjan - konstatował dowodzący AK generał Stefan Rowecki "Grot" w piśmie do kierującego Delegaturą Rządu na Kraj, czyli podziemną administracją, profesora Jana Piekałkiewicza - wkraczających do Polski możliwa jest postawa trojaka: a) walka; b) neutralność (ewentualnie trwanie w konspiracji); c) współdziałanie jako ze sprzymierzeńcem".
Zdecydowanie odrzucając ten pierwszy ze scenariuszy, Rowecki argumentował: "Walka z Rosją dla nas nie ma widoków powodzenia. Przegrana byłaby tylko
"Neutralność - pisał dalej "Grot", kwestionując szanse utrzymania w takich warunkach masowej, niepodległościowej konspiracji - byłaby widomym znakiem naszej słabości i oddałaby w ręce bolszewików wszystkie atuty potrzebne do rozbicia nas".
"Współdziałanie - kończył - wobec znanej nielojalności bolszewików zawiera ryzyko wpadnięcia w łożysko ruchu komunistycznego, ale zarazem to schwytanie w rękę atutów zewnętrzno i wewnętrzno politycznych i wojskowych,
Pozostaje nam w warunkach obecnych jedynie rozwiązanie trzecie. W razie więc wkroczenia wojsk rosyjskich w pościgu za pobitymi Niemcami na ziemie polskie obowiązuje nas przyjęcie ich jak sprzymierzeńców. W konsekwencji powyższego będziemy musieli wyjść z podziemi, ujawnić się i znaleźć formy zamanifestowania, że jesteśmy gospodarzami ziem polskich w granicach sprzed 1 IX 1939".
Właśnie w przywołanym dokumencie z końcówki roku 1942 wyłożone zostały po raz pierwszy tak wyraźnie fundamenty leżące u źródeł planu "Burza". Dowódca AK dopuszczał wprawdzie w dłuższej perspektywie możliwość przesilenia politycznego lub militarnego, pozwalającego wrócić do koncepcji oporu wobec Sowietów, ale uważał taki scenariusz za mało prawdopodobny.
W kolejnych miesiącach do przesilenia faktycznie doszło.
Wiosną 1943 roku, po wyjściu na jaw zbrodni katyńskiej dokonanej jeszcze w okresie sojuszu sowiecko-niemieckiego, relacje Polski z ZSRR zostały definitywnie zerwane przez Moskwę, negującą swą odpowiedzialność za mord. Bynajmniej nie klarowało to jednak sytuacji, lecz dodatkowo ją komplikowało. Pozycja Sowietów w koalicji antyhitlerowskiej z każdym kolejnym zwycięstwem nad Niemcami (Charków, Kursk, Kijów) bowiem rosła, a u schyłku roku 1943 było już oczywiste, że w najbliższym czasie "sojusznik naszych sojuszników" wkroczy na przedwojenne ziemie wschodnie RP.
Właśnie w takich okolicznościach dowództwo AK - już bez aresztowanego przez Gestapo w międzyczasie "Grota" - podjęło decyzję o realizacji planu opatrzonego kryptonimem "Burza".
Przebieg
Plan zakładał odejście - dla minimalizacji strat, ale także nieodciążania Sowietów, traktowanych jako zagrożenie - od koncepcji ogólnokrajowego powstania, na rzecz podejmowanych strefowo nękających działań dywersyjnych wobec wycofujących się przed Armią Czerwoną sił niemieckich.
Z góry planowano nie atakować większych jednostek, ani punktów umocnionych, lecz zaskakiwać niemieckie straże tylne, a na uwolnionym od nich terenie, uprzedzając wkroczenie sił sowieckich, organizować polską administrację. W wytycznych do "Burzy" znalazło się przy tym wyraźne zastrzeżenie: "Nie może dojść do działań zbrojnych przeciw Sowietom".


Celem wojskowym miało być zamanifestowanie niezmiennie wrogiej postawy Polski Podziemnej wobec Niemców możliwie najniższym kosztem ludzkim. Ponadto zapewnienie żołnierzom AK poczucia udziału w wyzwalaniu kraju po latach krwawej okupacji, a ludności polskiej - dowodu, że z podziemia wychodzi siła zbrojna wierna legalnym władzom RP. Celem politycznym z kolei - wystąpienie wobec Sowietów w charakterze gospodarzy ziem polskich w ich przedwojennych granicach.
Na przestrzeni roku 1944, wraz z przesuwaniem się frontu, "Burzę" uruchamiano na kolejnych terenach - od Kresów, po ziemie położone na zachód od Bugu. W sumie od stycznia do października - nie uwzględniając walk w Warszawie - w jej realizacji wzięło udział ok. 70 tys. żołnierzy.
Do szczególnie aktywnych działań doszło na Wołyniu, Wileńszczyźnie, Lubelszczyźnie, Podkarpaciu i Kielecczyźnie. Niejednokrotnie - jak np. na Wołyniu - lokalne dowództwo odchodziło od założeń wyjściowych, koncentrując siły i angażując się w większe, długotrwałe walki. Akowcy, u boku jednostek sowieckich, wzięli ponadto udział w wyzwoleniu kilku dużych miast, jak Wilno, Lwów czy Lublin; szereg mniejszych opanowali - czasem już po opuszczeniu ich przez Niemców - samodzielnie. W ramach "burzowych" starć oddziały AK, relatywnie często dysponując inicjatywą i efektem zaskoczenia, odniosły dziesiątki głośnych lokalnie, niekiedy nawet spektakularnych zwycięstw.
Wszędzie jednak, nawet tam, gdzie w trakcie walk dochodziło do udanej współpracy z nacierającymi wojskami sowieckimi, finał był ten sam - po ich zakończeniu żołnierze AK stawali przed dylematem: rozbrojenie i internowanie (z reguły z perspektywą wcielenia do tzw. Armii Berlinga, czyli polskich oddziałów walczących u boku Armii Czerwonej) albo próba ponownego zakonspirowania się i czekania na dalszy bieg wypadków. Część oddziałów z terenów wschodnich ruszyła na zachód, licząc, że w Polsce centralnej, do której Sowieci nie zgłaszali pretensji terytorialnych, sytuacja będzie wyglądać inaczej.
Nie wyglądała, co wymownie oddaje sekwencja ostatnich meldunków dowódcy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, która w kilkumiesięcznych starciach z Niemcami przesunęła się aż na Lubelszczyznę.
22 lipca: "W związku z sytuacją zdecydowałem po opanowaniu Lubartowa, o który walczę, uderzyć całością sił na Lublin"; 24 lipca: "W wykonaniu Burzy zająłem Lubartów i Kock, biorąc licznych jeńców i sprzęt"; 25 lipca: "Sowieci nas rozbrajają - powtarzam - Sowieci nas rozbrajają".
W realiach rozstrzygnięć wojennych, w wyniku których Polska znalazła się w sowieckiej strefie wpływów, nie było bowiem miejsca na żadną niezależną od Moskwy polską państwowość. Także okrojoną.
Politycznie "Burza" zakończyła się niezaprzeczalnie fiaskiem. Spełniły się obawy, które brano pod uwagę - Sowieci po prostu ignorowali polskie aspiracje, skutecznie dezinformując i blokując przepływ wieści o wystąpieniach AK na Zachód, gdzie w warunkach wojny obowiązywała zresztą przychylna ZSRR (przypomnijmy - absorbującemu gros sił niemieckich) cenzura. Właśnie wobec tej niemocy, z końcem lipca 1944 roku zapadła ostateczna, dramatyczna decyzja o podjęciu walki, której nie uda się wyciszyć - w Warszawie.
Ta sama "Burza" jednak stosunkowo niewielkim kosztem militarnym - akowskie straty bezpowrotne, w zabitych i rannych, nie przekraczały 5% ogółu wystawionych sił; dla porównania w powstaniu warszawskim sięgały one 30% - przyczyniła się do zbudowania narodowego mitu AK i legendy podziemnej armii, która w kluczowym momencie wystąpiła przeciw Niemcom, biorąc udział w wyzwoleniu kraju. Wykazała też - co do zasady bolesnym kosztem internowań i rozbrojeń, ale nie masakr i masowych egzekucji; diametralna większość ujawnionych żołnierzy i funkcjonariuszy Polski Podziemnej jednak przeżyła - faktyczne, wrogie nastawienie Sowietów do kwestii polskiej niepodległości.
Pytanie, czy istniało jakiekolwiek mniej kosztowne rozwiązanie, pozwalające w realiach roku 1944 nie oddać komunistom bez podejmowania walki mandatu do władzy nad Polską?


Alternatywy
To dyskusja, która zaczęła się właściwie na bieżąco. Krytyka założeń "Burzy" sięga bowiem już roku 1944, a najbardziej radykalne wezwania i zarzuty padały na ogół z tych kręgów podziemia, od których niewiele zależało.
Dowódca AK - generał Tadeusz Komorowski "Bór" - nie mógł pozwolić sobie na wydanie bezkompromisowego rozkazu, nazywającego wkraczających na ziemie polskie Sowietów wprost wrogami i wzywającego do bezwzględnej walki z komunizmem, jak zrobił to dowódca Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) - generał Tadeusz Kurcyusz "Żegota" - z bardzo prostego względu. W przeciwieństwie do "Żegoty", który na Kresach nie dysponował właściwie żadnymi strukturami, "Borowi" podlegało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, często mających za sobą wielomiesięczne walki z Niemcami, a niekiedy także sowiecką partyzantką czy ukraińskimi nacjonalistami, i oczekujących nie na antykomunistyczne gesty, ale konkretne wytyczne.
Co zatem można było robić? Wizję antysowieckiego oporu zbrojnego, którego potencjalne, samobójcze dla Polski konsekwencje zostały już wyżej omówione można w zasadzie odłożyć na bok.
Bardziej realną alternatywą było pozostanie w konspiracji i przyjęcie roli obserwatora w dziejowym momencie wypierania Niemców przez Sowietów z polskiego terytorium. Abstrahując już od tego, jak zachowałyby się w podobnej sytuacji wyczekujące zemsty i od lat przygotowywane do wystąpienia przeciw Niemcom podziemne szeregi (w Polsce centralnej i bez tego notowano przypadki przechodzenia struktur AK czy Batalionów Chłopskich w orbitę podziemia komunistycznego) warto postawić pytanie: co byłoby tu celem?
Wyłącznie gra na utrzymanie masowej konspiracji antysowieckiej? Scenariusz taki w kierownictwie polskiego podziemia nawet dyskutowano, uznając go jednak - wobec skuteczności metod NKWD, doświadczonej choćby "za pierwszego Sowieta", przed rokiem 1941 - za niemożliwy do zrealizowania, a przy tym generujący potencjalnie olbrzymie straty.
Przewidywania te potwierdził zresztą tragiczny los struktur AK, które usiłowały kontynuować działalność na terenach wcielonych do ZSRR. Śmiertelność ludzi tworzących je była nieporównywalnie wyższa od śmiertelności akowców internowanych w wyniku ujawnień przed Armią Czerwoną przeprowadzonych po wspólnych walkach z Niemcami podczas "Burzy".
O ile z ówczesnej perspektywy można było jeszcze łudzić się nadziejami na wybuch w bliskiej przyszłości konfliktu sowiecko-anglosaskiego, dziś wiemy, że były to mrzonki.
Inny wariant - niepodejmowanie walki z Niemcami, ale także konspiracji przeciw Sowietom i ogłoszenie rozwiązania struktur AK. W odniesieniu do kilkusettysięcznej podziemnej armii było to właściwie niewykonalne, a jakiekolwiek próby podejmowane w tym kierunku zostałyby potraktowane jako zdrada. Scenariusz oznaczałby pewny bunt i zupełne roztrwonienie potężnego dorobku organizacyjno-ideowego. Porzuceni żołnierze zapewne zasililiby inne organizacje, a większość dostała się pod wpływy wzywających do walki z Niemcami komunistów.
Byłaby to de facto kapitulacja bez walki, oddanie mandatu orientacji prosowieckiej. Przy okazji zaś - kompromitacja legalnych władz RP na uchodźstwie, od lat przekonujących o istnieniu w Polsce potężnego, zdyscyplinowanego i proalianckiego ruchu podziemnego.
Wreszcie ostatnia z alternatyw, czyli wizja ewakuacji jednostek AK na zachód we współpracy z Niemcami, na wzór osławionej Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Znów, abstrahując już od konsekwencji - skompromitowania olbrzymiego dorobku AK i zakwestionowania przynależności Polski do zwycięskiej koalicji u samego schyłku wojny! - był to wariant niewykonalny z przyczyn fundamentalnych, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej.
Nastroje panujące w szeregach AK - pokrywające się co do zasady z tendencjami charakterystycznymi dla całego społeczeństwa - po latach krwawej okupacji były radykalnie antyniemieckie. Nie było najmniejszego pola do realizacji tak sprzecznego z nimi scenariusza, bo musiałoby to oznaczać otwarty bunt i - w najlepszym razie - krwawy rozłam.
Z perspektywy niemieckiej z kolei stosunkowo marginalnym ryzykiem było wpuszczenie na własne zaplecze garstki, bo zaledwie tysiąca partyzantów NSZ, a więc formacji przez samych Niemców charakteryzowanej mianem "polskich faszystów" dążących do walki z Sowietami. Formacji - dodajmy - która na części okupowanych ziem polskich od dłuższego czasu, w porozumieniu z placówkami Sicherheitspolizei (Policja Bezpieczeństwa), prowadziła przede wszystkim działania wymierzone w podziemie komunistyczne.
Zupełnie jednak inny byłby ciężar perspektywy wprowadzenia na zaplecze walczącego z Sowietami Wehrmachtu - przyjmijmy, że akowcy nie zbuntowaliby się i byli gotowi karnie realizować podobne wytyczne - kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy AK, dotąd notorycznie atakującej niemieckie siły okupacyjne, wysadzającej transporty, a na funkcjonariuszy Sicherheitspolizei przeprowadzającej regularne zamachy. Formacji - zaznaczmy - traktowanej przez samych Niemców jako "londyńska agentura".
Na podobne eksperymenty nikt po stronie niemieckiej oczywiście by się nie zgodził.


* * *
W dziejowym potrzasku, w jakim znalazła się sprawa polska w roku 1944 nie było wyjść dobrych.
Jednak spośród możliwych do obrania dróg, akcja "Burza", z pozycji spóźnionego antykomunizmu przedstawiana dziś na ogół jako przejaw naiwności przywódców polskiego podziemia, była wyrazem podejścia liczącego się z realiami. Niewolnego od pomyłek, kosztów i tragicznych konsekwencji, bo luksusu bezbolesnych scenariuszy - zakładając, że próbę obrony niepodległości należało podjąć - wówczas po prostu nie było, ale minimalizującego je.
Zarazem zaś budującego potężny społeczny mit, z którym w zasadzie od początku, przez cały okres sprawowania władzy, obóz komunistyczny musiał się liczyć.
